Connect with us

Felietony - Cykle

Czemu w dzisiejszym kinie NIE MA już MIEJSCA dla LAT 80.

Czy lata 80. w kinie to tylko neonowe kolory i popowe hity? Odkryj, czemu ich magia zniknęła w dzisiejszym filmowym krajobrazie.

Published

on

Czemu w dzisiejszym kinie NIE MA już MIEJSCA dla LAT 80.

Tak się akurat złożyło, że każda dekada w historii kina jest pamiętana za coś, co na dobrą sprawę rozpoczęło się w poprzednim dziesięcioleciu (albo jeszcze wcześniej). Kino noir zakwitło w latach 40. i 50. ubiegłego stulecia, ale jego początki sięgają lat 30. Te z kolei kojarzą się z wejściem dźwięku na salony, mimo że przełom w tej kwestii nastąpił w latach 20. Niesforne, brudne i depresyjne filmy lat 70. wywodzą się od dzieł lat 60., które na swój sposób obaliły cenzorskie mury.

Advertisement

Tak samo jest z erą musicali, epickich produkcji sandałowych czy w końcu z Kinem Nowej Przygody, zainicjowanym w latach 70., lecz na dobre rozwiniętym w kolejnej dekadzie. No właśnie, a jakie są te lata 80.?

Ostatnie dziesięć lat zimnej wojny przyszło się w popkulturze postrzegać przez pryzmat neonowych barw, którym towarzyszył radosny pop, chwytliwa elektronika, cekiny, rozbuchane fryzury oraz wszechobecny kicz. To nostalgiczne, przepełnione wieloma odniesieniami spojrzenie widoczne jest we współczesnym kinie i telewizji gołym okiem – tak jakby wszyscy, i twórcy, i widzowie, tęsknili do ery VHS (u nas, z oczywistych względów, zaczynającej się trochę później). Ci pierwsi usilnie i bez większego przekonania próbują zaszczepić ją na nowy grunt poprawności politycznej.

Advertisement

Jednym z powodów, które uniemożliwiają im sukces, jest nie tyle przewartościowanie języka kina oraz społecznych trendów XXI wieku, które na X muzę wpływają, ile w istocie brak zrozumienia dla czasów, które się cytuje. Bo owszem, lata 80. to był okres dominacji wielkiej przygody z udziałem dzieciarni czy sygnowanych nazwiskiem Johna Hughesa (tragi)komedii dla nastolatków i o nich. Ale nie był to czas nieskrępowanej radości – i bynajmniej nie piszę tego z perspektywy będącej wtedy w ciemnej dupie Polski oraz jej wciąż nasiąkniętego pesymizmem kina moralnego niepokoju, jakie w teorii zaczęło dogasać, choć w istocie trwało nawet do wczesnych lat 90.

Napiszę to wprost: lata 80. były bezkompromisowe, brutalne, krwawe. A dobro powstałych wtedy produkcji filmowych polega między innymi na tym, że ową przygodę wespół z fantastyką znakomicie potrafiły zderzyć z twardą, niepewną rzeczywistością, samą w sobie składającą się z wielu sprzeczności. Da się tu co prawda wyznaczyć pewną umowną granicę przebiegającą mniej więcej pośrodku danej dekady, kiedy to brud przyniesiony z lat 70. zaczął być wycierany o nowo powstałą wycieraczkę z napisem PG-13, a przemoc stała się kolejnym ujściem dla propagandy, w takt której całe zastępy umięśnionych gwiazd dawały w bliski parodii sposób wycisk komunistycznym oprychom o nazistowskich facjatach.

Advertisement

Lecz ostatecznie, od momentu, w którym Darth Vader okazał się ojcem Luke’a (1980), przez pozornie kolorowe, ale przecież w większości smutno szarobure przygody wewnątrz TRON-u (1982), aż do przygnębiającej, bo nie pozostawiającej żadnej nadziei rozłąki Tańczącego Z Wilkami i jego nowych braci (1990), wesoło na ekranie przeważnie nie było.

Tron, 1982.

Jak by nie patrzeć, to wszak wtedy w kinach zagościł Rambo, przelewając nie tylko tytułową pierwszą krew, ale też wpisując się w nurt rozliczających się z wojną wietnamską klasyków, do których zaliczyć należy też Full Metal Jacket Stanleya Kubricka, Pluton czy Urodzonego 4 lipca Olivera Stone’a. To wtedy też mieliśmy cały wysyp krwawych slasherów z Piątkiem trzynastego i Koszmarem z Ulicy Wiązów na czele. A i kino SF składało się z mrocznych, posępnych wizji przyszłości (Terminator, Blade Runner, Ucieczka z Nowego Jorku, Brazil) lub ponurych koszmarów dziejących się nagle w ówczesnej rzeczywistości (Coś, Oni żyją). Pochód kina fantasy rozpoczął z kolei brutalny Excalibur i miażdżący czaszki Conan Barbarzyńca, którego główna gwiazda, Arnold S., bez litości rozprawiał się też później z terrorystami (Komando) i przybyszami z kosmosu (Predator). Z kolei klasyczne komedie tej ery cechowały się albo niszczącymi każdą świętość i często odnoszącymi się do seksu oraz przemocy bezpruderyjnymi wygłupami na całego (seria Naga broń, Czy leci z nami pilot?, Świntuch, Ryzykowny interes), albo też były wprost skierowane do dorosłych (Gliniarz z Beverly Hills). Nawet Bondy z przyjemnych perypetii podstarzałego Rogera Moore’a nagle wkroczyły na jawnie sensacyjną ścieżkę, z której Timothy Dalton zbierał kokainę, wciąganą wcześniej przez Tony’ego Montanę w remake’u Człowieka z blizną, a na małym ekranie poszukiwaną przez Policjanctów z Maiami.

Także wspomniane już Kino Nowej Przygody to nie tylko radosne Goonies, w finale których dzieciaki ściskają się z bratem bliźniakiem Toksycznego Mściciela, ale też Indiana Jones i pamiętne starcia z nazistami oraz, przede wszystkim, jego voo-doo przygody w Świątyni Zagłady. Od grozy, lejącej się posoki i sennych koszmarów nie stroniły Gremliny, Pogromcy duchów, sequel Powrotu do przyszłości, a nawet uroczy E.T. czy takie relatywnie bajkowe tytuły jak Niekończąca się opowieść, w której zagrożeniem było zło absolutne: przerażająca, pochłaniająca wszystko nicość i jej świecący w ciemności kłami posłaniec Gmork. Ba! Wraz z rosnącą popularnością likantropii sam Michael Jackson – jeszcze czarny, wciąż normalny – zdecydował się nie na love lub peace, ale na Thriller, jaki niejednemu śnił się po nocach. A potem, nad ranem, dalej siedział w głowie.

Advertisement

Te przykłady można mnożyć i mnożyć, zahaczając jeszcze o filmy akcji, pojedyncze westerny czy podgatunek postapo, które i tak tematu nie wyczerpią. Wszystkie one po trochu przyczyniły się do przewartościowania systemu kategorii wiekowych i nieźle namieszały w głowach samym twórcom, sprawiając, że zamknięcie trylogii o Jonesie było już o wiele bardziej familijnym przedsięwzięciem, ze znikomym pierwiastkiem niepokojących elementów, a zwieńczenie Gwiezdnych wojen wypełniono troskliwymi misiami, które za pomocą kamieni pokonały złowrogie Imperium.

Jednak nie zmieniło to podejścia do kolejnych blockbusterów widowni, także dziecięcej, której bynajmniej nie przeszkadzało, że ich idol z Karate Kida to tak troszku oszukiwał w kluczowym pojedynku; i która doskonale rozumiała dojrzałość wyprawy ich rówieśników w Stań przy mnie.

Advertisement

Jawne przymrużenie oka, wrodzony luz herosów i liczne, zabawne one-linery nie raziły, gdy za sterami zasiadali tacy giganci, jak Paul Verhoeven, David Lynch, John McTiernan czy David Cronenberg, którzy potrafili poradzić sobie z polityką wielkich studiów, jednocześnie sprzedając odbiorcom własne, jakże bezwzględne wizje świata.

Dlatego po tej swoistej „przemianie”, po której, i owszem, zrobiło się nieco cukierkowo na amerykańskim landszafcie, lata 80. bynajmniej nie zaczęły być foczą frajdą spędzaną na trawce pod tęczą przemykającą po błękitnym niebie. Patrząc na ich drugą połowę, nie sposób wszak nie dostrzec takich monumentalnych dokonań, jak RoboCop, Zabójcza broń czy Szklana pułapka. I żaden z nich nie nadawał się do oglądania z babcią przy łyżce dobrej strawy.

Advertisement

Albo inaczej: babcie także je oglądały, gdyż nie była to jedynie sztuka dla sztuki pokazywania wszelkiej maści Sodomy i Gomory, lecz dobre kino z przekazem. A to obroni się zawsze, w oczach różnego wieku, o różnym doświadczeniu.

Ta wartość przekładała się na to, że nikt wtedy nie jęczał o brak kotletów sojowych, możliwość palpitacji serca u bąbelków, jeśli te zobaczą cycki czy jakieś wyimaginowane reprezentacje poszczególnych mniejszości. Zresztą często obecny i bluzgający w filmach Eddie Murphy, do spółki z Richardem Pryorem, Dannym Gloverem, Louisem Gossettem Juniorem i Carlem Weathersem, robił robotę. Podobnie jak działało przebieranie się w damskie ciuszki Dustina Hoffmana czy wszechobecne girl power, na czele którego dzielnie stała Ellen Ripley, bijąc się ze zmultiplikowanym Obcym. I nikogo nie obchodziło, kto akurat jest w akcji. Nikt się nie oburzał, nikt nie wywyższał i nie pchał przed szereg, choć przecież czasy do robienia dymu były o wiele bardziej ku temu sprzyjające. A forma wielu z tych filmów nierzadko koślawa (efekty, wiadomo). Działała jednak szczerość intencji i przemycona pomiędzy flakami, spermą i juchą prawda o świecie – taka uniwersalna, której nie można zastąpić równościowym bełkotem czy przykryć kocykiem propagandy (a próbowano).

Advertisement

Dlatego wszystkie te Stranger Things i inne udające eighties wytwory współczesności są dla mnie puste, a reanimacje coraz to starszych – bo w sumie czas do tyłu nie idzie jak Benjaminek Guziczek – produkcji uważam za głupie i bezcelowe. Owszem, taki Dredd w 3D i Mad Max w Furii się udali, ale trochę przypadkiem, pokątnie i bynajmniej nie tak do końca na modłę lat 80.

Podobnie wyszło Super 8, będące jednakże swoistym hołdem dla kina, niekoniecznie zaś laurką dla tego okresu, w którym postaci dorastały wraz z reżyserem. Ale to wyjątki od reguły, która nie bez przyczyny prawi, iż to se ne vrati. Zwłaszcza gdy stare chce się przetworzyć na nowe od dupy strony – czyli od marki i melancholijnej, zakłamanej otoczki, a nie od bebechów i ducha drzemiącego w filmowej maszynie. Stare nie jest nowym, więc nie można go magicznie zamienić na takie, oczekując, że odnajdzie się w tych wszystkich genderach i palmtopach oraz wszechobecnym CGI.

Advertisement

Gliniarz z Beverly Hills, 1984.

Dlatego śmieszą mnie te wszystkie frazesy, na które ostatnio regularnie nacinam się we wciąż tak zwanej prasie – zwłaszcza zachodniej. Uchodzące za autorytety pismaki z werwą mielą stare hity przez pryzmat #jateż i z bólem rzyci oraz z kalkulatorem w ręku oceniają wedle nowych standardów ekranowe zachowania oraz postawy ich bohaterów.

Tak jakby te nowe, nagle narzucone przez masę bezosobowych maniaków jedynych słusznych skrótów literowych wartości miały działać wstecz i dominować nad istotą poszczególnych dzieł, ich własnymi wartościami, jakie nadal pozostają – i pozostaną jeszcze długo – aktualne i prawdziwe. W tym nie ma radości z obcowania z kinem. Bo o nauki wyniesione z takich seansów już nawet niektórych nie posądzam – są zbyt zaślepieni tym nowym porządkiem, aby przyjąć do wiadomości fakty będące tu przed nimi. Ale jeśli tak, to… po co w ogóle się za nie zabierają? Zresztą nie jest to bolączka jedynie dziennikarzy i postronnych blogerów.

Czytając niektóre dzisiejsze wypowiedzi gwiazd na temat ich dawnych dokonań, aż się włos potrafi na głowie zamienić w jeża Sonica – i to tego przed poprawkami.

Advertisement

Kiedy patrzę na to wszystko, czasem coś we mnie pęka i krzyczy tam w środku: dajcie już spokój! Odpuśćcie swe pretensje! Dajcie żyć pozostałym! I przestańcie żerować na latach 80.! Cała ich magia dawno przebrzmiała, kończąc się wraz z… latami 90., które, swoją drogą, uważam za zdecydowanie bardziej barwny, tandetny i radosny okres w kinie. Wolną amerykankę ery pełnej swobody, którą przekreśliły dopiero pewne ataki na dwie wieże – bynajmniej nie tolkienowskie. Ale to już zupełnie inna bajka…

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *