Artykuł

BETTER CALL SAUL. Najlepszy spin-off w historii

"Better Call Saul" to serial, który nie sięga po tanie chwyty, a zamiast szokować widza, cierpliwie i odważnie realizuje swoją własną wizję.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Cofnijmy się w czasie do 2013 roku.

Zapowiedź spin-offu doskonałego Breaking Bad została przyjęta z pewną rezerwą przez wiele osób. Produkcje-odpryski żerujące na sukcesie popularnych seriali często okazują się kompletnymi niewypałami (choć oczywiście są wyjątki), które szybko są anulowane i przepadają w mroku niepamięci. Trudno było również oczekiwać, że zapowiedziany spin-off dorówna poziomem Breaking Bad, jako że ten ustawił poprzeczkę niesłychanie wysoko. Z drugiej strony, za serial miał być odpowiedzialny autor historii Waltera White’a, a na centralną postać wybrano Saula Goodmana – jednego z najbardziej barwnych bohaterów uwielbianej produkcji. Mimo to można było mieć obawy, czy Saul na dłuższą metę nie okaże się męczący (niektóre postaci sprawdzają się wyłącznie w mniejszych dawkach) i czy będzie w stanie ująć widzów na miarę Waltera i Jesse’ego.

Ponad 5 lat w przód i mamy październik 2018 roku – tuż po finale 4. sezonu Better Call Saul (u nas tytuł przetłumaczono na Zadzwoń do Saula, ale raczej się to nie przyjęło).

Wszelkie obawy okazały się bezpodstawne, a Vince Gilligan udowodnił, że zasługuje na całe zaufanie tego świata. Decyzja o uczynieniu Saula głównym bohaterem serialu to prawdziwy strzał w dziesiątkę – siła historii tej postaci i wybitne aktorstwo Boba Odenkirka zaowocowały pierwszorzędnym spektaklem, w którym wszystko gra, jak powinno. Osobiście uważam, że Better Call Saul dorównuje wielkością Breaking Bad, choć osiąga ją w inny sposób.

Kroczenie własnymi ścieżkami

Przed premierą serialu łatwo można było sobie wyobrazić najbardziej oczywisty kierunek, jaki mogli obrać twórcy. Wrzucić jak najwięcej wątków z Breaking Bad, pokazać origin story każdej postaci i generalnie dać więcej tego samego. Tak jednak się nie stało. Już od pierwszych odcinków było jasne, że tym razem większy nacisk położono na wątki dramatyczne – nie uświadczymy tu akcji pędzącej na złamanie karku i stanu przedzawałowego, który towarzyszył niektórym odcinkom Breaking Bad. Z perspektywy czasu nie powinno to nikogo dziwić, w końcu mówimy o produkcji skupiającej się na prawniczym świecie i stosunkowo niewielkich machlojkach.

Przemiana tytułowego bohatera nie jest tak gwałtowna i radykalna jak proces przeobrażania się Waltera White’a w Heisenberga. Twórcy chyba zdają sobie sprawę, że seriale przyzwyczaiły nas do bohaterów zmieniających się o 180 stopni w ciągu jednego sezonu, bo ich podejście jest zgoła odmienne. O ile ewolucja Waltera jest całkiem wiarygodna z racji niezwykle skrajnych sytuacji, w których się znajdował, tak z Saulem musiało to wyglądać inaczej. Droga zdeprawowanego prawnika składa się z wielu momentów, w których bohater próbuje wrócić na właściwą ścieżkę albo zmaga się z wewnętrznymi konfliktami.

Podczas gdy Walter stopniowo przyspieszał, zmierzając ku kompletnej demoralizacji, Saul kilkukrotnie zatrzymuje się albo zawraca.

Przekłada się to na rozwój fabuły całego serialu i kreuje wrażenie oglądania życia prawdziwego człowieka, a nie postaci napisanej według podstawowych scenariuszowych wytycznych. Fani Breaking Bad powinni mieć to na uwadze podczas zasiadania do tego serialu – tutaj akcja znajduje się na dalszym planie, a rozwój postaci jest odzwierciedlony poprzez subtelne gesty, pozornie zwyczajne interakcje i decyzje o niskiej wadze (jak na serial telewizyjny). Twórcy nie próbują nami wstrząsnąć, a zamiast tego oferują satysfakcję dla uważnych i cierpliwych. Nie znaczy to jednak, że nie uświadczymy tu scen pełnych mrożącego krew w żyłach napięcia i śmiertelnego niebezpieczeństwa dla bohaterów.

Oprócz prawniczych perypetii i subtelnie ukazywanych dramatów jest tu również miejsce dla karteli narkotykowych i osobników pokroju Gusa Fringa. Dzieje się to za sprawą Mike’a Ehrmantrauta, będącego drugim najważniejszym bohaterem serialu. Od wegetowania w parkingowej stróżówce po wątpliwą moralnie pracę dla Fringa – droga, którą przechodzi Mike, udowadnia, że ma on więcej wspólnego z Walterem, niż sam chciałby przyznać. Co ważne, jego wątek pozwala na naturalny powrót wielu motywów charakterystycznych dla starszego brata opisywanej produkcji. Oglądamy je jednak z innej perspektywy – z racji spokojniejszego tempa Better Call Saul możemy zatrzymać się i obejrzeć, jak wygląda coś, co w Breaking Bad mijaliśmy w biegu. Widzimy, jak operują kartel Salamanców, organizacja Fringa czy powiązane z nią Madrigal Electromotive. Poszerza to naszą wiedzę na temat tego świata i w nienachalny sposób go rozbudowuje. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć różne zależności i relacje, na których temat wcześniej mogliśmy spekulować. Dostajemy więc poniekąd prequel Breaking Bad, ale dopiero na drugim planie – pierwsze skrzypce gra bowiem Jimmy McGill i jego złożona przemiana.

Ostatnio dodane