Publicystyka filmowa
LEPSZE NIŻ MARVEL. Komiksy, które chcemy zobaczyć zamiast kolejnych Spider-Manów
LEPSZE NIŻ MARVEL to przegląd komiksowych perełek, które powinny zawitać na ekrany zamiast kolejnych superbohaterskich hitów.
Nie da się ukryć, że na polu komiksowych przebojów niepodzielnie rządzi Marvel – i to już od dobrej dekady. Giganta bezskutecznie próbuje dogonić DC, choć i ta marka, mimo wielu poważnych potknięć, trzyma w ręku ładny kawałek rynku. Lecz kadry z dymkami to nie tylko zbieranina trykociarzy z obu tych stajni. Świat komiksu jest tak ogromny i bogaty, że aż dziw bierze, iż na fali popularności superbohaterskich przebojów mało kto decyduje się zainwestować w inne adaptacje tego medium. Oto tytuły, które wolelibyśmy zobaczyć na dużym ekranie zamiast taśmowych produkcji spod znaku Marvela/DC.
Jacek Lubiński
Fantom
„Urodzony” w 1936 roku zamaskowany mięśniak to swoisty prekursor różnorakich latających mścicieli. Powstały jeszcze przed Batmanem nie jest przy tym super herosem jako takim. To człowiek z krwi i kości, który pod wieloma względami przypomina miks Gacka (metody działania), Cienia (siatka informacyjna i mistycyzm) oraz Kapitana Ameryki (harcerskie wartości). Dobrze wyćwiczony i wytrenowany, wprawnie posługuje się bronią różnego sortu. Przede wszystkim używa jednak mózgu, a jego przygody – przynajmniej te początkowe – to po prostu sprawne, przygodowe kryminały z lekką nutą bondowskiego klimatu.
I to takie dość kameralne, gdyż w przeciwieństwie do swoich sławniejszych kolegów, Fantom nie zajmuje się ratowaniem świata, a raczej ochroną swojego domu i jego mieszkańców – położonej w Afryce fikcyjnej Bangalli.
Być może dlatego właśnie tak łatwo odszedł w cień Człowieka-nietoperza i spółki. Nie zmienia to faktu, że komiksy z jego udziałem to prawdziwa kopalnia fajnych, filmowych historii. Raz już zresztą przeniesiono je na duży ekran – w 1996 roku, z Billym Zane’em w roli tytułowej i nieznaną jeszcze wtedy Catherine Zetą-Jones. powstała całkiem niezła, acz kompletnie niedoceniona produkcja. Od czasu jej premiery krążą różnorakie plotki o powrocie Fantoma, który sam kilkukrotnie szturmował jeszcze z różnym skutkiem telewizję. Na plotkach się jednak kończy. A szkoda, bo Fantom zasługuje na więcej.
Hugo
Muszę przyznać, że stworzone w latach 80. przez Bernarda Dumonta przygody tytułowego trubadura to jeden z moich ulubionych komiksów i zarazem jeden z najlepszych, jakie czytałem. Ta krótka, bo licząca sobie zaledwie pięć tomów seria, zadziwia przede wszystkim bogactwem świata przedstawionego, który spokojnie równać się może z Władcą pierścieni. Do tego dochodzi znakomity humor, niezwykła fantazja kolejnych wydarzeń czy lokacji, pełnokrwiści bohaterowie (Biskoto!) i świetna kreska.
Śliweczką na torcie (get it?) jest także mądra, dojrzała fabuła, w której znajdziemy całe mnóstwo smaczków „dla dorosłych”. Zresztą Hugo niewolny jest od mrocznych, poważnych wątków, krwi oraz seksualnych wtrętów.
Te ostatnie elementy byłyby zapewne największym problemem ewentualnej adaptacji, której pokaźny budżet musiałby się jakoś zwrócić, a co za tym idzie, potencjalny film musiałby być całkowicie przyjazny rodzinie. Szczęśliwie gotowe scenariusze w postaci poszczególnych tomów można ekranizować w oderwaniu od pozostałych i tym samym zacząć od lżejszego materiału (choć, paradoksalnie, takowym jest bodajże właśnie otwarcie serii, czyli Zaklęcie w fasolę).
Jakby nie było, Hugo to komiks wręcz stworzony dla filmu. Myślę, że kino jest na niego gotowe – przynajmniej technicznie – choć zdaję sobie sprawę, że to zapewne mgliste fantazje. Ale może kiedyś…
Kajko i Kokosz / Kajtek i Koko
Tych dwóch panów (a raczej czterech w dwóch wydaniach) nikomu przedstawiać nie trzeba. Bohaterowie komiksowej sagi Janusza Christy to jedna z kultowych pozycji nad Wisłą – taki nasz własny Asteriks i Obeliks. W przeciwieństwie jednak do galijskich kolegów, którzy jako jedni jedyni wciąż stawiają opór najeźdźcom i uprzykrzają życie legionom rzymskim, duet KiK nadal czeka, aż rodzimi filmowcy wyjmą kij z… tych wszystkich moralno niepokojących dramatów i z impetem wprowadzą ich na duży ekran (bo chyba już wszyscy zapomnieli o tej animowanej porażce sprzed dekady). W końcu jest z czego wybierać i z czego być dumnym – mamy czternaście fantastycznych tomów, w których aż kipi od humoru, przygody i fascynujących historii, w jakich nawet nic nie trzeba zmieniać, aby zagrały w swej ruchomej wersji.
A ponieważ Kajko i Kokosz to nie tylko smoki, czarownice, szranki i konkury, to bynajmniej nie potrzeba na starcie przesadnie rozbuchanego budżetu. Ot, dobry casting, wprawna realizacja i gotowe – zamiast na kolejne Pany Tadeusze można zapędzać szkoły do kin na Dzień Śmiechały. Trzeba tylko przy tym ppamiętać, żżże nie wwwolno ppolować na dziki…
Przy okazji osobny akapit należy się także, a może przede wszystkim, Kajtkowi i Koko, którzy powstali kilka lat wcześniej i są takimi bardziej współczesnymi wersjami Kajka i Kokosza. Co prawda opus magnum perypetii dwóch marynarzy, czyli Kajtek i Koko w kosmosie, to projekt, z którym bałbym się uderzyć nawet do będącego w najwyższej finansowej formie Disneya, ale tu też alternatyw jest mnóstwo. Dla mnie zresztą zawsze ta dwójka kojarzyła się w pierwszej kolejności z intrygami sensacyjno-kryminalnymi pokroju Tintina. I to w dodatku takimi, które z pomysłem i sercem odnoszą się do naszej kultury i historii. Przecież Śladem białego wilka czy Duch bunkra to samograje, które spokojnie mogłyby zostać letnimi blockbusterami made in Poland. Dlaczego jeszcze nikt się za to nie zabrał!?
Thorgal
Wydany po raz pierwszy w roku premiery Gwiezdnych wojen twór Grzegorza Rosińskiego i Jeana Van Hamme’a to bez dwóch zdań jedna z najpopularniejszych i najbardziej cenionych sag komiksowych na świecie. Licząca sobie już 36 tomów seria składa się na inteligentne, wspaniale napisane i narysowane historie fantasy osadzone w mitologii i środowisku Wikingów, czyli nacji od zawsze pobudzającej ciekawość, mimo niewielu w sumie filmów im poświęconych wdzięcznej dla kina, a ostatnio licznie reprezentowanej również na małym ekranie. Wpływ, pozycję i uznanie dla Thorgala w komiksowym świecie trudno przecenić. A jego potencjał filmowy jest praktycznie nieograniczony, gdyż nie trzeba nawet kopiować fabuł poszczególnych odcinków serii, aby zrobić z niej dobre, efektowne i wciągające widowisko, które nie przyniesie ujmy oryginałowi.
Nic zatem dziwnego, że tak jak w przypadku rodzimego Wiedźmina, o ekranizacji z prawdziwego zdarzenia mówi się od dekad. A tymczasem w eterze cisza. Oczywiście największym problemem jest w tym wypadku – jakże by inaczej! – kategoria wiekowa/polityczna poprawność. Thorgal nie jest bowiem dziełem, które „odwraca wzrok” od niewygodnych rzeczy – i bynajmniej nie chodzi tu tylko o lejącą się krew czy okazjonalną nagość.
Żeby zachować sens oraz klimat, film lub serial również nie mógłby tego robić. No ale skoro z Dreddem w końcu się udało, to może i Thorgala też ktoś rozgarnięty nam sprezentuje. Modlę się o to do Odyna czasem przed snem. Bo cóż innego mi pozostało…
Umpa-pa
Czerwonoskóry krewny Asteriksa, to także dziecko Gościnnego i Uderzo. Mniej chwalone, nie tak zdolne i ambitne, ale wcale nie gorsze – przynajmniej w kwestii humoru i osadzenia akcji w konkretnej epoce historycznej – tutaj w Ameryce Północnej ery kolonizacji. To krótki (ponownie tylko pięć odcinków) cykl, ale pomysłowy, pełen werwy, polotu, ciętych ripost i naprawdę sympatycznej atmosfery. I, wzorem swojego francuskiego brata, nadający się dla odbiorcy w każdym wieku. To zdecydowane przeciwieństwo Ostatniego Mohikanina, dające jednak równie dużo frajdy ze śledzenia poczynań rdzennego mieszkańca Dzikiego Zachodu.
Żeby je zekranizować pozornie należałoby się liczyć z dużą wystawnością widowiska. Lecz biorąc pod lupę te kilka niezwykle atrakcyjnych, zabawnych i, przede wszystkim, lekkich historyjek o nietypowej przyjaźni i uprzedzeniach, łatwo zauważyć, że tak naprawdę nie potrzebują one rozbuchanego budżetu. O wiele większym problemem ewentualnego filmu zdaje się być stereotypowy do granic wizerunek Indian – coś, czego nawet pomimo ewidentnego, żartobliwego nawiasu media społecznościowe mogą twórcom nie darować. Jeśli jednak nie damy się im zwariować, Umpa-pa to jeszcze jeden teoretyczny hit, któremu kino powinno dać szansę.
Inna sprawa, że o wiele bardziej rozpoznawalny Lucky Luke na podobnej teorii wyłożył się nie raz. Liczę jednak, że zaradny wojownik plemienia Szpokoszpoko i jego biały brat, Podwójny Skalp, mieliby nieco więcej szczęścia…
Filip Pęziński
Dragon Ball
Wiem, co pomyślicie. Dragon Ball? Przecież komiks (manga) został zekranizowany w postaci serialu (anime), a dodatkowo powstały dziesiątki filmów animowanych, serialowe kontynuacje i niesławny film aktorski. Oczywiście trudno dyskutować z faktami, ale i tak marzy mi się jankesowy blockbuster, który odda kultowej serii Akiry Toriyamy sprawiedliwość, tj. skupi się na przygodzie, galerii niepodrabialnych postaci i znakomitej, potężnej mitologii. Dragon Ball można byłoby rozplanować na przynajmniej kilka filmów, które śmiało mogłyby konkurować z Gwiezdnymi wojnami czy filmami Marvela. Armia Czerwonej Wstęgi, Piccolo, Sayanie, Namek, Freezer, Androidy, Call. To wszystko czeka. Dragonball: Ewolucja dało nam tylko uroczą Bulmę. Nic więcej.
Totalnie nie nostalgia
Specyficzna narracja na pewno stanowiłaby wyzwanie dla filmowców, ale Totalnie nie nostalgia zasługuje na szerszy odbiór, który mogłoby jej zapewnić przeniesienie na wielki ekran (koniecznie w formie animowanej, żeby zachować cudowną kreskę Jacka Frąsia!). To autobiograficzna historia Wandy Hagedorn, która przybliża nam życie swojej rodziny w totalnie nienostalgicznej (chociaż trochę jednak, jak w każdej historii z dzieciństwa), peerelowskiej scenerii. Niezwykle wciągająca, mądra i wielokrotnie szokująca rzecz z mocnym, feministycznym przekazem. Pokażmy to światu.
Tymek i Mistrz
W Tymku i Mistrzu zakochałem się jeszcze jako dzieciak, kiedy dostawałem od babci komiksowy dodatek do „Gazety Wyborczej”, w którym pierwotnie ukazywał się w odcinkach komiks Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka (duet odpowiedzialny za kultowego Jeża Jerzego). To lekka, zwariowana i okraszona specyficzną kreską historia wielkiego maga i jego posłusznego (zazwyczaj) ucznia. Bawiła mnie, kiedy miałem dziesięć lat, bawiła też dzisiaj, kiedy po latach, na potrzeby tego tekstu, wróciłem do pierwszych numerów. W formie filmu animowanego (swego czasu trwały prace nad serialową animacją) mogłaby to być prawdziwa petarda kina dziecięcego.
Paper Girls
Paper Girls sprzedane mi zostało jako Stranger Things z dziewczynami i trudno nie odnaleźć tutaj przynajmniej szeregu podobieństw. Zaczynając od nostalgicznego klimatu lat osiemdziesiątych, idąc przez historię mocno zahaczającą o fantastykę, a kończąc na paczce przyjaciół (przyjaciółek) na rowerach. Paper Girls oferuje jednak historię dużo bardziej bezkompromisową i – heh – dziwniejszą. Wszystkie punkty wspólne z hitem braci Duffer, jak i różnice sprawiają, że chętnie zobaczyłbym ekranizację komiksu jako kolejny hit Netflixa. Duży i mały ekran pokochał lata osiemdziesiąte, więc kujmy żelazo, póki gorące.
Zabij albo zgiń
Zabij albo zgiń zwala z nóg już od pierwszych kadrów. To historia młodego mężczyzny, który na skutek paktu z demonem zmuszony jest do comiesięcznego mordowania przypadkowej osoby. To fascynująca, narkotycznie wciągająca opowieść o brudnym, brutalnym świecie i ludzkiej psychice, gdzie trudno orzec, co dzieje się naprawdę, a co tylko w głowie głównego bohatera. Uznany i zasłużony scenarzysta komiksowy Ed Brubaker po raz kolejny udowodnił, że w stylistyce thrillerów i kryminałów nie ma większej konkurencji, a jego najnowsze dzieło ktoś powinien podrzucić pod drzwi Davida Finchera.
Damian Halik
Yorgi
Opowieść o Yorgim Adamsie zdecydowanie nadawałaby się na film kategorii R, który zachwyciłby niejednego miłośnika science fiction. Cielesność, będąca splotem seksualnych podbojów i nieśmiertelności z takim utęsknieniem wyczekiwanej przez fantastów, to na tyle uniwersalny język, że bez problemu trafiłby do odbiorcy z różnych zakątków świata – tym bardziej, że obok narkotycznych oparów futurystycznej rzeczywistości nie zabrakło miejsca dla innych elementów typowych dla cyberpunku – bezduszności, dominacji globalnych (a właściwie międzyplanetarnych) korporacji oraz technologicznego rozwoju, który prędzej czy później musi zaowocować ingerencją w konstrukcie ludzkiego ciała, ale też dystopijnego, wręcz rozpadającego się na naszych oczach świata i tęsknoty za Bogiem czy resztkami człowieczeństwa.
Yorgi nie miałby najmniejszych kompleksów w konfrontacji choćby z Altered Carbon, bez wątpienia zainteresowałby też fanów Philipa K. Dicka czy Stanisława Lema, do których twórczości nie brak w dziele Dariusza Rzontkowskiego (scenariusz) i Jerzego Ozgi (rysunki) nawiązań. Tyle mamy do zaoferowania światu, ale jeszcze ciekawiej seria wypada w konfrontacji z polskim odbiorcą, który niechybnie odnajdzie tu echa peerelowskiego okresu w naszej historii. A mówią, że Polacy nie umieją w science fiction, tymczasem zasłużony Funky Koval wysiada!
Black Hole
Dyktowana nostalgicznymi wspominkami moda na stylistykę nawiązującą do lat 80. trwa w najlepsze, ale nie miałbym nic przeciwko, gdyby ktoś dla odmiany postanowił cofnąć się o jeszcze jedną dekadę. To właśnie w Seattle lat 70. rozgrywa się akcja kultowego Black Hole – mrocznego memuaru osoby dorastającej w owych czasach, którego treść zdecydowanie zaburza nadnaturalna siła, dziwaczna zaraza, która u nastolatków czynnych seksualnie wywołuje przerażające mutacje.
Niepokojący, niebanalny i metaforyczny komiks powstawał między 1995 a 2005 rokiem. W tym czasie Charles Burns zaserwował nam zaledwie dwanaście zeszytów, które cieszyły się niesamowitym uznaniem wśród krytyków – w latach 1998-2006 aż siedmiokrotnie zgarnął nagrodę Harveya dla najlepszego rysownika (tylko dwukrotnie w tym czasie musiał uznać wyższość Jaime’a Hernandeza), a w ostatnim z opisywanych plebiscytów zgarnął też nagrodę za najlepsze wydanie zbiorcze publikowanych wcześniej prac. To zresztą zaledwie część branżowych nagród, jakie Burnsowi przyniosło jego Black Hole, ale poza laurami jego opus magnum przede wszystkim docenione zostało przez czytelników – i trudno im się dziwić. To jeden z najwybitniejszych komiksów w historii, który nie umknął też uwadze filmowców.
O ekranizacji Black Hole mówi się właściwie od momentu, gdy seria została ukończona. Podobno ekranizacją zainteresowany był Alexandre Aja (Wzgórza mają oczy), a za scenariusz odpowiadać mieli Neil Gaiman (Amerykańscy bogowie) i Roger Avary (Pulp Fiction). Projekt upadł. Chrapkę na dzieło Charlesa Burnsa miał też Rupert Sanders (Ghost in the Shell), aż w końcu na reżysera adaptacji anonsowano samego Davida Finchera. Wówczas wycofali się Gaiman i Avary, a niedługo później także i reżyser, który wolał skupić się na Dziewczynie z tatuażem. Ostatecznie Black Hole mogliśmy zobaczyć na wielkim ekranie w… Ewolucji planety małp, gdzie stanowiło dar dla małpiego nauczyciela Maurice’a od Alexandra (Kodi Smit-McPhee).
Ósma czara
Kolejna pozycja niezależna, ale tym razem wprost znad Wisły. Jej autorem jest Krzysztof „Prosiak” Owedyk, który od początku lat 90. raczył dopiero wyrabiającą się w Polsce komiksową publikę doskonałym zinem Prosiacek, na łamach którego bez zważania na polityczną poprawność i panujące w społeczeństwie nastroje wyśmiewał polską rzeczywistość. W późniejszych latach zasłynął też świetnym punkowym thrillerem Ratboy o anarchistycznym pół-człowieku, pół-szczurze, a także kilkoma innymi tytułami, lecz wyraźnie na ich tle wybija się Ósma czara.
Wydany pierwotnie w 1994 roku one-shot liczył zaledwie 88 stron, ale starzy komiksowi wyjadacze bardzo często to właśnie ten tytuł uznają za najlepszy polski komiks tamtej dekady. Nie brak tu cierpkiego humoru i tyleż trafnych, co nieprzyjemnych wniosków na temat ludzkiej natury i egzystencji. W tym przypadku jest to o tyle ciekawe, że akcja Ósmej czary toczy się po końcu świata. I nie mam tu na myśli postapokalipsy w rozumieniu kina science fiction, a wypełnienie zapisanego w Piśmie Świętym proroctwa – problem w tym, że Bóg nie sprostał zadaniu i nie zakończył sporu między dobrem a złem ostatecznie, pozostawiając przy życiu garstkę niedobitków.
I tak oto zaczyna się romantyczno-bluźniercza eskapada Owedyka, który nie waha się pytać o boskie jestestwo i podważać jego rzeczywistej władzy. Zdecydowanie nie jest to pozycja do nakręcenia pod rządami miłościwie nam panujących, ani zapewne żadnej innej opcji politycznej w tym kraju, ale kto wie, może kiedyś?
To o tyle smutne, że obrazoburcze wizje Prosiaka są w swej graficznej formie niezwykle filmowym przeżyciem, które aż prosi się o przelanie z papieru na taśmę (albo kartę pamięci, ale wiecie o co chodzi).
Kryminały Briana Michaela Bendisa (Jinx, A.K.A. Goldfish, Torso)
Żeby nie iść w totalny underground, z miłą chęcią przywołam także Briana Michaela Bendisa, który ma w swym portfolio zarówno tytuły niszowe, publikowane w latach 90. przez niezależnych wydawców, jak i kilkunastoletnią współpracę z Marvelem przy jego najważniejszych komiksach (m. in. Avengers, X-Men, Strażnicy Galaktyki, Spider-Man, Daredevil). Jest on także twórcą Jessiki Jones – i właśnie tym tropem zmierzam.
Zanim błyskotliwa pani detektyw zdobyła serca użytkowników Netflixa, Bendis wykreował na łamach komiksu cały jej żywot – to jednak nic w porównaniu z jego kryminałami wydawanymi w ostatniej dekadzie XX wieku. Po całkiem nieźle przyjętym thrillerze szpiegowskim Fire, artysta z Cleveland na ładnych kilka lat został wessany przez klimaty noir. Pierwszym z nich jest rozgrywające się w rodzinnym mieście Bendisa A.K.A. Goldfish, którego główny bohater – David Gold, znany oszust – próbuje odzyskać syna. Na jego drodze staje jednak lokalna szycha przestępczego światka, pod której kontrolą są miejscowe przybytki rozkoszy dla typów spod ciemnej gwiazdy.
Prequelem tej historii jest wyraźnie nawiązująca do Dobrego, złego i brzydkiego Sergia Leone seria Jinx, w której główną bohaterką jest partnerka Golda, parająca się zawodem łowcy głów – razem Jinx i A.K.A. Goldfish tworzą materiał na doskonały scenariusz dla filmu neo-noir.
Najdoskonalszym z kryminałów Bendisa jest jednak Torso – i to właśnie on ma przed sobą najbliższą drogę na wielki ekran. Artysta ponownie zabiera nas w swoje rodzinne strony, tym razem jednak bazując na prawdziwych wydarzeniach. Pozbawione głów i genitaliów tułowia były znakiem rozpoznawczym mordercy grasującego po Cleveland w latach 30. ubiegłego wieku, a w pościg za nim wyruszył znany chicagowski agent federalny Eliot Ness. I ponownie reżyserię bazującego na mrocznym komiksie filmu chciano zlecić Davidowi Fincherowi; następnie mówiło się o Davidzie Lowerym (A Ghost Story), ale i jego zakusy zostały zahamowane. Wiele jednak wskazuje na to, że po nieudanym romansie z Miramaxem Torso może zostać z ekranizowane przez Paramount Pictures. W ubiegłym roku „Deadline” dotarło do informacji, jakoby pracę nad scenariuszem zlecono Brianowi Helgelandowi (Tajemnice Los Angeles, Rzeka tajemnic), a do roli reżysera przymierzany był Paul Greengrass (Ultimatum Bourne’a, Kapitan Phillips). Czas pokaże, czy nie będzie to kolejna ślepa uliczka.
Co ciekawe, historia powstania tych trzech komiksów stała się kanwą dla osobnej serii – Fortune and Glory – gdzie Bendis opisuje swoją mozolną wspinaczkę po szczeblach kariery oraz hollywoodzkie aspiracje, które rozbiły się o panujące wśród filmowej śmietanki towarzyskiej metody i kulturę biznesową. W latach 90. scenariusze do A.K.A. Goldfish, Jinx i Torso nie zdołały ułatwić mu filmowej kariery, ale kto wie, może niebawem uda się je zekranizować?
Czasem
Na koniec raczej smaczek niż rzeczywisty materiał na film (no chyba, że krótkometrażówkę). Wyjątkowo chciałbym też, by w tym przypadku zachowana została rysunkowa kreska, a w miarę możliwości by była ona jak najbliższa stylowi Marcina Podolca. Młody polski rysownik coraz śmielej poczyna sobie w świecie komiksowym (ale nie tylko), a Czasem – efekt jego współpracy z Grzegorzem Januszem, starym wygą polskich powieści graficznych – wprost urzeka swą zwięzłą i treściwą formułą. Janusz jest jednym z bardziej rozpoznawalnych artystów komiksowych w naszym kraju, a jego dwuczęściowe Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona zyskało także międzynarodowe uznanie, ale osobiście to właśnie do wydanego w 2011 roku Czasem mam największym sentyment.
Zaprezentowana w zaledwie 72-stronicowym komiksie historia może zdawać się banalna, ale jest w niej tyle nieoczywistej refleksji i życiowego humoru, że trudno nie zastanowić się, co tak właściwie zrobilibyśmy, będąc na miejscu głównego bohatera. Ten zaś odkrył w willi, do której przeprowadził się z żoną, niesamowite miejsce, pozornie będące spełnieniem marzeń – nie tylko jego, ale zapewne każdego przeciętnego człowieka. W życiu nie ma jednak niczego, co nie szkodziłoby w nadmiarze. Co jednak najciekawsze, dla Grzegorza Janusza największą inspiracją były w tym przypadku kultowe tytuły literackie opowiadające o. .. bezludnych wyspach. Przewrotnie.
