Publicystyka filmowa
ŻYWOT BRIANA – nieśmiertelnie łobuzerska odtrutka na wszelkie zadęcie
Żywot Briana po premierze wywołał prawdziwe trzęsienie ziemi, mierząc się z furią tych, którzy w absurdalnej satyrze widzieli jedynie zamach na świętości.
Zaobserwowanie wzbierającej fali reedycji filmowych klasyków nie wymaga ani analitycznego zacięcia, ani szczególnej spostrzegawczości – wystarczy rzut oka na repertuar, by zrozumieć, że kino coraz donioślej przemawia do nas głosem przeszłości. Istotniejsze jest tutaj pytanie: dlaczego to robi? Być może chodzi tu wyłącznie o komercjalizację sentymentalizmu i zarobek wykorzystujący naszą, no reminiscencję zgodnie z prawem inżyniera Mamonia? Nie, to byłoby krzywdzące uproszczenie. Powrót wielkich klasyków jest zjawiskiem kulturowym. To test na to, jak dawne narracje rezonują w nowej rzeczywistości. Najlepszym tego dowodem jest najświeższa polska repremiera kultowej komedii Żywot Briana (1979).
Dzieło grupy Monty Pythona wróciło na wielkie ekrany nie tylko po to, by wycisnąć ze mnie łzy sentymentu, lecz by raz jeszcze doprowadzić mnie do łez ze śmiechu i, co ważniejsze, uświadomić mnie oraz jeszcze młodszym odbiorcom gorzką prawdę: mimo upływu prawie 50 lat od premiery świat i ludzie właściwie niewiele się zmienili.

Żywot Briana w roku swojej premiery wywołał prawdziwe trzęsienie ziemi, mierząc się z furią tych, którzy w absurdalnej satyrze chcieli widzieć jedynie zamach na świętości. Pikiety pod kinami organizowali bowiem ci, którzy filmu nawet nie widzieli, co tylko potwierdza, że mechanizm „obrazy uczuć” często karmi się wyobrażeniem o zagrożeniu, a nie samym dziełem. Można powiedzieć, że dzieło Terry’ego Jonesa padło ofiarą tej samej pomyłki, która stała się udziałem jego bohatera: zostało uznane za heretycki manifest, choć w rzeczywistości opowiadało o człowieku ze stajenki obok, który urodził się w niewłaściwym miejscu i czasie.
Pythoni nie wykpiwali przecież religii jako takiej – oni po prostu sprawiedliwie obrażali wszystkich: od rzymskich okupantów, przez religijnych fanatyków, aż po absurdalnie skłócone organizacje separatystyczne. Sceny, w których Ludowy Front Judei zacieklej zwalcza Judejski Front Ludowy niż sam Rzym, to przecież genialna, wciąż aktualna parodia wszelkich radykalizmów. Skalę absurdu najlepiej oddaje fakt, że w Norwegii AD 1979 film został zakazany na rok, co Szwedzi błyskotliwie wykorzystali marketingowo, reklamując go hasłem: „Film tak zabawny, że aż zakazany w Norwegii”.

Łatwo przychodzi nam ocenianie wyborów poprzednich pokoleń, skupmy się więc na nas samych i zapytajmy, jak łatwo wchodzimy w buty dawnych protestujących, zakazujących, oburzonych. Czy nie jest tak, że dzisiejsza kultura oburzenia, choć operuje nowymi hasłami, karmi się tym samym paliwem co pół wieku temu: lękiem przed ironią i brakiem dystansu do własnych przekonań?
Oglądanie Żywotu Briana na wielkim ekranie w 2026 roku pozwala dostrzec coś, co umyka podczas domowych seansów: niesamowitą precyzję tej komedii. Prawdziwa magia dzieje się na jeszcze jednym polu – w interakcji z widownią. Wspólny wybuch śmiechu przy lekcji łacińskiej gramatyki czy przy karkołomnych próbach wymówienia imienia „Biggus Dickus” udowadnia, że brytyjski absurd ma w sobie gen nieśmiertelności. Ten prawie idealny mechanizm nie zestarzał się, bo zamiast w doraźność, uderzał i nadal uderza w stałe elementy ludzkiej natury. Co ciekawe, obok wiernych fanów na kinowych seansach Żywotu Briana AD 2026 coraz częściej zasiadają przedstawiciele młodszych pokoleń (piszę to z perspektywy 40-latka).

Dla nich film nie jest zakurzonym klasykiem, lecz świeżą, niemal obrazoburczą odtrutką na współczesną powagę. Wychowani na memach i szybkim tempie internetu, bezbłędnie wyłapują surrealizm Pythonów, dostrzegając w nim lustro dla dzisiejszych baniek informacyjnych. Kiedy Brian przekonuje tłum, że każdy jest jednostką, a w odpowiedzi słyszy chóralne: „Tak, wszyscy jesteśmy jednostkami!”, granica między starożytną Judeą, latami 70. a dzisiejszymi mediami społecznościowymi ostatecznie znika.
Żywot Briana to w gruncie rzeczy nietłukące się lustro, którego nie zdołały rozbić ani dekady różnych mód, ani furiackie ataki cenzorów. Śmiejąc się w tych samych momentach, co widownia pół wieku temu, uświadamiamy sobie, że owa ponadczasowość to nie li tylko wyświechtany komplement, lecz dowód na naszą wieczną skłonność do stadnego myślenia i szukania zbawienia tam, gdzie go nie ma.

Zanim jednak wyjdziemy z kina, uderza w nas jeden z najbardziej przewrotnych momentów w historii dziesiątej muzy. Ikoniczne Always Look on the Bright Side of Life wybrzmiewa w dwóch, sprzecznych tonacjach. Z jednej strony to skrajnie absurdalny hołd dla życia i umiejętności śmiania się z własnego losu. Z drugiej – jadowita satyra na nasze zamiłowanie do wypierania rzeczywistości i ucieczki w puste frazesy, byle tylko nie dopuścić do siebie powagi sytuacji. Repremiera filmu przypomina, że choć świat pędzi, nasze śmiesznostki trwają w najlepsze. Warto więc w tym lustrze przejrzeć się raz jeszcze – nawet jeśli ten śmiech ma w sobie nuty goryczy.
