Connect with us

Publicystyka filmowa

7 powodów, dla których KRWAWY SPORT to NAJLEPSZY film kopany WSZECH CZASÓW

KRWAWY SPORT to film, który z lat 80. przyciąga widzów swoją magią i emocjami, tworząc niezapomniany klasyk martial arts.

Published

on

7 powodów, dla których KRWAWY SPORT to NAJLEPSZY film kopany WSZECH CZASÓW

Krwawy sport ma dla mnie znaczenie szczególne, co pewnie mało kogo z Was interesuje, więc jakby co, pomińcie pierwszy akapit. Film z 1988 roku znajduje się w wąskiej grupie tytułów (Top Gun, Predator, Rambo III), które u schyłku lat 80., jako niespełna dziesięcioletni usmarkaniec, obejrzałem podczas wieczorku filmowego zorganizowanego wraz z sąsiadami na pożyczonym magnetowidzie i małym telewizorze kineskopowym. Pamiętam jak dziś, gdy siedzieliśmy w osiem osób w małym pomieszczeniu z paluszkami i colą (dziś towarem luksusowym), wpatrzeni jak zaczarowani w ekran, w jeszcze cieplutkie amerykańskie filmy.

Advertisement

Krwawy sport, a przede wszystkim Frank Dux (myślałem wtedy, że tak nazywa się aktor odtwarzający tę rolę i że zagrał samego siebie), zrobił na mnie wówczas tak ogromne wrażenie, że już następnego dnia zacząłem rozciągać się do szpagatu, a po latach, gdy przyszło założyć internetowy Klub Miłośników Filmu (który dziś znacie jako FILM.ORG.PL) i trzeba było wymyślić sobie ksywkę, bo taki był wówczas zwyczaj w sieci, padło oczywiście na Dux. Gdy po latach kilkukrotnie wracałem do Krwawego sportu, okazywało się, że film ten nie tylko opierał się próbie czasu, ale że starzeje się jak dobre wino, a dziś – po ponad 30 latach od premiery – można go śmiało nazywać zarówno filmem kultowym, jak i klasykiem gatunku. Co więcej, osobiście uważam Bloodsport za najlepszy obrazek z gatunku martial arts, jaki kiedykolwiek powstał.

Fabułę niezapomnianego filmu kopanego zawdzięczamy… oszustowi, jakim po latach okazał się Frank Dux, wciskającemu hollywoodzkim producentom i scenarzystom kit, jakoby w imieniu CIA miał rozpracować grupę organizującą nielegalne turnieje w różnych zakątkach świata. Frank Dux rzekomo dostał się na rzeczony turniej – w filmie nazywany Kumite – i oczywiście go wygrał. Jeszcze przed premierą filmu podważano nierealnie brzmiące, niemające pokrycia w rzeczywistości historyjki opowiadane przez Franka Duxa. Według śledztwa przeprowadzonego wówczas przez „Los Angeles Times” wynikało ponoć, że adres organizacji, która miała organizować nielegalny turniej, pokrywał się z domowym adresem Franka Duxa, a trofeum, które niby zdobył, wygrywając Kumite, można było kupić w lokalnym sklepie z trofeami.

Advertisement

Scenarzysta Krwawego sportu Sheldon Lettich także nie dawał wiary bujdom Duxa, ale uznał, że wyssana z palca historia jego życia, przygód w Wietnamie, misji w celu wygrania Kumite i różne rekordy przezeń wymieniane to soczysty materiał na film z gatunku martial arts. Sam Dux utrzymywał, że pomysł na Bloodsport pochodził ze scenariusza jego autorstwa zatytułowanego Enter the Ninja, który skrobnął pod pseudonimem Benjamin Wolf.

Tak mniej więcej, bo nie wiadomo komu do końca wierzyć (choć raczej nie Duxowi), urodził się pomysł na Bloodsport, na planie którego Frank Dux został konsultantem do choreografii scen walk, i miał podobno w tym zakresie niezłą kosę z odtwórcą roli samego siebie – wschodzącą gwiazdą kina kopanego, Jeanem-Claude’em Van Damme’em. Jak wieść niesie, choć Van Damme dysponował umiejętnościami oraz tężyzną fizyczną, musiał odbyć trzytygodniowy obóz treningowy, na którym Frank Dux nieźle go przeczołgał.

Advertisement

Co by nie mówić o kontrowersyjnej postaci Franka Duxa i jego fantastycznych opowieściach, bez niego nie byłoby Krwawego sportu, za co należy mu się nasza, widzów, wdzięczność. I żadnego z powyższych zarzutów o ściemnianie nie powiedziałbym mu prosto w profil, zważywszy że mowa o człowieku, który, jak sam mówił, ustanowił rekord świata 56 KO pod rząd w 60-osobowym formacie Kumite, gdzie walczył po 20 walk dziennie przez trzy dni. Prawdopodobnie turniej wyglądał tak, że wszyscy przeciwnicy ustawili się do Duxa grzecznie w kolejce po KO, żeby nikt nie dostał wpierdolu dwa razy.

Za kultowym filmem stała, mówiąc kolokwialnie, banda początkujących w branży zapaleńców. Reżyser filmu, Newt Arnold (zmarły w 2000 roku), zanim nakręcił Krwawy sport, zaledwie trzeci i ostatni film w swojej reżyserskiej karierze, we wcześniejszych latach piastował stanowisko asystenta reżysera na planach takich klasyków jak m.in. Ojciec chrzestny II Coppoli, Konwój Peckinpaha, czy Łowca androidów Scotta. Doświadczenie zbierał zatem u boku najlepszych, ale nie poszedł ich ambitną drogą, lecz zapisał się złotymi zgłoskami w kinie spod znaku sztuk walk.

Advertisement

28-letni Jean-Claude Van Damme (właśc. Jean-Claude Camille François Van Varenberg) był w roku 1988 początkującym aktorem, mającym na koncie m.in. trzy nieujęte w napisach końcowych epizody (m.in. żołnierza w Zaginionym w akcji, gdzie był również szefem kaskaderów), nieudany angaż do Predatora oraz drugoplanową, już uwzględnioną w napisach rolę rosyjskiego czarnego charakteru w Bez odwrotu. Do branży wbił się tylnymi drzwiami; jak legenda głosi, gdy młody Belg zaprezentował swoje umiejętności przed producentem Menahemem Golanem, z miejsca zapewnił sobie angaż do wspomnianego Bez odwrotu, a w następnej kolejności do Bloodsport.

Zanim jednak do tego doszło, do głównej roli rozważano Michaela Dudikoffa, który przeżywał akurat swoje pięć minut sławy na fali Amerykańskiego ninja 1 i 2, jednak finalnie aktor okazał się dla twórców zbyt wysoki i za szczupły.

Advertisement

Początkujący był również scenarzysta filmu, Sheldon Lettich (późniejszy autor skryptu do Rambo III), a za zdjęcia odpowiadał operator David Worth, dla którego Krwawy sport pozostaje do dziś jedynym znaczącym tytułem w karierze autora zdjęć (współreżyserował za to Kickboxera). Za muzykę odpowiadał – tak, zgadliście – raczkujący w branży kompozytor muzyki filmowej Paul Hertzog, którego kariera rozpoczęła się w 1986 i zakończyła zaledwie pięć lat później, bo w 1991 roku.

Hertzog skomponował ścieżki dźwiękowe zaledwie do sześciu filmów, a jedynym znanym tytułem obok Bloodsport pozostaje wspomniany już Kickboxer. Mimo ekipy filmowców złożonej w dużej mierze z debiutantów lub nieopierzonych jeszcze profesjonalistów, film okazał się spektakularnym sukcesem ery VHS, a przy budżecie 2 milionów dolarów zarobił na świecie ponad 60. Krytycy film podeptali, ale widzowie byli zachwyceni; Krwawy sport do dziś pozostaje najwyżej ocenianym filmem Van Damme’a na IMDb (6,8/10). A dlaczego uważam film z Van Damme’em za najlepszy w swoim gatunku? Poniżej przedstawiam siedem powodów, pomijając litościwie całkowicie zbędną w fabule postać… sędziego ringowego, który nie przerywał walki nawet w momencie, gdy miażdżone były jądra, łamane kręgosłupy i nogi oraz skręcane na śmierć karki. No i nie zauważył białego proszku sypniętego w oczy Duxa, a tego mu nigdy nie daruję.

Advertisement

1. NIBY PROSTA FABUŁA, ALE…

Krwawy sport to nieskomplikowana historia sympatycznego żołnierza, który dezerteruje ze swojej jednostki w celu wzięcia udziału w nielegalnym turnieju Kumite, by wygraną oddać hołd swojemu mistrzowi i mentorowi. W prostą fabułę i turniejową formułę twórcy zdołali wkomponować mnóstwo dodatkowych smaczków, jak m.in. bitka w 8-bitowe karate na automacie, sztuczka z monetą czy wyzwanie z cegłą, oraz ciekawych elementów fabularnych (romans z urodziwą dziennikarką) i pomniejszych konfliktów między postaciami, rozstrzyganych widowiskowo na ringu – pojedynek na obijanie schabów między Duxem a Paco to bodaj najciekawszy przykład takiej walki-perełki.

Dla podbudowania dramaturgii dodano jeszcze wojskowych (jednego z nich grał przyszły zdobywca Oscara Forest Whitaker), którzy usiłują aresztować niesubordynowanego żołnierza, uniemożliwiając mu udział w Kumite. Między walki w charakterze retrospekcji treningowych wpleciono obszerną historię bohatera, uzasadniającą jego udział w turnieju. No i, last but not least, bodaj najważniejszy dla rozwoju akcji – motyw przyjaźni Duxa z nieokrzesanym Rayem Jacksonem, który w trzecim akcie filmu daje fabule atomowy napęd, kiedy to bohater poprzysięga zemstę czarnemu charakterowi za chamskie rozdeptanie głowy przyjaciela. Kto z Was nie przebierał nóżkami z radości, gdy Dux wycisnął z Chonga Li słowa kapitulacji, niech pierwszy rzuci cegłą.

Advertisement

2. OBSZERNA GALERIA BARWNYCH POSTACI

Crème de la crème filmu, czyli kolorowa, zróżnicowana pod względem koloru skóry, gabarytów i szybkości galeria wojowników biorących udział w Kumite. Wojowników reprezentujących różnorodne style walki i pochodzących z różnych zakątków świata. Producenci filmu chcieli, aby większość z fighterów biorących udział w Kumite była prawdziwymi ekspertami w swoich dziedzinach.

Paulo Tocha, który gra zawodnika muay thai Paco, był prawdziwym mistrzem muay thai, a Michel Qissi, grający kickboxera Suana Paredesa (któremu Chong Li złamał nogę), był przyjacielem Van Damme’a, z którym trenował w tym samym dojo karate shōtōkan w Belgii (rok później stanęli naprzeciwko siebie w Kickboxerze).

Advertisement

Jedynym zawodnikiem w filmie, który nie reprezentował żadnego rozpoznawalnego stylu, był… Ray Jackson, który machając łapami jak cepem i stosując taktykę szukania jednego nokautującego trafienia, wyjątkowym fartem dotarł w turnieju do pojedynku z Chongiem Li. Ciekawostką pozostaje fakt, że spośród kilkunastu zawodników występujących w filmie zaledwie czterech z nich (Jackson, Dux, Hossein i Chong Li) miało kwestie dialogowe. Istotnie, jeśli sięgniemy pamięcią, sztuczka z monetą obyła się bez słów, podobnie jak monolog na migi w wykonaniu jednego z przeciwników Duxa, który chciał naszemu protagoniście poderżnąć gardło i zgnieść jądra.

Reasumując, w kwestii różnorodnych umiejętności i charakterystyki zawodników Krwawy sport jawi się nie tylko jako ojciec chrzestny takich gier komputerowych jak Mortal Kombat (na bohaterze Van Damme’a oparto ponoć sylwetkę Johnny’ego Cage’a) czy Street Fighter, ale też zapowiedź formuły MMA, która dziś święci tryumfy, spychając w cień klasyczny boks.

Advertisement

No i wreszcie on, cały na biało – Frank Dux, czyli Jean-Claude Van Damme w życiowej formie! Pozwólcie, że ekspresowo przybliżę sylwetkę aktora (za Wikipedią): Jean-Claude Camille François Van Varenberg urodził się w 1960 roku w Berchem-Sainte-Agathe, dzielnicy Brukseli, jako jedyny syn mającego żydowskie korzenie Eugene’a Van Varenberga i Eliany Van Varenberg. Mając 11 lat, zaczął trenować wschodnie sztuki walki i kulturystykę; jego ojciec zapisał go do szkoły shōtōkan, gdzie Van Damme zdobył czarny pas. W latach 1976–82 stoczył kilkadziesiąt walk karate (głównie w formułach light i semi contact).

W 1979 roku był członkiem belgijskiej reprezentacji, która zdobyła w Brukseli drużynowe mistrzostwo Europy EKU w formule semi contact. W okresie tym stoczył też kilkanaście wygranych walk w kick-boxingu w formule full contact. W wieku 16 lat rozpoczął pięcioletnie studia baletowe, po których zaproponowano mu wstąpienie do zespołu baletowego. Ofertę jednak odrzucił. Jako 18-latek trenował w California Gym w Brukseli. W 1981 roku wyjechał do Los Angeles. Mówił wtedy tylko po francusku i flamandzku. Początkowo pracował dorywczo jako kierowca limuzyny, taksówkarz, barman, ochroniarz i doręczyciel pizzy. W międzyczasie uczył się poprawnej wymowy języka angielskiego.

Advertisement

W 1983 roku pod pseudonimem Jean-Claude Van Damme znalazł się na planie dreszczowca Cujo, jednak ostatecznie zdjęcia z jego udziałem zostały wycięte. Rok później jako Jean-Claude Vandam pojawił się w 48-minutowej niezależnej komedii o homoseksualistach Monako na zawsze (Monaco Forever, 1984) jako czarny charakter, gej karateka, następnie we francuskim dramacie Ulica barbarzyńców (Rue barbare, 1984) i komedii muzycznej Breakdance (Breakin, 1984) z udziałem Ice-T. Był także koordynatorem kaskaderów w wojennym filmie akcji Zaginiony w akcji (Missing in Action, 1984) z Chuckiem Norrisem.

Przełomową rolą, którą Van Damme dostał po wspomnianej autoprezentacji przed Menahemem Golanem, była rosyjska maszyna do walki: Ivan Kraschinsky w Bez odwrotu z 1986 roku. Ale dopiero wykreowany przez niego w roku 1988 szlachetny i nieskazitelny wojownik z zasadami Frank Dux, kierujący się honorem i naukami swojego mistrza, wyniósł Van Damme’a na szczyty popularności. Takiej postaci nie dało się z miejsca nie polubić i jej nie kibicować. Oglądanie wszystkich walk (czy też walek, jak mawiał jeden z przydupasów Kapitana Bomby) z udziałem Van Damme’a w Bloodsport, które cechowała gracja ruchów, baletowa elegancja, dynamika, szybkość i widowiskowość ciosów, ze słynnym szpagatem (o którym w osobnym akapicie) jako wizytówką, to nawet dziś czysta przyjemność.

Advertisement

3. NAJLEPSZY FINAŁOWY BOSS

Gimby nie znajo, chciałoby się powiedzieć, bo prawdopodobnie nikt urodzony w latach 90. i później nie zrozumie, jak bardzo czarnym charakterem był dla nas, ówczesnych gówniaków, reprezentujący na turnieju Koreę Południową zabójczy Chong Li. Każde pojawienie się antagonisty na ekranie przyprawiało nas o szybsze bicie serca, a gdy złowrogo poruszał piersią, drżały nam nogi. Chong Li miotał przeciwnikami jak szatan, łamał im kości, dusił na śmierć, a gdy czuł, że przegrywa, nie cofnął się przed podstępnym sypnięciem w oczy Duxa proszkiem oślepiającym.

Nawet gdy wypowiadał słynny tekst (spapugowany od Bruce’a Lee), że „cegła nie oddaje”, wzbudzał postrach i respekt. Chong Li to dla mnie najlepszy, najgroźniejszy i najbardziej wyrazisty antagonista w historii kina kopanego.

Advertisement

Pod względem umiejętności siania lęku i paniki wśród przeciwników i widzów może się z nim równać jedynie kopiący gołą nogą w betonowe filary Tong Po z powstałego rok później Kickboxera. W rolę Chonga Li, co to się Duxowi nie kłaniał, wcielił się weteran kina spod znaku martial arts (przed występem w Krwawym sporcie jego filmografia liczyła już blisko sto tytułów!), urodzony w Chinach 42-letni Bolo Yeung, mający na swoim koncie zaliczony wpierdol od samego Bruce’a Lee w Wejściu smoka (errata: wpierdol dostał od Johna Saxona, Bruce się tylko przyglądał – dziękuję czytelnikom za czujność).

Postać przerażającego i nieznającego litości wojownika z Krwawego sportu wykreował tak wiarygodnie, że nawet dziś, gdy patrzę na wspólne fotografie uśmiechniętych Van Damme’a i Bolo Yeunga po latach, zastanawiam się, jakim cudem ci dwaj zaciekli wrogowie pozują razem do zdjęcia, nie skacząc sobie do gardeł.

Advertisement

4. NAJLEPSZY SOUNDTRACK

No dobra, przyznaję, że obiektywnie rzecz biorąc najsłynniejszym soundtrackiem ever z filmów kopanych pozostaje zapewne ten z Mortal Kombat, choć swój sukces zawdzięcza głównie kozackiemu motywowi przewodniemu. Subiektywnie jednak rzecz biorąc, zdecydowanie bardziej cenię kompozycję Paula Hertzoga do Krwawego sportu. Znakomity soundtrack, którego równie dobrze słucha się w połączeniu z obrazem i w oderwaniu od filmu, skomponował Paul Hertzog. Ten bardzo tajemniczy muzyk, który poza stworzeniem w rok później ścieżki dźwiękowej do Kickboxera i Breathing Fire w roku 1991 (również kino kopane, tym razem z Bolo Yeungiem w roli głównej), nie kontynuował kariery kompozytora filmowego.

Podobno porzucił współpracę z Hollywood przez różnice artystyczne, albowiem muzyka elektroniczna tak charakterystyczna dla lat 80. w latach 90. zaczęła odchodzić do lamusa. Na czym polega wielkość i jakość soundtracku do Bloodsport, wizytówki Paula Hertzoga?

Advertisement

Utwory idealnie odzwierciedlają dramaturgię i tonację energetyczną poszczególnych walk, tempem i dynamiką dopasowując się do ich przebiegu. Gdy na ring wkracza taki Chong Li, muzyka staje się wolniejsza, cięższa i agresywna, żebyśmy czuli jeszcze większy respekt przed tym bezlitosnym bydlakiem. Gdy dominują lżejsi wagowo i zwinniejsi zawodnicy, muzyka znacznie przyspiesza. A gdy walczy Frank Dux, ilustracja muzyczna staje się żywsza i pogodniejsza, podkreślając sprawność fizyczną i szybkość Duxa oraz uzupełniając muzycznie finezyjny sposób walki naszego protagonisty.

Utwory skomponowane przez Paula Hertzoga oraz trzy napisane specjalnie do filmu piosenki to muzyczna kwintesencja lat 80. Pełno tu elektronicznych brzmień, przeplatanych zgrabnie muzycznymi wpływami Dalekiego Wschodu.

Advertisement

Jak pisze Dominik Chomiczewski z portalu FilmMusic.pl: Partyturę Hertzoga można określić, być może niezbyt precyzyjnie, jako mieszankę synth-popu, rock-popu i new age’u, do tego wspartą nieodzownymi orientalizmami. Już pierwszy utwór score’u, Kumite, gromadzi te elementy, dając nam pobieżny obraz reszty albumu. Subtelne syntezatory są tutaj wtórem dla partii rozpisanych na guzheng, czyli 18- lub 21-strunowy instrument, nazywany niekiedy potocznie chińską harfą. Następnie ustępują one miejsca iście „moroderowskiemu” rytmowi, na którym będzie bazować ilustracja niemałej części scen akcji.

W początkowych ścieżkach Amerykanin dorzuca do niego etniczne flety, ale z czasem staje się on rytmicznym fundamentem dla tematu przewodniego. Pełny soundtrack znajdziecie na YouTube, polecam odsłuchać całość. Dla nowicjuszy urodzonych niedawno może to być ciekawe muzyczne odkrycie (bo muza mimo 30 lat na karku brzmi zadziwiająco nowocześnie), a dla staruchów jak ja – wzruszający muzyczny powrót do przeszłości.

Advertisement

5. ZNAKOMITA STRONA REALIZACYJNA

We współczesnym kinie to już norma, że kamera śmiga między walczącymi, wykonując różne esy-floresy i filmując bitkę pod kątami, o których istnieniu nie słyszeliśmy nawet na zajęciach z geometrii. Jednakowoż w latach 80. filmy, nie tylko kopane, kręcone były po bożemu i tak samo potem klejone na stole montażowym. Kino akcji zrewolucjonizował wówczas James Cameron, tnąc swojego Terminatora z takim zacięciem jak kucharz mięso tasakiem w chińskiej knajpie.

Zerknijcie sobie tylko, jak dynamicznie pocięta jest scena w Tech Noir, gdy Kyle Reese ładuje w T-800 kilka kul z shotguna. Z podobnym nerwem zmontowany został Bloodsport (a dwa lata wcześniej walki w Bez odwrotu – z koncertowym popisem Van Damme’a).

Advertisement

Eleganckie, że je tak określę, i przemyślane zdjęcia, z pietyzmem ukazujące wszystkie ciosy (połączone w całość z kapitalną muzyką), dopełniają spektakularnego wizerunku filmu, który może rościć sobie prawo do najładniej sfotografowanego przedstawiciela kina kopanego. W Krwawym sporcie znajdziemy też sporo ujęć w zwolnionym tempie, zawsze użytym w odpowiednim miejscu i czasie. Scena, w której oślepiony Frank Dux w slow motion wykrzykuje swoje gorzkie żale do całego świata, że nie widzi Chonga Li, to małe arcydzieło filmowej ekspresji, choć niektórzy się z tej kapitalnej, rozsadzającej ekran sceny nabijają. A niesłusznie.

6. NAJLEPSZY SZPAGAT W BRANŻY

A w zasadzie powinienem napisać: jedyny szpagat w branży, bo nie przypominam sobie innego aktora, który mógłby pochwalić się takim rozciągnięciem jak Van Damme. Nawet Chuck Norris, który ponoć zrobił wszystkie pompki, nie próbował na polu szpagatu rywalizować z Jeanem-Claude’em. W Krwawym sporcie bardzo mocno eksponowano tę niezwykłą umiejętność aktora (dokładnie w aż siedmiu scenach), a jej najbardziej widowiskową wersję obejrzeliśmy w finale. Mowa oczywiście o bolesnym plaskaczu przeciwnika latającą stopą, czyli spektakularnym uderzeniu z obrotu o 360 stopni w powietrzu w pełnym szpagacie. Jean-Claude Van Damme jako jedyny karateka na świecie potrafi wykonać ten numer, a przynajmniej tylko on robi to przed kamerą.

Advertisement

Szpagat w locie w pełnym obrocie jest do dziś wizytówką aktora (w kapitalny sposób wykorzystaną kilka lat temu w reklamie Volvo), obecną w większości jego filmów (Cyborg, Strażnik czasu), ale najlepiej zagospodarowaną właśnie w Krwawym sporcie. Oprócz tego w scenach walk belgijski mięśniak wykazuje także szeroki wachlarz innych umiejętności, a wszystko, co robi, robi z baletową gracją i elegancją, wcielając w życie doświadczenie wyniesione w młodości z lekcji tańca.

I szkoda jedynie, że Van Damme za swój debiut w głównej roli otrzymał nominację do Złotej Maliny, bo choć jego kreacja do wybitnych może i nie należała, solidnie odegrał postać sympatycznego żołnierza-karateki.

Advertisement

7. KRWAWY SPORT vs KONKURENCJA

Pomijamy milczeniem wynalazki w stylu trzech nędznych sequeli Krwawego sportu (Bloodsport 2, Bloodsport III, Bloodsport: The Dark Kumite) i przechodzimy do sensowniejszych tytułów. Najbliższą konkurencją dla kultowca Newta Arnolda jest powstały rok później Kickboxer, z podobną fabułą (poza motywem dużego turnieju) i podobną ekipą twórców na pokładzie. Jean-Claude Van Damme znów się tam szkoli i mści, a czarnym charakterem ponownie jest konkretny badass – Tong Po (grający go aktor to ten sam, któremu Chong Li w Krwawym sporcie złamał girę).

Ogólnie walk było tu znacznie mniej, ale sekwencja finałowego pojedynku w Kickboxerze, z motywem pięści oklejonych kawałkami szkła, rozpalała emocje ówczesnych dzieciaków do czerwoności. Film zawiera w dodatku słynną scenę tańca Van Damme’a po pijaku (również przez niektórych wyśmiewaną – a niesłusznie) i swego czasu motywował do nauki szpagatu i sztuk walk w ogóle. Kickboxer, znany wtedy jako Karate tygrys 3 (choć nikt nigdy nie słyszał o Karate tygrys 2; Karate tygrysem 1 był w epoce VHS wspominany Bez odwrotu) nie przetrwał jednak próby czasu tak dobrze, jak hołubiony przeze mnie tytuł, i pozostaje w lekkim cieniu starszego brata.

Advertisement

Niektórzy mogą powiedzieć, że korona króla kopanego kina należeć powinna do Wejścia smoka, również u podstaw scenariusza filmu turniejowego. Dla mnie jednak za mało jest w filmie Roberta Clouse’a walk w wykonaniu Bruce’a Lee, a za dużo sensacyjnej fabuły i… Johna Saxona, wciśniętego do scenariusza na siłę (no bo jak to tak Chińczyk sam w roli głównej w amerykańskim filmie?), mimo że w sztuki walki nie umiał nic a nic. I jakoś nigdy nie przepadałem za czarnym charakterem z pazurem – poza dłonią z ostrzami, którymi zrobił Bruce’owi kultowe rany cięte na twarzy i torsie, nie wykazał się przed kamerą jakimś szczególnym kung-fu.

Reasumując, w Wejściu smoka uwielbiam fragment w podziemiach, gdy Bruce Lee walczy z nadbiegającymi z każdej strony strażnikami, a to za mało, żebym uważał obraz Roberta Clouse’a za konkurenta dla Krwawego sportu. Również inne filmy z Bruce’em Lee mogą wydawać się dla dzisiejszego widza dość miałkie pod względem fabularnym i nudne pomiędzy scenami walk. Ja przynajmniej przewijam w nich sceny dialogowe, bo chcę obejrzeć mięso, czyli fenomenalną bitkę (bo temu nigdy nie zaprzeczę) w wykonaniu Bruce’a Lee. Takiego problemu nie mam z Krwawym sportem, który ogląda się dobrze jako całość i na wyrywki.

Advertisement

Kultowemu filmowi z 1988 roku chciał dorównać sam Jean-Claude Van Damme, kręcąc w 1996 roku turniejowy The Quest, ze scenariuszem opartym na kolejnej ściemie prawdziwego Franka Duxa. O filmie mogę powiedzieć tylko, że nic a nic się nie zestarzał, jest dziś bowiem tak samo beznadziejny jak w dniu premiery. Kończąc powoli nierówną walkę Krwawy sport vs Reszta Świata, dojeżdżamy do wspomnianego już Mortal Kombat. Film Paula W.

S. Andersona z 1995 roku jest jednak po pierwsze zbyt hermetyczny, bo przeznaczony do widzów obcykanych z grą, po drugie przygotowanie aktorów (szczególnie w przypadku odtwórczyni roli Sonyi Blade) do scen walk pozostawia wiele do życzenia, po trzecie w końcu – efekty specjalne zestarzały się w Mortal Kombat tak szybko, jak ten Niemiec z Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty po wypiciu wody życia nie z tego Świętego Graala co trzeba.

Advertisement

Mieliśmy jeszcze Karate Kid (jak ja nie cierpię tego filmu i głównego bohatera), który mógł Krwawemu sportowi czyścić matę z krwi, z kolei Najlepsi z najlepszych to była, i owszem, wzruszająca drama, ale na jeden raz, więc też filmowi Newta Arnolda nie podskoczyła. Dzisiejsze kino to – w ogromnym skrócie – wszelakie Championy, Ong-Baki, Raidy czy m.in. Przyjdzie po nas noc. I choć ogląda się je wybornie, a aktorom nie można odmówić widowiskowych umiejętności, za dużo w tych tytułach sensacji i przemocy dla samej przemocy, aby mogły stać się kinem uniwersalnym, ponadczasowym, niosącym za sobą coś więcej ponad pokaz brutalnej siły prącej do przodu przez hordy przeciwników wyposażonych w kije i tasaki.

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *