Connect with us

Publicystyka filmowa

WIELCY REŻYSERZY BEZ OSCARA. Mistrzowie kina pozbawieni nagrody Akademii

Poznaj WIELCY REŻYSERZY BEZ OSCARA, mistrzów kina, którzy mimo talentu nie zdobyli nagrody Akademii. Fascynujące spojrzenie na ich twórczość!

Published

on

WIELCY REŻYSERZY BEZ OSCARA. Mistrzowie kina pozbawieni nagrody Akademii

Oscar – najbardziej rozpoznawalna i popularna nagroda filmowa na świecie. Dla wielu zainteresowanych kinem stanowi wyznacznik jakości. Dla wielu filmowców jej otrzymanie to spełnienie marzeń. Nie brakuje znakomitych aktorów, którzy dotąd jeszcze nie zostali w ten sposób docenieni, a niejeden z nich już tego zaszczytu nie dostąpi. Nie inaczej w przypadku wybitnych reżyserów.

Advertisement

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że skupiłem się twórcach, niestety, już nieżyjących bądź takich, których kariera dobiegła końca, ewentualnie zmierza ku finałowi. Uznani artyści z młodszego pokolenia jak Denis Villeneuve, Christopher Nolan, Darren Aronofsky czy Paul Thomas Anderson są tak naprawdę dopiero w połowie kariery i co najmniej dwie, może nawet trzy dekady kręcenia jeszcze przed nimi. Tym samym na statuetkę Oscara nadal mają szansę zapracować.

Do zestawienia włączyłem jednak tych, którzy dostali Oscary w innych kategoriach – np. za najlepszy scenariusz albo Oscara Specjalnego. Rozważania dotyczą bowiem zdolności reżyserskich, wobec tego należy odrzucić na bok inne sukcesy, zaś Oscar Specjalny to jednak nagroda będąca formą złożenia hołdu i wydaje się, że częściej traktowana jest jako ciekawostka w biogramie artysty niż spektakularne osiągnięcie (choć na pewno warte szczególnego odnotowania).

Advertisement

Na tym krótka przedmowa dobiega końca. Zaczynamy przegląd reżyserów, którzy nie otrzymali statuetki Oscara.

Stanley Kubrick

Od mocniejszego uderzenia chyba nie można było rozpocząć. Wybitny artysta swoją pierwszą nominację otrzymał w 1965 roku za film Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964). Następnie możliwość otrzymania nagrody pojawiała się dzięki znakomitej reżyserii w 2001: Odysei kosmicznej (1968), Mechanicznej pomarańczy (1971) oraz Barrym Lyndonie (1975). W każdym z przypadków jednak Kubrick ponosił porażkę, a przecież historia kina nie zna tak wielu twórców, którzy równie znakomicie odnajdywaliby się na rozmaitych polach gatunkowych – wszędzie silnie odciskając piętno indywidualnego stylu. Osobiście uważam, że powinien zwyciężyć w 1972 roku kosztem Williama Friedkina, którego Francuski łącznik (1971) mnie porządnie rozczarował.

Advertisement

Sergio Leone

Tylko jedna nominacja, i to do Złotego Globu? Niestety rzymski artysta nie był pod tym względem przesadnie doceniany w amerykańskim środowisku. O ile jestem w stanie zaakceptować, że przyznającym nominacje nie do końca podchodziły nietradycyjne westerny w spaghetti wydaniu, tak za absurdalną decyzję należy uznać pominięcie Leone w kategorii reżyserii za rok 1984. Dawno temu w Ameryce to szczytowe osiągnięcie tego twórcy i zagadką pozostanie, dlaczego także sam film został tak okrutnie niedoceniony.

Alfred Hitchcock

Kolejne pokolenia autorów thrillerów czy horrorów czerpią z jego twórczości garściami, ale przecież to nic grzesznego inspirować się najlepszymi. Gorzej, że Brytyjczyk, pomimo pięciu nominacji, ani razu nie odebrał Oscara. Konkurentów zawsze miał wymagających i przegrywał z Johnem Fordem (1941), Leo McCareyem (1945), dwukrotnie Billym Wilderem (1946, 1961) oraz Elią Kazanem (1955), lecz przynajmniej za najbardziej reprezentatywną dla Hitchcocka Psychozę (1960) nagroda mu się należała.

Advertisement

Charlie Chaplin

Jeden z pierwszych i zarazem ostatnich autorów totalnych. Reżyser, scenarzysta, aktor, montażysta, nieco rzadziej kompozytor… Chaplin odpowiadał za kształt szeregu elementów w jednym dziele filmowym. Za reżyserię nominacji jednak nigdy nie dostał. W 1973 roku zdobył statuetkę dzięki muzyce do Świateł rampy (które do 1972 nie były wyświetlane w Los Angeles), zaś rok wcześniej wręczono mu nagrodę honorową.

Trudno jednak nie uznać, że jak na wielki wkład Chaplina w rozwój kina to dorobek skromny, ale być może odpowiada za to fakt, że zdecydowaną większość dzieł Brytyjczyk nakręcił jeszcze zanim narodziła się idea nagród Akademii.

Advertisement

Ridley Scott

W ostatnich latach jego reżyserska forma słabnie i Brytyjczyk niepokojąco niszczy swój uznany dorobek artystyczny, lecz opinia o świetności jego dawnych dziełach przetrwa. Dlatego bez kontrowersji można przytoczyć nazwisko Scotta jako przykład oscarowego niespełnienia. Inną sprawą są filmy, za jakie otrzymywał nominacje. Obcy – 8. pasażer „Nostromo” (1979) oraz Łowca androidów (1982) to zapewne nie tylko dla mnie dwa największe osiągnięcia ich autora.

Scott w oscarowych zmaganiach po raz pierwszy pojawił się jednak dopiero w 1992 roku dzięki dramatowi Thelma i Louise (1991). Następne nominacje otrzymał dzięki Gladiatorowi (2000), Helikopterowi w ogniu (2001) oraz Marsjaninowi (2015). Jego największy reżyserski popis to jednak wciąż te dwa wyszczególnione powyżej dzieła z gatunku sci-fi i pominięcia „takiego” Scotta zaakceptować trudniej.

David Lynch

Niedawno ponownie zaprosił widzów do Twin Peaks, ale to tylko jednorazowy zryw amerykańskiego reżysera i zasadnicza część jego kariery skończyła się na Inland Empire (2006). Z jednej strony w przekrojowym spojrzeniu Lynch ma w sobie wiele z awangardzisty oraz artysty niszowego, z drugiej cechuje go światowa, wręcz masowa popularność.

Advertisement

To rozciągnięcie pomiędzy dwoma obliczami nigdy nie przełożyło się na statuetkę Oscara. Lynch został trzykrotnie nominowany w kategorii najlepszego reżysera za Człowieka słonia (1980), Blue Velvet (1986) oraz Mulholland Drive (2001). Być może w drodze po Oscara zabrakło tej czwartej… za jego najlepszy film… Zagubioną autostradę (1997).

Jim Jarmusch & John Cassavetes

Postanowiłem zespolić tych twórców, albowiem trochę ich łączy. Zarówno Jarmusch, jak i Cassavetes to przedstawiciele kina niezależnego i obydwaj są tak samo niedoceniani. Oczywiście ten pierwszy może się pochwalić zdecydowanie liczniejszą publiką niż niesłusznie zapomniany reżyser z Nowego Jorku, ale żaden z nich nie sięgnął po nagrodę Akademii. Cassavetes był tego trochę bliżej, albowiem jako reżyser doczekał się jednej nominacji za stworzenie znakomitej Kobiety pod presją (1975).

Advertisement

Nie mam pretensji, że pominięto go na przykład za nawiązujące do nowofalowego kina we Francji debiutanckie Cienie (1959), ale takie dzieła, jak Minnie i Moskowitz (1971) czy Premiera (1977), powinny mu również pozwolić przynajmniej powalczyć o prestiżową statuetkę.

Jarmusch kręci Amerykę niestereotypową, nie maluje jej laurek, a w historiach swoich bohaterów często wprowadza motyw wyobcowania, wolnomyślicielstwa, nostalgii za tym, co minione i przyjęcia postawy opozycyjnej do zastanej rzeczywistości. Być może w tej złożonej filozofii znajduje się powód, dla którego reżyser nie znajduje wystarczającego uznania w oczach przydzielających nominacje. Z drugiej strony… Biorąc pod uwagę ogólną jakość jego mniej komercyjnej filmografii… Może to i dobrze?

Advertisement

Orson Welles

W 1971 roku otrzymał nagrodę honorową, ale jak na wkład w rozwój kina, jakiego dokonał Amerykanin, jego obecność w Oscarowych zawodach jest bardzo skromna (jeszcze bardziej niż u Chaplina) i zawdzięczana jest tylko dzięki Obywatelowi Kane’owi (1941). Welles otrzymał statuetkę za scenariusz oryginalny, zatem teoretycznie należałoby powiedzieć o artystycznym spełnieniu, ale to właśnie reżyseria wydaje się najmocniejszym punktem tego dzieła (abstrahując już od popisów operatorskich Gregga Tolanda).

W owej kategorii Welles musiał jednak uznać wyższość Johna Forda, a do końca swojej kariery nie otrzymał już jakiejkolwiek nominacji pomimo nakręcenia m.in. Makbeta (1948) czy znakomitego Procesu (1962).

Advertisement

Ernst Lubitsch

Następny bardzo niedoceniany reżyser, który we współcześnie prowadzonym dyskursie właściwie nie istnieje. A przecież kręcił kino z dozą humoru, polotem, często naciskiem położonym na warstwę muzyczną i wokalną, znajdując w nim miejsce na chwilę poważniejszej refleksji, ludzkiego dramatu. Potrafił to wszystko umiejętnie połączyć. W 1947 roku zdobył od Akademii nagrodę specjalną, otrzymując w poprzednich latach trzy nominacje w kategorii najlepszego reżysera. Co ciekawe, o statuetkę walczył jako autor mniej znanych dokonań.

Patriota (1928) czy Parada miłości (1929) cieszą się znacznie mniejszym uznaniem niż Ninoczka (1939), Sklep na rogu (1940) czy nawet dość słabo obejrzana w naszym kraju Wesoła wdówka (1934). Być może kiedyś jakiś twórca podejmie grę intertekstualną z Lubitschem i przyczyni się do renesansu w zainteresowaniu tym artystą.

Advertisement

David Fincher

Dopiero Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) pozwolił mu na otrzymanie pierwszej nominacji za reżyserię, pomimo że wcześniej Fincher nakręcił przynajmniej trzy doprawdy znakomite dzieła. Przegrał z Dannym Boylem, podobnie jak dwa lata później z Tomem Hooperem.

Od tamtej pory Amerykanin dokonał dwóch adaptacji utworów literackich z gatunku kryminału/thrillera oraz oddał się telewizyjnym projektom. Najwyraźniej bardziej obyczajowe z „wielkim” tematem bądź atrakcyjniejsze w efekty specjalne utwory dają w kontekście Oscarów Fincherowi większe możliwości, lecz pytanie, czy do takiego kina postanowi wrócić. W bardziej mrocznych klimatach bowiem odnajduje się zdecydowanie lepiej.

Advertisement

Howard Hawks

Jeden z najbardziej wszechstronnych filmowców poprzedniego wieku. Noir, kino gangsterskie, wojenne, przygodowe, melodramat, western, komedia, musical… Chwytał się niemalże wszystkich gatunków. Nie wszystkie powszechnie cenione utwory mnie równie zachwyciły i nieco rozczarowały (np. tylko niezłe Rio Bravo – 1960), niemniej zaledwie jedna nominacja do Oscara w karierze Hawksa (w 1942 roku za Sierżanta Yorka – 1941) to zdecydowanie za mało. Dość wspomnieć o Wielkim śnie (1946) czy nakręconej dwa lata po nim Rzece czerwonej. Na pocieszenie pozostaje informacja o Oscarze Specjalnym, jakiego twórca z Indiany otrzymał w 1975 roku.

Quentin Tarantino

Nie będę ukrywać, że dla mnie reżyser z Tennessee nakręcił wybitny Pulp Fiction (1994), po którym każdy kolejny film to już tylko dobre (jak Bękarty wojny – 2009), przeciętne (niczym Django – 2012) bądź słabe (np. Jackie Brown – 1997) dzieła, szczególnie już mnie nie zachwycając. Mam jednak na uwadze, że za Tarantino stoi bardzo wielu sympatyków, jest twórcą powszechnie cenionym, wobec tego w niniejszym zestawieniu absolutnie nie mam zamiaru go pomijać.

W 1995 roku musiał obejść się smakiem i oglądać triumfującego Roberta Zemeckisa. Z jednej strony werdykt zrozumiały, z drugiej potencjalna wygrana Tarantino nie byłaby czymś niesłusznym. Grunt, że statuetkę wręczono mu przynajmniej za scenariusz, co w 2013 roku uczyniono ponownie za skrypt do Django. Po wstępnej uwadze nie chcę nawet próbować oceniać, za reżyserię do jakiego filmu (abstrahując od Pulp Fiction) Tarantino powinien dostać nagrodę Akademii. Z dozą szacunku w tej sprawie oddaję głos fanom jego kina.

Advertisement

Sidney Lumet

Gdy tylko odszedł od projektów telewizyjnych, od razu zasłynął dramatem sądowym Dwunastu gniewnych ludzi (1957). Później wielkie role grali pod jego okiem Marlon Brando, Al Pacino, Robert Duvall czy Paul Newman… Cztery nominacje w kategorii najlepszego reżysera, ale żadnej statuetki. Dopiero w 2005 roku otrzymał Oscara Specjalnego, lecz biorąc pod uwagę szereg jego znamienitych dokonań, nagrodę tę należy potraktować jako formę osłodzenia kilku porażek.

Peter Weir

Gdy kręcił Piknik pod wiszącą skałą (1975) był jeszcze stricte australijskim twórcą, oderwanym od hollywoodzkiego świata. Dramat ten uchylił mu drzwi do wielkiej kariery w Ameryce, lecz nie były to wrota otwarte wystarczająco, aby sięgnął po Oscara. Na czterech nominacjach się skończyło. O ile podzielam werdykty dotyczące rozczarowującego Świadka (1985) czy tylko niezłego Pana i władcy: Na krańcu świata (2003), tak w 1990 roku Weir powinien cieszyć się wygraną.

Advertisement

Filmem Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989) zrobił spory progres w swojej karierze, podczas gdy Oliver Stone z wnikliwej obserwacji kulisów wojennych, jakiej dokonał w genialnym Plutonie (1986), poszedł w stronę bardziej oczywistego w emocjach i mniej autorskiego Urodzonego 4 lipca (1989), co postrzegam jako krok w tył.

Robert Altman

5 nominacji i żadnej statuetki dla tego bacznego obserwatora amerykańskiego społeczeństwa. Z jednej strony nie popieram nominacji za przeciętne, choć dość rewolucyjne, Na skróty (1993) czy nieudany Gosford Park (2001), z drugiej brakuje mi wyróżnienia za kapitalną reżyserię np. w Trzech kobietach (1977). Patrząc na rok 1976, trudno ocenić finalny werdykt. Z grona Altman, Kubrick, Forman, Lumet i Fellini każdy ma mocne nazwisko i reżyserię za nie najgorszy film. Niemniej może rzeczywiście, jeżeli nie za Nashville (1975), to za inny utwór Amerykanin tym bardziej nie miał szansy zgarnąć statuetki.

Advertisement

Federico Fellini

W 1962 roku otrzymał nominację za reżyserię Słodkiego życia (1960), lecz już wcześniej czterokrotnie nominowany był w kategoriach scenariopisarskich – zarówno dzięki indywidualnie pisanym skryptom, jak i tym będących owocem współpracy m.in. z Robertem Rossellinim. Po Słodkim życiu szczególnie wyróżniono go za Osiem i pół (1963), Satyricon (1969) oraz Amarcord (1973), ale włoski filmowiec nigdy po statuetkę nie sięgnął. W 1993 roku, notabene w roku śmierci, otrzymał Oscara Specjalnego.

Ingmar Bergman

Jeszcze jedna wielka ikona europejskiej kinematografii. Podobnie jak u Felliniego, triumf odnosiły jego filmy, lecz nie on sam jako autor dzieła. Po dwóch nominacjach scenariuszowych w latach 60., w 1974 roku znalazł się w gronie pięciu najlepszych reżyserów. Najpierw za Szepty i krzyki (1972), w kolejnych latach za Twarzą w twarz (1976) oraz Fanny i Aleksandra (1982). Filmowiec z Uppsali zaszczytu sięgnięcia po Oscara jednak nie dostąpił.

Advertisement

Inni amerykańscy reżyserzy

Powyższe zestawienie można rozwinąć o przynajmniej kilkanaście innych nazwisk, m.in. Boba Rafelsona, Jamesa Ivory’ego (4 nominacje), Alana Parkera (2 nominacje), Arthura Penna (3 nominacje), Terrence’a Malicka (2 nominacje), Alana J. Pakulę (1 nominacja), Adriana Lyne’a (1 nominacja, Richarda Brooksa (3 nominacje), Mervyna LeRoya, Spike’a Lee, Terry’ego Gilliama, Tima Burtona, Sama Peckinpaha czy Cecila DeMille’a (1 nominacja).

Inni reżyserzy spoza Ameryki

Zdecydowałem się na zbiorcze potraktowanie artystów spoza kraju ze stołecznym Waszyngtonem (za wyjątkiem przywołanych już wcześniej Leone, Hitchcocka, Chaplina, Felliniego czy Bergmana), albowiem z jednej strony należy zrozumieć, że w rozdaniach nagród Akademii dominują triumfy rodzimych twórców i na przykład Michel Hazanavicius w perspektywie ostatnich lat jest właściwie wyjątkiem, z drugiej, skoro w historii Oscarów wśród nominowanych zdarzały się europejskie czy azjatyckie nazwiska, to być może warto przytoczyć przynajmniej kilkanaście z nich.

Advertisement

Niektórzy wielcy byli blisko. W 1967 roku za autorstwo Powiększenia (1966) nominowany był Michelangelo Antonioni, zaś w 1986 Akira Kurosawa za nakręcenie filmu Ran (1985). Obydwie legendy kina otrzymały jednak nagrody specjalne (odpowiednio w 1995 i 1990 roku). Dwie nominacje trafiły na konto reżysera Mike’a Leigh.

Znacznie więcej, albowiem aż pięć, otrzymał za napisane do własnych dzieł scenariusze, lecz Brytyjczyk w żadnej z kategorii nigdy nie wygrał. W 2003 roku Oscara za scenariusz do Porozmawiaj z nią (2002) przyznano Pedro Almodóvarowi, lecz w kwestii reżyserii skończyło się na samej nominacji. Identyczna sytuacja miała miejsce dziewięć lat wcześniej w przypadku Jane Campion i utworu Fortepian (1993). Nagrody Akademii na półce nie może postawić także Michael Haneke – będący jednym z pięciu reżyserów walczących o nią w roku 2013 (za Miłość – 2012). W 1946 dostrzeżono kunszt reżyserki Jeana Renoira w Południowcu (1945). Paryski artysta statuetki nie zdobył, ale 29 lat później uhonorowano go nagrodą specjalną.

Advertisement

Z polskiego środowiska warto przywołać Krzysztofa Kieślowskiego, który w 1995 roku otrzymał nominację za wyreżyserowanie Czerwonego (1994). Andrzej Wajda natomiast osiemnaście lat temu otrzymał „jedynie” nagrodę honorową. Nigdy szczególnie nie wyróżniono ani cenionej w Hollywood Agnieszki Holland, ani budzącego zachwyt u wielu amerykańskich twórców Wojciecha Jerzego Hasa. Żaden z wymienionych reżyserów nie osiągnął tego, co w 2003 roku udało się Romanowi Polańskiemu. Najbardziej rozpoznawalny na świecie reżyser z Polski świętował zdobycie statuetki za nakręcenie Pianisty (2002).

Oczywiście trudno oczekiwać, aby w bardziej zamierzchłych czasach kina po Oscara mieli przed publikę wychodzić tacy artyści jak Fritz Lang czy Siergiej Eistenstein. Trudno się spodziewać, aby uczynił to mający problemy z wyświetlaniem filmów we własnym kraju Andriej Tarkowski. Nigdy przynajmniej na liście nominowanych nie pojawiło się nazwisko Luchina Viscontiego, Yasujirô Ozu, Alejandro Jodorowsky’ego czy Rainera Wernera Fassbindera. Luis Buñuel z kolei był obecny i to dwukrotnie, lecz w kategoriach scenariopisarskich (w obu przypadkach nagrody nie zdobył).

Advertisement

Zestawienie zarówno amerykańskich, jak i zagranicznych, reżyserów można jeszcze śmiało poszerzyć. Na koniec powrócę do tego, o czym napomknąłem na początku niniejszego tekstu. Pewni uzdolnieni i mający już swoją mocną pozycję artyści wciąż Oscara zdobyć mogą, ale w perspektywie dalszej przyszłości na pewno niejednego z nich będzie można włączyć do powyższego grona.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *