Od szeptu w krzyk

AMERYKAŃSKI WILKOŁAK W LONDYNIE. Kiedy komedia pomaga horrorowi

John Landis straszy nas wilkołakiem, ale stroi sobie żarty z całej reszty. Jeden z najlepszych horrorów komediowych w historii kina.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Shock value

Zrealizowany w 1981 roku przez Johna Landisa Amerykański wilkołak w Londynie do dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej kultowych horrorów komediowych, a dla wielu prawdziwym numerem jeden wśród filmów o wilkołakach. Gdybym był złośliwy, napisałbym, że powodem tego jest raczej mizerna jakość większości obrazów, których głównym motywem jest przemiana człowieka w owłosioną bestię – z tych najbardziej udanych wymienić należy przede wszystkim Skowyt Joego Dantego (1981) oraz Wilka Mike’a Nicholsa (1994), a później Zdjęcia Ginger Johna Fawcetta (2000), Dog Soldiers Neila Marshalla (2002), a być może i jednego z klasycznych Wilkołaków, czy to studia Universal, czy Hammer. I choć horror jest u Landisa gatunkiem nadrzędnym, siła jego filmu bierze się z tego, że będąc również komedią, nie zdradza, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna żart.

Tytułowym Amerykaninem jest David (znakomity David Naughton), który wraz ze swoim kumplem Jackiem (Griffin Dunne, Po godzinach) w trakcie wycieczki po angielskiej wsi zostaje zaatakowany przez wilkołaka. Jack ginie na miejscu, podczas gdy David uchodzi z życiem i z niewielkimi obrażeniami trafia do Londynu. W szpitalu bohater nawiązuje bliską relację z opiekującą się nim pielęgniarką, Alex (cudowna Jenny Agutter, znana z Walkabout i Jeźdźca), ale również spotyka ducha swojego martwego przyjaciela, który ostrzega go, że w trakcie następnej pełni księżyca David zamieni się w bestię.

Z jednej strony film charakteryzuje się bardzo klasycznym szkieletem fabularnym dla tego typu opowieści – zaatakowany przez wilkołaka bohater sam ulega przemianie w potwora, a że równocześnie poznaje miłość swojego życia, tragizm sytuacji podbity jest melodramatem. Nietrudno przewidzieć, jak to wszystko się skończy, zwłaszcza że Landis jest wielkim miłośnikiem konwencji, czego potwierdzeniem była napisana przez niego w 2011 roku książka Monsters in the Movies, przewodnik po najsłynniejszych kinowych potworach. Ale w 1981 roku był to reżyser przede wszystkim komedii, autor przebojowej w Stanach Zjednoczonych Menażerii (1978) oraz kultowych na całym świecie Blues Brothers (1980), a nadejść jeszcze miały Nieoczekiwana zmiana miejsc (1983), Szpiedzy tacy jak my (1985), Trzej Amigos (1986) oraz Książę w Nowym Jorku (1988). Na podstawie tych tytułów śmiało można uznać Landisa za jednego z najważniejszych amerykańskich reżyserów komediowych lat osiemdziesiątych. Jego Wilkołak pozornie odstaje od tej stawki, choć od samego początku jest to horror przefiltrowany przez niesforną wyobraźnię jego twórcy.

Tonacyjna huśtawka, przez to, że tak konsekwentna, staje się pewną stałą filmu, którego żarty są często puentowane jump scare'ami, a horror doprowadzony do granic śmieszności.

Począwszy od balansowania między nie tylko grozą a komedią, ale też różnymi odmianami humoru, przez wybór piosenek do ścieżki dźwiękowej, które w przeważającej większości mają w tytule słowo „księżyc”, po finał, tak nagły, że kiedy pojawią się na ekranie napisy końcowe ilustrowane rockandrollowym klasykiem, jesteśmy momentalnie wytrąceni z seansu, dzieło Landisa ma w sobie coś z żartu, nie zawsze zrozumiałego. Epizod z Frankiem Ozem (którego głos znają wszyscy fani Yody i Miss Piggy) w roli konsula oburzonego zachowaniem rozhisteryzowanego Davida, kiedy ten dowiaduje się o śmierci przyjaciela, zaskakuje nie mniej niż wyborna scena koszmaru sennego z nazistowskimi monstrami likwidującymi rodzinę głównego bohatera w ich amerykańskim domu na przedmieściach. Kiedy bohater się budzi, a my myślimy, że uciekliśmy od jego makabrycznego snu do rzeczywistego świata, Landis serwuje nam kolejną niespodziankę. Ta tonacyjna huśtawka, przez to, że tak konsekwentna, staje się pewną stałą filmu, którego żarty są często puentowane jump scare’ami, a horror doprowadzony do granic śmieszności.

Ostatnio dodane