Connect with us

Publicystyka filmowa

ALTERED CARBON. Czy życie wieczne jest koszmarem? Recenzja pierwszego sezonu

W „ALTERED CARBON” zagłębiamy się w mroczny świat, w którym życie wieczne może być koszmarem. Cyberpunkowy kryminał wciąga i zaskakuje!

Published

on

Gdy na początku grudnia zeszłego roku do sieci trafił pierwszy zwiastun Modyfikowanego węgla, Netflix naprawdę mocno rozpalił wyobraźnię swoich subskrybentów (i nie tylko ich). W międzyczasie zrezygnowano co prawda z polskiego tytułu na rzecz oryginalnego Altered Carbon, ale nie zaprzestano tworzenia szumu wokół tego cyberpunkowego kryminału. Rozpoczęło się odliczanie do premiery, a serwis budował napięcie, stopniowo aplikując nam kolejne emocjonujące zajawki… Podsycanie oczekiwań może jednak działać jak miecz obosieczny, o czym przekonaliśmy się choćby w przypadku jeszcze mocniej promowanego Bright – na Altered Carbon ciążyła więc dodatkowa presja. Czy pierwszy sezon serialu podołał wyzwaniu?

Advertisement

Przed seansem Altered Carbon obawiałem się tylko o dwie rzeczy – nadmiar widowiskowych scen walki w stosunku do treści w klimacie neo-noir (co sugerowały zwiastuny) oraz karkołomną próbę upchnięcia tak obszernego materiału źródłowego w zaledwie dziesięciu niespełna godzinnych odcinkach.

Ojezusmaria... Thorgal na ekranie!

Altered Carbon: Przebudzenie Takeshiego Kovacsa, fot. Netflix

Historia Takeshiego Kovacsa to wielowarstwowy traktat o życiu i śmierci, wieczności i nieśmiertelności oraz wartościach, o których po upływie setek lat, na skutek kosmicznej ekspansji i cywilizacyjnych konfliktów, mało kto jeszcze pamięta. Modyfikowany węgiel jest debiutancką powieścią Richarda Morgana – podczas lektury jest to momentami wyczuwalne, nie brak tu niezręcznych fragmentów – ale nieprzypadkowo przyniósł żółtodziobowi olbrzymi rozgłos. Wykreowany przez niego świat, pozornie tak podobny do innych futurystycznych dystopii, okazał się powiewem świeżości dla całego nurtu science fiction.

Morgan zdecydował się na kryminał w klimatach neo-noir, który zamiast stylowego prochowca i kapelusza narzucił na siebie połyskujący neonami cyberpunkowy płaszczyk. Ponura wizja przyszłości, w której pogłębia się przepaść między bogatymi a biednymi, zaś ci pierwsi zyskują status samozwańczych bogów, zaskakiwała w szczególności rozwiązaniem problemu podróży międzygwiezdnych – ludzkie ciało przestało mieć jakiekolwiek znaczenie w momencie, gdy odkryto sposób na umieszczenie duszy w stosie korowym (niewielkim urządzeniu, które po uprzednim transferze strunowym danych można wmontować do dowolnej powłoki, w dowolnym miejscu wszechświata).

Advertisement

Wynalazek ten znalazł jednak dodatkowe zastosowanie – osoby wystarczająco majętne mogły dzięki niemu zmieniać skóry niczym wąż, zyskując w ten sposób życie wieczne, lecz stopniowo zatracając przy tym swoje człowieczeństwo.

Pochodzący ze Świata Harlana Takeshi Kovacs (w tej roli przede wszystkim Joel Kinnaman, ale też Will Yun Lee oraz Byron Mann – w końcu powłoka zmienną jest) to człowiek o ciekawej kartotece – były żołnierz Protektoratu, dezerter, członek anarchistycznego Korpusu Emisariuszy, a ostatecznie poszukiwany listem gończym przestępca. Z takim CV każda wpadka oznaczała dożywotnie więzienie, do którego bohater w końcu trafia. Po 250 latach „w lodzie” Kovacs nieoczekiwanie wychodzi na wniosek niejakiego Laurensa Bancrofta (doskonały James Purefoy) – najbogatszego człowieka na Ziemi, która dla Takeshiego była miejscem zupełnie obcym. Bohater otrzymał w ten sposób szansę – by odzyskać wolność, musiał jedynie rozwikłać sprawę… samobójstwa Bancrofta, w które główny zainteresowany nie wierzy.

Advertisement

Altered Carbon: Takeshi Kovacs i Laurens Bancroft, fot. Netflix

Choć opisany powyżej wątek stanowi motyw przewodni zarówno powieści, jak i serialu, muszę niestety zasmucić fanów literackiego oryginału. Altered Carbon w dość luźny sposób podchodzi do materiału źródłowego.

Wiele elementów jest rozpoznawalnych, lecz dowodzeni przez showrunnerkę Laetę Kalogridis (Wyspa tajemnic, Terminator: Genisys) scenarzyści wprowadzili w fabule sporo mniej lub bardziej wypaczających treść książki zmian. Na szczęście nie zabili w ten sposób olbrzymiego potencjału tej historii, ale – niestety – ogół ich pracy wypada dość nieporadnie.

Widać, że mimo pomocy Richarda Morgana projekt sprawił na tej płaszczyźnie wiele problemów. Poszczególne odcinki są nierówne, bardzo długo musimy czekać na wyważenie akcji – w pierwszej odsłonie, która powinna przecież wprowadzać widzów do zupełnie obcego im świata, trudno oprzeć się wrażeniu szaleńczego pędu. Gdyby nie znajomość powieści, zapewne nie zauważyłbym, jak pobieżnie ukazano sprawę transferu duszy do nowych powłok, i podejrzewam, że osoba nieznająca Modyfikowanego węgla będzie mieć po pierwszych dziesięciu minutach sporo pytań, na które – niestety – nie otrzyma odpowiedzi.

Advertisement

W trakcie seansu miałem wręcz wrażenie oszołomienia, jak gdyby to mój stos korowy trafił do zupełnie obcej powłoki. Dziwaczne uczucie – i zapewne niezamierzone przez twórców. Dopiero pod koniec trzeciego odcinka tempo zaczyna się stabilizować, akcja mocno wyhamowuje i w końcu możemy zająć się podziwianiem tego, co najciekawsze – cudownego cyberpunkowego miasta, które nieprzypadkowo przywołuje na myśl skojarzenia z Blade Runnerem, ale też Ghost in the Shell.

Altered Carbon: Miriam Bancroft, fot. Netflix

Wizualnie trudno cokolwiek zarzucić Altered Carbon. Produkcja każdego z odcinków kosztowała podobno około siedmiu milionów dolarów, czego lwią część pochłaniały efekty specjalne – to widać. Może brak tu maestrii w operowaniu kamerą, ale kto by na to zwracał uwagę, gdy przecinające mrok wszechobecne neony tworzą tak urokliwą atmosferę? Doceniam też drobne smaczki, jak choćby pogadankę z policją nad miską makaronu ryżowego w jednym z ulicznych chińskich barów – klasyk. A skoro mówię już o warstwie wizualnej, nie mogę pominąć pewnego szczegółu, który wielu z was może zniechęcić…

Twórcy Altered Carbon nie przebierali w środkach. Trup ściele się gęsto, krew tryska niemal co chwilę, a niewiele rzadziej przez ekran przewijają się nagie postacie – mam świadomość, że dla wielu osób to zbyt dużo, by obejrzeć serial z ciekawości. Na obronę twórców powiem tylko, że właściwie jest to fabularnie uzasadnione – skoro ciało nie ma żadnego znaczenia, stanowi jedynie powłokę, którą bohaterowie Altered Carbon noszą, ale w każdej chwili mogą zostać z niej wyjęci, to fizyczność w roku 2384 nie stanowi raczej tematu tabu.

Advertisement

 

Czy Altered Carbon jest więc tym, co nam obiecano? Zdecydowanie nie. Netflix popełnił jeden kardynalny błąd – o ironio, jakże zbieżny z ogólnym wydźwiękiem serialu – za bardzo uwierzył w swoją potęgę. Nawet w tym momencie nie jestem do końca pewien, jakie uczucia wzbudził we mnie ten tytuł. Po jego obejrzeniu potrzebowałem kilku dni, by zebrać myśli – próbowałem różnych sposobów, lecz ignorowanie rozbudzonych nadziei i literackiego pierwowzoru nie wywołało ostatecznego zachwytu. Altered Carbon wygląda bardzo dobrze i z pewnością nie nazwałbym go przeciętnym serialem, ale wbrew oczekiwaniom nie jest też najlepszym serialem Netflixa.

Advertisement

Do głowy przychodzi mi jedynie przymiotnik „ponadprzeciętny”, choć naprawdę nie jest to słowo, z którym chciałbym kojarzyć Altered Carbon. A tak niestety jest. Serial (tylko) ponadprzeciętny, który mimo wszystko warto obejrzeć, by wyrobić sobie własną opinię.

Altered Carbon trafi do biblioteki Netflixa 2 lutego 2018, a ja – mimo względnego rozczarowania – już czekam na kolejny ruch internetowego potentata. Mam nadzieję, że skoro zaadaptowano Modyfikowany węgiel, w niedalekiej przyszłości doczekamy się też kolejnych odsłon historii o Takeshim Kavacsu – Upadłe anioły oraz Zbudzone furie czekają. Byłoby szkoda, gdyby niewielkie potknięcie zahamowało rozwój tego serialu.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *