Connect with us

Publicystyka filmowa

TRANSFORMERS. 10 lat orgii eksplozji i rozrywanego metalu

TRANSFORMERS to seria, która przyciąga tłumy mimo krytyki. Eksplozje, metal i kontrowersje – fascynujący fenomen kina akcji!

Published

on

TRANSFORMERS. 10 lat orgii eksplozji i rozrywanego metalu

Transformers to seria wzbudzająca skrajne emocje. Krytycy nie pozostawiają na niej suchej nitki (przynajmniej od drugiej części), a ich zdanie zdaje się podzielać masa osób. Gdyby opierać się na wyczytanych w Internecie opiniach, można by pomyśleć, że zdecydowana większość świata szczerze nienawidzi filmowego uniwersum Michaela Baya. „Po co to dalej kręcą? Ktoś to ogląda?” – to często pojawiające się pytania. Cóż, ostatnia część, pomimo najbardziej miażdżącej krytyki w historii serii, zarobiła nieco ponad miliard dolarów, czyli więcej niż większość produkcji Marvela. Podczas gdy „wszyscy” ciskają gromy na rozdmuchaną fabułę, na perfidny product placement, na źle napisane postaci oraz na przesyt akcją i wybuchami, tłumy walą do kin.

Advertisement

To interesujący fenomen, zwłaszcza że z biegiem czasu Michael Bay chyba zapomniał, co zadecydowało o artystycznym sukcesie pierwszej części. Popularność Wieku zagłady mimo wszystko mogę zrozumieć – poprzedni film uznano za względnie udany i naprawiający część wad Zemsty upadłych. Nic dziwnego, że i po następnym spodziewano się czegoś podobnego, niestety na próżno. Ciekawe więc, jak sobie poradzi Ostatni rycerz, który właśnie wchodzi na ekrany – czy widzowie zniechęceni fatalnym Wiekiem zagłady i kiepskimi recenzjami najnowszej odsłony tym razem odpuszczą sobie spotkanie z Autobotami? To się okaże w najbliższej przyszłości, a ja tymczasem zamierzam przyjrzeć się dotychczasowym częściom tej przeklinanej przez wielu serii.

Wszystko zaczęło się w czerwcu 2007 rokuTransformers było wtedy kolejnym wielkim blockbusterem po Piratach z Karaibów: Na krańcu świataSpidermanie 3. Pomysł zrealizowania poważnego aktorskiego filmu, który skupiałby się na walce dwóch frakcji robotów i służył jako reklama zabawek Hasbro, wzbudzał wątpliwości, a nawet uśmiech politowania. Jednak zaangażowanie Michaela Baya i Stevena Spielberga w produkcję, a także budżet o wysokości 150 milionów dolarów kazały myśleć, że może ten projekt nie jest skazany na porażkę.

Advertisement

Pamiętam, jak sam sceptycznie podchodziłem do zwiastunów i całej idei filmu, ale przekonany pozytywną recenzją dałem się namówić na seans. Nie pożałowałem swojej decyzji, a debiut Michaela Baya w świecie Autobotów i Decepticonów do dziś uważam za naprawdę dobre popcornowe kino. Przygotowując się do napisania tego tekstu, odświeżyłem sobie całą serię, a pierwszą część obejrzałem od deski do deski, żeby sprawdzić, jakie wrażenie wywrze na mnie po kilku latach od ostatniego seansu. I choć zdecydowanie nie jest to produkcja wolna od wad, to wciąż potrafię się przy niej świetnie bawić, jednocześnie dostrzegając, jaki wpływ wywarła na późniejsze widowiska tego typu.

Superbohaterskie harce w Avengers, przesadzone rozpierduchy w filmach DC Snydera, samochodowe niedorzeczności w nowszych Szybkich i wściekłych – to tylko niektóre przykłady podpatrzenia skali akcji i budowania widowiska, które mogliśmy zobaczyć w czerwcu 2007 roku. Że już nie wspomnę o Battleship: Bitwa o Ziemię i innych naśladowcach, którzy wyglądają i brzmią jak jakieś odpryski Transformers. Co więc rzeczywiście udało się Bayowi?

Advertisement

Przede wszystkim akcja. Widowiskowa i efektowna jak nigdy dotąd. Pomimo zwiększania skali z części na część to właśnie pierwowzór nadal wywołuje najmocniejsze wrażenie. Być może to zasługa większego niż w kolejnych filmach zaangażowania Spielberga, który doradził Bayowi między innymi trzymania się praktycznych efektów specjalnych (w miarę możliwości). Dzięki temu np. scena przebicia się Decepticona przez autobus na autostradzie wygląda tak efektownie – o ile robot jest wytworem CGI, to pojazd i jego eksplozja były prawdziwe. Dodatkowo, choć akcja jest niezwykle wybuchowa, to nie popada w zupełny absurd i orgię zniszczenia.

Czujemy ciężar oglądanych wydarzeń i czujemy, że bohaterowie są w autentycznym niebezpieczeństwie, a to dlatego, że sytuacje, w których się znajdują, mieszczą się w granicach rozsądku. W kolejnych częściach coraz to większa niedorzeczność ich przygód sprawiła, że zatracono to poczucie. Podobnie jest z przedstawieniem przeciwnika. Wrogie roboty nie są tu wyłącznie po to, żeby stworzyć pretekst do efekciarskiej rozpierduchy – one wzbudzają grozę, nieustannie zaskakują, dominują nad ludźmi i zapadają w pamięć. Jakość, nie ilość. Początkowa scena ataku na bazę wojskową do dziś powoduje opad szczęki, a ujęcie z fruwającymi wrakami czołgów ma znacznie większą siłę oddziaływania niż przeładowany do granic finał Wieku zagłady.

Advertisement

Jest tak dlatego, że obraz z 2007 roku ogląda się jak film, a ten z 2014 wygląda jak niezwykle efektowna gra komputerowa. Kiedy wszystko na ekranie jest cyfrowe, a celebrację pojedynczych ciosów i wybuchów zastępuje wszechobecny chaos, zaangażowanie spada.

W pierwowzorze najlepiej wypada również pierwiastek ludzki. Niepozbawiony wad, ale pełen naiwnego uroku i krzepiących momentów. Historia młodego Sama Witwickiego czerpie z klasycznych motywów – niezdarny nastolatek próbuje zdobyć popularność u dziewczyn (a szczególnie u jednej, umawiającej się ze sportowcem-patafianem) i przypadkiem trafia na coś, co odmieni jego życie i pozwoli mu udowodnić swoje bohaterstwo. Taka opowieść przemawia szczególnie do młodszej części męskiej widowni, która może się utożsamić z taką postacią. To przecież perypetie rodem ze skrytych fantazji! Któż by nie chciał dostać Chevroleta Camaro, które okazuje się inteligentnym i przesympatycznym robotem, zostać wybrańcem zaawansowanej obcej rasy i zdobyć serca pięknej dziewczyny?

Advertisement

O ile oglądając Niesamowitego Spidermana, chyba mało kto był w stanie uwierzyć, że Andrew Garfield mógłby być czarną owcą w szkole, tak LaBeouf jest niezwykle przekonujący w tej roli. Towarzysząca mu Megan Fox zdecydowanie nie jest najlepszą aktorką, ale w jej przypadku ważniejszy jest urok i piękno – nie można oderwać od niej wzroku, ale wbrew pozorom to silniejsza postać, niż można się było spodziewać. Świetnie wykreowano także tytułowe roboty. Optimus Prime swoją charyzmą zawstydza wielu ludzkich liderów i dowódców z innych filmów, Megatron jest wspaniale przerysowanym złoczyńcą, a Bumblebee to chyba najbardziej urocza i czadowa filmowa maszyna zaraz po R2-D2. Fantastycznym pomysłem było zmuszenie tego ostatniego do porozumiewania się poprzez radio wskutek uszkodzonego procesora mowy – to dodaje wiele jego postaci i skutkuje wieloma zabawnymi sytuacjami.

Nie jest tak, że wszystko tu zagrało tak, jak powinno. Odbiór tego filmu wymaga pewnego dystansu i luźniejszego podejścia. Jeśli reagujecie alergicznie na tzw. bayizmy, to seans okaże się dla was znacznie mniej przyjemny niż dla mnie. Te wszystkie zwolnione ujęcia, przesadzona saturacja obrazu, efekciarskie kadrowanie bohaterów wychodzących z pojazdów, wszechobecny patos i głupkowaty humor – trzeba umieć śmiać się z tych rzeczy albo dostrzegać w nich specyficzny urok. W przypadku oryginalnych Transformers to wszystko i tak jest stonowane, w szczególności humor, który całkiem skutecznie rozładowuje napięcie i nie drażni.

Advertisement

Osiągnięto tu zdrową równowagę między powagą, przerysowaniem i luzem. Jasne, niektóre sceny są zbędne, przydługie albo głupkowate, ale całość satysfakcjonuje i nie męczy. Od strony technicznej to majstersztyk – świetne prowadzenie kamery, kapitalne popisy kaskaderskie, niesamowite efekty specjalne i udźwiękowienie oraz średnio oryginalna, ale wzbudzająca emocje ścieżka dźwiękowa. To czysta, bezpretensjonalna i świetnie nakręcona rozrywka. Osobiście będę bronić tego filmu do grobowej deski.

Na pewno jednak nie zrobię tego w przypadku Transformers: Zemsty Upadłych. Oglądając ten film, można pomyśleć, że Michael Bay, zdając sobie sprawę z tego, co się spodobało widzom w pierwszej części, a co ich irytowało, postanowił… nakręcić produkcję w oparciu o to drugie. Już początkowe sceny z gigantycznym Deceptikonem dewastującym Szanghaj pokazują niezrozumienie fenomenu pierwowzoru przez reżysera. Co z tego, że na samym początku otrzymujemy rozwałkę większą niż ta z finału Transformers, skoro komputerowy chaos panujący na ekranie nie angażuje nas ani trochę?

Advertisement

Co gorsza, już na samym starcie pojawiają się dwie kretyńskie postaci Transformersowych Jar Jarów do kwadratu, a chwilę później widzowi zaserwowana jest idiotyczna rodzinna drama i kopulujące psy. W pierwszej części polubiliśmy poważny ton żołnierskich zmagań ze śmiertelnymi Decepticonami i uroczą historyjkę o nietypowym nastolatku/wybrańcu. Tym razem podziwiamy festiwal żartów o podtekście seksualnym lub fizjologicznym i chaotyczne wrzaski skretyniałej matki protagonisty.

Na szczęście po przebrnięciu przez pierwszy akt i głupawe perypetie Sama, który zaczyna naukę w koledżu, film zwalnia z żenującym poczuciem humoru i zbędnymi wątkami. Szkoda, że musimy czekać godzinę, żeby dotrzeć do pierwszego prawdziwie świetnego momentu, jakim jest walka Optimusa Prime’a z Megatronem w lesie. To scena na miarę pierwowzoru – fantastyczne wspólne osiągnięcie reżysera, montażystów, speców od efektów specjalnych i dźwiękowców. Sama historia również w końcu obiera jakiś kierunek i zwalnia nieco tempa. Narracja przybiera formę kina drogi i daje wreszcie możliwość wybrzmienia relacjom między bohaterami.

Advertisement

Naturalnie cały drugi akt można by było skrócić (w pierwszej kolejności wycinając idiotyczne żarty, które niestety co jakiś czas atakują widza), ale wszystko względnie zgrabnie zmierza do finału. Ten jest bardziej chaotyczny niż wcześniej i mniej angażujący, ale to wciąż imponujące widowisko. Nawet jeśli drażni nas przesyt eksplozjami i zamieszaniem, to są tu bezsprzecznie świetne, emocjonalne momenty. Kiedy bohaterski Bumblebee w ostatniej chwili ratuje protagonistę i własnoręcznie rozrywa dwa Decepticony, trudno nie pomyśleć, że Bay czasem robi coś jak trzeba.

Transformers 3 (nie rozumiem, dlaczego pominięto oryginalny podtytuł – Dark of the Moon) pokazuje, że można się uczyć na swoich błędach. Do pewnego stopnia. Choć wciąż nie brakuje tu kretyńskich żartów, to mocno zredukowano ich liczbę i darowano sobie pomysły pokroju minirobota gwałcącego nogę Megan Fox. Pierwszy akt znowu jest niepotrzebnie wypchany wątkami i dłużyznami, ale przynajmniej tym razem w tle rozgrywa się ciekawa intryga, której początki sięgają lat 60. i lądowania na Księżycu. Przekonująco wypadają także rozterki protagonisty, który po wydarzeniach z poprzednich filmów musi trzymać w tajemnicy swój udział w wojnie między Autobotami a Decepticonami i nie może nawet znaleźć sensownej pracy.

Advertisement

„Jesteś posłańcem” – słyszy w pewnym momencie dwukrotny zbawca ludzkiej cywilizacji. Zgrabnie wpasowuje się w to poczucie bycia podporządkowanym nowej dziewczynie (Megan Fox niestety została zastąpiona przez Rosie Huntington-Whiteley) i zagrożonym przez jej absurdalnie przystojnego i bogatego szefa (wybitnie niedorzeczny Patrick Dempsey). Wszystko prezentowałoby się jednak lepiej, gdyby nie było tak niemiłosiernie przeciągnięte.

Na plus trzeba zaliczyć tak klimatyczne miejscówki, jak Księżyc i Czernobyl – zawsze to jakiś powiew świeżości po miejsko-pustynnej scenerii dwóch poprzednich części. Fabuła intryguje tajemniczością mniej więcej do połowy filmu – później jesteśmy w stanie przewidzieć każdą następną scenę. Szkoda, ale z drugiej strony zaskakujące zwroty akcji nigdy nie były mocnym punktem serii. Sama akcja jest dość nierówna. Są tu fenomenalne momenty, np. scena, w której gigantyczny Decepticon przewierca się przez wieżowiec albo finalny popis Optimusa Prime, który uzbrojony w miecz oraz topór i przy akompaniamencie wzniosłych nut Jablonsky’ego rzuca się w grupkę przeciwników, a następnie na antagonistę.

Advertisement

Reszta wypada mniej lub bardziej efektownie, ale często brakuje tu dawnego ciężaru. Irytują także obecne również w poprzednich filmach, ale tym razem wybitnie widoczne niewyjaśnione nieobecności Optimusa, który znika w sytuacjach, które nie byłyby niebezpieczne dla bohaterów gdyby nie jego brak. Ciekawą kwestią jest też kilka dość kuriozalnych przeskoków montażowych, które w bardzo krótkim czasie przelatują przez masę wydarzeń. Czy to świadomy zabieg artystyczny, czy konieczność skrócenia całości? Kto wie. Całość natomiast może się podobać i ma swoje zalety, choć dość daleko jej do pierwowzoru.

Transformers: Wiek zagłady miał być niejako nowym otwarciem w serii. Wolnym od wielu wad poprzednich filmów, świeżym i poważniejszym. LaBeoufa zastąpił Mark Wahlberg, potwierdzono pojawienie się Dinobotów, a film miał się bardziej koncentrować na robotach niż ludziach. Jak to wszystko wyszło? Fatalnie. To bez cienia wątpliwości najgorsza część serii – irytujący i niemal pozbawiony fajnych pomysłów pokaz ekranowej głupoty i najbardziej prymitywnego product placement, jaki widziano w dużym blockbusterze.

Advertisement

Wahlberg jest zmuszony grać zdziecinniałego domorosłego wynalazcę, którego przewrażliwienie na punkcie swojej córki zwyczajnie drażni. Wspomniane dziewczę wypada jeszcze gorzej – to zdecydowanie najbardziej irytująca i bezużyteczna postać kobieca w serii. Jej nadęty chłopak i jego przepychanki słowne z protagonistą to scenariuszowe dno i morze zażenowania. Wszyscy wiemy, że Michael Bay ma słabość do pięknych młodych dziewczyn, ale kiedy dyskusja między bohaterami zmienia się w recytowanie przepisów zezwalających na uprawianie seksu z nieletnią, ja wysiadam. Żeby było zabawniej (?), przezorny mądrala nosi ze sobą kartkę z zapisem tego prawa jak jakąś licencję na pukanie młodocianych dziewczyn.

Reszta postaci i wątków jest równie zbędna/irytująca/nudna i poza ciekawą przemianą Optimusa Prime, który w końcu stracił cierpliwość do ludzi, trudno tu o cokolwiek pozytywnego. Szkoda, że tym razem zabrakło bohaterów granych przez Josha Duhamela i Tyrese’a Gibsona – poprzednie filmy zyskiwały na wątkach militarnych, które tutaj sprowadzono do minimum na rzecz znacznie nudniejszych rzeczy.

Advertisement

Niewiele lepiej jest z akcją, która zupełnie straciła jakąkolwiek siłę oddziaływania. Poza prześwietnymi scenami z kapitalnie wyglądającymi Dinobotami walki w tym filmie można podsumować ziewnięciem. Brakuje tu inscenizacyjnej zmyślności i budowania napięcia, dzięki któremu pierwszą część ogląda się tak dobrze. Tutaj mamy po prostu eksplozję za eksplozją. Bez emocji, ciężaru ani sensu. Bliżej temu do filmu animowanego niż czegoś, co wydaje się choć trochę wiarygodne. Jest tak również dlatego, że postanowiono „usprawnić” wygląd Autobotów, które były wcześniej zbyt podobne do siebie (według niektórych).

Teraz mamy więc robota-samuraja i robota-weterana z Wietnamu. Lepiej? Nie. Jeszcze gorzej potraktowano Decepticonów: nie licząc nudnego antagonisty, bohaterowie walczą z Transformersami stworzonymi przez ludzi – prezentują się one fatalnie, rodem z produkcji Asylum. Brzydkie i kiczowate, a do tego przeobrażające się w nowy sposób, który wygląda na niezwykle tandetną próbę oszczędzenia pieniędzy na dopracowaniu tradycyjnej transformacji. Dodajmy do tego pozbawiony energii soundtrack, bezsensowne przeniesienie akcji do Chin w połowie filmu (podlizywanie się chińskim widzom jest w cenie) i bezlitośnie rozciągnięty czas trwania, a otrzymamy prawdziwą katastrofę. Poza urokliwymi zdjęciami, kapitalnymi Dinobotami i kilkoma momentami między postaciami nie ma tu nic godnego uwagi.

Advertisement

Ogółem jednak uważam, że seria Transformers nie zasługuje na tyle krytyki, ile dostaje. Jasne, to bezmyślne i pozbawione większej wartości komercyjne kino – ale czy naprawdę tak bardzo odmienne od innych blockbusterów? Śmieszą mnie praktyki takie jak nawoływanie do bojkotu nowej części. „Po raz piąty dostajemy to samo, przestańcie płacić twórcom za te filmy!” – krzyczą bojkotujący. Nie mówię, że to nieprawda, ale czy w takiej sytuacji nie należałoby zrobić tego samego z Szybkimi i wściekłymi oraz całym współczesnym kinem superbohaterskim? Te filmy powstają z tych samych pobudek, co Transformers – dla dużego zarobku.

Oczywiście, każda współczesna produkcja Marvela jest znacznie lepsza od Wieku zagłady, ale poprzednie części wcale nie wypadają tak źle w takim porównaniu. Mają swoje problemy i wady, ale czy to sprawia, że nie mają prawa istnieć? Ja dobrze się przy nich bawię, a pierwowzór uważam za znacznie lepszy i ciekawszy film niż wiele hołubionych blockbusterów. Inna sprawa, że sądząc po poziomie ostatniej części i dotychczasowych ocenach nowej (niebawem będę miał okazję i ją zrecenzować), Michael Bay nie wie, jak powtórzyć ten sukces, albo po prostu mu nie zależy. Chyba dobrze się więc dzieje, że Transformers: Ostatni rycerz to ostatni wyreżyserowany przez niego film w serii. Może ktoś nowy i utalentowany zrozumie, co wypadło tak dobrze 10 lat temu i czego oczekują widzowie?

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *