Connect with us

Publicystyka filmowa

BETTER CALL SAUL. Najlepszy spin-off w historii

BETTER CALL SAUL to niezwykła podróż w świat prawniczego geniusza, pełna humoru i emocji, która zaskakuje na każdym kroku.

Published

on

Cofnijmy się w czasie do 2013 roku.

Zapowiedź spin-offu doskonałego Breaking Bad została przyjęta z pewną rezerwą przez wiele osób. Produkcje-odpryski żerujące na sukcesie popularnych seriali często okazują się kompletnymi niewypałami (choć oczywiście są wyjątki), które szybko są anulowane i przepadają w mroku niepamięci. Trudno było również oczekiwać, że zapowiedziany spin-off dorówna poziomem Breaking Bad, jako że ten ustawił poprzeczkę niesłychanie wysoko.

Advertisement

Z drugiej strony, za serial miał być odpowiedzialny autor historii Waltera White’a, a na centralną postać wybrano Saula Goodmana – jednego z najbardziej barwnych bohaterów uwielbianej produkcji. Mimo to można było mieć obawy, czy Saul na dłuższą metę nie okaże się męczący (niektóre postaci sprawdzają się wyłącznie w mniejszych dawkach) i czy będzie w stanie ująć widzów na miarę Waltera i Jesse’ego.

Ponad 5 lat w przód i mamy październik 2018 roku – tuż po finale 4. sezonu Better Call Saul (u nas tytuł przetłumaczono na Zadzwoń do Saula, ale raczej się to nie przyjęło).

Wszelkie obawy okazały się bezpodstawne, a Vince Gilligan udowodnił, że zasługuje na całe zaufanie tego świata. Decyzja o uczynieniu Saula głównym bohaterem serialu to prawdziwy strzał w dziesiątkę – siła historii tej postaci i wybitne aktorstwo Boba Odenkirka zaowocowały pierwszorzędnym spektaklem, w którym wszystko gra, jak powinno. Osobiście uważam, że Better Call Saul dorównuje wielkością Breaking Bad, choć osiąga ją w inny sposób.

Advertisement

Kroczenie własnymi ścieżkami

Przed premierą serialu łatwo można było sobie wyobrazić najbardziej oczywisty kierunek, jaki mogli obrać twórcy. Wrzucić jak najwięcej wątków z Breaking Bad, pokazać origin story każdej postaci i generalnie dać więcej tego samego. Tak jednak się nie stało. Już od pierwszych odcinków było jasne, że tym razem większy nacisk położono na wątki dramatyczne – nie uświadczymy tu akcji pędzącej na złamanie karku i stanu przedzawałowego, który towarzyszył niektórym odcinkom Breaking Bad.  Z perspektywy czasu nie powinno to nikogo dziwić, w końcu mówimy o produkcji skupiającej się na prawniczym świecie i stosunkowo niewielkich machlojkach.

Przemiana tytułowego bohatera nie jest tak gwałtowna i radykalna jak proces przeobrażania się Waltera White’a w Heisenberga. Twórcy chyba zdają sobie sprawę, że seriale przyzwyczaiły nas do bohaterów zmieniających się o 180 stopni w ciągu jednego sezonu, bo ich podejście jest zgoła odmienne. O ile ewolucja Waltera jest całkiem wiarygodna z racji niezwykle skrajnych sytuacji, w których się znajdował, tak z Saulem musiało to wyglądać inaczej. Droga zdeprawowanego prawnika składa się z wielu momentów, w których bohater próbuje wrócić na właściwą ścieżkę albo zmaga się z wewnętrznymi konfliktami.

Advertisement

Przekłada się to na rozwój fabuły całego serialu i kreuje wrażenie oglądania życia prawdziwego człowieka, a nie postaci napisanej według podstawowych scenariuszowych wytycznych. Fani Breaking Bad powinni mieć to na uwadze podczas zasiadania do tego serialu – tutaj akcja znajduje się na dalszym planie, a rozwój postaci jest odzwierciedlony poprzez subtelne gesty, pozornie zwyczajne interakcje i decyzje o niskiej wadze (jak na serial telewizyjny). Twórcy nie próbują nami wstrząsnąć, a zamiast tego oferują satysfakcję dla uważnych i cierpliwych. Nie znaczy to jednak, że nie uświadczymy tu scen pełnych mrożącego krew w żyłach napięcia i śmiertelnego niebezpieczeństwa dla bohaterów.

Oprócz prawniczych perypetii i subtelnie ukazywanych dramatów jest tu również miejsce dla karteli narkotykowych i osobników pokroju Gusa Fringa. Dzieje się to za sprawą Mike’a Ehrmantrauta, będącego drugim najważniejszym bohaterem serialu. Od wegetowania w parkingowej stróżówce po wątpliwą moralnie pracę dla Fringa – droga, którą przechodzi Mike, udowadnia, że ma on więcej wspólnego z Walterem, niż sam chciałby przyznać. Co ważne, jego wątek pozwala na naturalny powrót wielu motywów charakterystycznych dla starszego brata opisywanej produkcji. Oglądamy je jednak z innej perspektywy – z racji spokojniejszego tempa Better Call Saul możemy zatrzymać się i obejrzeć, jak wygląda coś, co w Breaking Bad mijaliśmy w biegu.

Advertisement

Widzimy, jak operują kartel Salamanców, organizacja Fringa czy powiązane z nią Madrigal Electromotive. Poszerza to naszą wiedzę na temat tego świata i w nienachalny sposób go rozbudowuje. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć różne zależności i relacje, na których temat wcześniej mogliśmy spekulować. Dostajemy więc poniekąd prequel Breaking Bad, ale dopiero na drugim planie – pierwsze skrzypce gra bowiem Jimmy McGill i jego złożona przemiana.

Doskonały protagonista (i nie tylko)

Jak wspominałem wcześniej, Saul Goodman mógł nie wypalić jako główny bohater całego serialu. I być może tak by było – protagonistą Better Call Saul jest bowiem James McGill. Saul to tylko maska, która skrywa bardzo złożoną i niejednoznaczną postać. Przez większość czasu widzimy zaledwie przebłyski cynicznego bohatera, którego poznaliśmy wcześniej. Znacznie częściej oglądamy wrażliwą i ludzką stronę Jimmy’ego, będącego niezwykle skonfliktowanym protagonistą. Z jednej strony pragnie on być jak najlepszym prawnikiem i zasłużyć na respekt swojego starszego brata, szanowany autorytet w świecie prawa.

Advertisement

Z drugiej, jest mistrzem szwindli, gry aktorskiej i manipulacji, co ewidentnie przynosi mu masę satysfakcji. Znany w młodości jako „Śliski Jimmy”, był mistrzem ulicznych przekrętów, co potrafiło wpakować go w różne kłopoty prawne. Później dawał jednak z siebie wszystko, żeby tylko osiągnąć wymarzony cel i udowodnić swoją wartość. Problem w tym, że stojące na jego drodze przeszkody często uniemożliwiają mu to, owocując frustracją, na której żeruje mroczniejsza strona jego osobowości. Brak wiary i życzliwości ze strony starszego brata i niezwykle trudna relacja, jaka łączyła obu mężczyzn, to z pewnością jeden z najważniejszych czynników przemiany Jimmy’ego w Saula.

Podobnie jak Walter, Jimmy wzbudza współczucie, niezależnie od bezduszności, która stopniowo zaczyna przejmować kontrolę nad jego zachowaniem. Możemy gardzić cynizmem i niemoralnymi decyzjami bohatera, ale rozumiemy, skąd one się biorą. Widzieliśmy, jak jego duch wielokrotnie został złamany i podeptany. Każde kolejne rozczarowanie i każdy kolejny cios zabijają jakąś cząstkę dobra w człowieku i zastępują ją żalem i złością. Z perspektywy czasu stopniowy upadek (moralny, nie materialny) Jimmy’ego łamie serce i zarazem zachwyca, jeśli chodzi o jakość scenopisarstwa i aktorstwa.

Advertisement

To bezsprzecznie jedna z najlepiej napisanych i najbardziej wiarygodnych przemian, jakie widziałem na ekranie. Być może niektórzy życzyliby sobie pojawienia się Saula trochę szybciej, ale to po prostu nie byłoby tak autentyczne.

Do tego niezbędny jest także bezbłędny występ aktorski i choć trudno było oczekiwać, że (i tak świetny w Breaking Bad) Bob Odenkirk powali nas na kolana tak jak Brian Cranston, to… dokładnie tak się stało. To, co ten aktor tutaj pokazuje, zasługuje na coroczne zgarnianie Emmy do domu razem z deszczem innych nagród. Od niezwykle subtelnych gestów, przez wariackie tyrady, aż po najbardziej emocjonalne momenty – Odenkirk nadaje swojej postaci wiele warstw głębi i nieoczywistości, których byśmy się po niej nie spodziewali. Jimmy/Saul w jego wykonaniu bywa ujmujący, przezabawny, inspirujący, odpychający i dużo więcej! Nieprzewidywalność tego bohatera i spektrum emocji, jakie wzbudza, robią ogromne wrażenie. Połączenie świetnego scenariusza i rewelacyjnego Odenkirka dają nam postać rozwiniętą przynajmniej tak dobrze jak Walter White, jeśli nie jeszcze lepiej!

Advertisement

Nie rozczarowuje także drugi plan – tam oprócz wspomnianego Mike’a jest także miejsce na wzbudzającego sympatię gangstera o ksywie Nacho (znany fanom gry Far Cry 3 Michael Mando) lub nieco narcystycznego prawnika, Howarda Hamlina. Ten drugi początkowo wydaje się zakochanym w sobie nieszczerym bucem, ale w rzeczywistości jest względnie porządnym gościem. W serialu pojawia się też kilka mniej lub bardziej znanych twarzy z Breaking Bad, a obecność każdej ma sens i uzasadnienie kontekście ich historii. Miano najważniejszych postaci z pewnością przysługuje jednak starszemu bratu Jimmy’ego – Chuckowi – i Kim, prawniczce, którą łączy niejednoznaczna relacja z głównym bohaterem.

Chuck to bohater, którego bardzo łatwo znienawidzić, a jego bezduszność i arogancja nie przestają zaskakiwać. Z drugiej strony, niektóre postawy i poglądy, które reprezentuje, są zrozumiałe i przekonujące. Jego żal wobec młodszego brata bywa uzasadniony, ale czy to wystarczy, by usprawiedliwić podejmowane decyzje i wypowiadane słowa? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam. Jeszcze większą zagwozdkę funduje relacja Jimmy’ego i Kim – ile w tym uczucia i namiętności, a ile kumplostwa? Jasne jest tylko to, że zależy im na sobie, ale nie są pewni, czego od siebie oczekują. To bardzo nietypowy wątek miłosny, kompletnie inny niż w pozostałych produkcjach. Podobnie można zresztą określić całość!

Advertisement

Wbrew powszechnym trendom

Dobry serial wcale nie potrzebuje cliffhangerów (to chyba najcięższy grzech Breaking Bad), przypadkowego zabijania lubianych bohaterów i akcji pędzącej na złamanie karku. Better Call Saul nie zostawia nas z frustrującymi niedomówieniami i nie zabiega desperacko, żebyśmy obejrzeli kolejny odcinek kierowani wyłącznie ciekawością.

Zamiast tego otrzymujemy mniej lub jasne zapowiedzi tego, co przyniesie najbliższa przyszłość. Zapomnijcie o kulminacyjnych momentach przerwanych napisami końcowymi! Losowe śmierci również nie są czymś, czego tutaj doświadczymy. Dzięki temu każda ma swoją wagę i znaczenie dla widza i innych postaci. I choć ostatnio pisałem o ugrzecznionych filmach, to tym razem chciałbym pochwalić wstrzemięźliwość twórców. Krwawa przemoc pojawia się tu dość rzadko, nawet podczas scen dotyczących wątków narkotykowych.

Nie są to upiększone obrazki dla delikatnych widzów, ale nie jest to też tandetne epatowanie przemocą jak niekiedy w Grze o tron. Odczuwalna jest kompletna obojętność kamery wobec tych aktów – nie są one estetyzowane ani usilnie ukrywane. Zdecydowanie pasuje to do tonacji serialu, w którym makabryczne sceny byłyby zwyczajnie nie na miejscu.

Advertisement

Better Call Saul stoi w opozycji do wielu uznanych seriali również w kwestii przedstawiania żmudnych i nierzadko trywialnych czynności. Bohaterowie wielokrotnie zostają postawieni przed trudnymi i niezwykle pracochłonnymi zadaniami. Zazwyczaj tego typu sytuacje przedstawia się w formie dwóch-trzech krótkich ujęć, czasem jakiejś błyskawicznej sekwencji montażowej. Tutaj często jednak towarzyszymy bohaterom podczas całego procesu, a kamera z namaszczeniem śledzi kolejne jego etapy. Czy jest to rozmontowanie auta na części, zorganizowanie przekrętu z tysiącami listów albo nakręcenie dziwacznego spotu telewizyjnego – sporo czasu zostaje poświęcone na pokazanie szczegółów, które normalnie są pomijane.

I owszem, to spowalnia akcję i postęp fabuły, a niektórych znudzi. Nie uważam jednak, by każda scena musiała popychać historię do przodu, a stopniowe budowanie świata i charakterów postaci jest ważne i warte czasu. Dzięki takiemu wyjątkowemu podejściu twórców możemy znacznie lepiej zrozumieć determinację bohaterów i wysiłek, jaki wkładają w to, co robią. Te sceny budują też wiarygodność świata przedstawionego, pokazując nam, że złożone czynności potrafią zajmować ekranowym postaciom tyle czasu, co nam. My nie możemy liczyć na cięcia montażowe i przeskoki w czasie, więc z pewnością łatwiej utożsamić nam się z kimś, kto też często nie może liczyć na taki luksus (przynajmniej w porównaniu z innymi serialowymi bohaterami).

Advertisement

Wizja artystyczna

Trudno byłoby jednak ocenić te sekwencje w tak pozytywny sposób, gdyby nie fenomenalna reżyseria i doskonałe pomysły na opowiadanie historii za pomocą obrazu. Nie powinno to być zaskoczeniem dla fanów Breaking Bad, ale Better Call Saul jest jednym z najbardziej interesujących wizualnie seriali w historii telewizji.

I nie chodzi tylko o nietuzinkowe kadry i kąty kamery. Vince Gilligan (i ludzie, z którymi pracuje) mają fantastyczną wyobraźnię i dar przeobrażania zwyczajnych przedmiotów i miejsc w coś ikonicznego. Widzieliśmy to w Breaking Bad (fioletowy miś i jego oderwane oko chociażby) i jest to obecne także tutaj. Każdy odcinek zawiera wyjątkowe motywy i przedmioty, które symbolizują coś (pierwszy przykład z brzegu – za mały uchwyt na kubek w służbowym aucie) albo są integralną częścią większego wątku.

Majstersztykiem są także różne stylizowane czołówki (moja ulubiona to chyba ta ze spadającym kubkiem) i przewrotne początki odcinków bawiące się oczekiwaniami widzów. Twórcy lubią wzbudzać dezorientację, wrzucając nas w sam środek kuriozalnych sytuacji, których kompletnie nie rozumiemy. Każda kolejna scena wprowadza więcej pytań niż odpowiedzi, aż w końcu zaczynamy rozumieć, co próbują zrobić bohaterowie. To daje szczególną perspektywę na zdarzenia, które ukazane w tradycyjny sposób byłyby znacznie mniej ciekawe. W podobny sposób można zresztą sformułować jeden z najlepszych atutów serialu: jego twórcy potrafią przedstawić najbardziej trywialne przedmioty, sytuacje i interakcje jako coś fascynującego i zapadającego w pamięć.

Advertisement

Zachwycić czymś skromnym to wielka sztuka, kompletnie nieznana autorom wielu seriali. W Better Call Saul opanowano ją do perfekcji, przyćmiewając nawet podobne zabiegi z Breaking Bad.

Lepiej obejrzyj Saula!

Zapomnijcie o spadku jakości towarzyszącemu kolejnym sezonom – w tym przypadku działa zasada „im dalej, tym lepiej”. Z perspektywy czasu widzę, jak bezbłędnie rozplanowano losy bohaterów i kierunek historii, począwszy od pierwszych odcinków. Niewiele seriali jest tak dobrze przemyślanych, od początku do samego końca (do tego nam jeszcze trochę brakuje, ale jestem przekonany, że nie będziemy rozczarowani).

Advertisement

Nie brakowało również śmiechu i bardzo pomysłowych akcji (wspomniane już listy, kradzież porcelanowej figurki czy przekręt z rozlanym mlekiem), które zostaną z widzami na dłużej. Końcowe sceny finałowego odcinka to mistrzowski popis Odenkirka i zarazem niezwykle smutny moment. We wspomnianym finale rozczarowująca okazała się tylko nieobecność jednego z najważniejszych bohaterów, ale wierzę, że jego występ w piątym sezonie naprawi to. Myślę, że naprawdę jest na co czekać, jako że każda z postaci ląduje w interesującym miejscu. Potencjał jest ogromny i nie wątpię, że zostanie on wykorzystany co do joty.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *