Artykuł

GLINIARZ Z BEVERLY HILLS – podsumowanie serii

Choć zatem cześć trzecia narobiła najpierw smaku (przed premierą) a później niesmaku (po premierze), (...) to dwie pierwsze części "Gliniarza z Beverly Hills" należą bezapelacyjnie do klasyki kina sensacyjnego.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Komedia z akcją, akcja z komedią

BEVERLY HILLS COP
GLINIARZ Z BEVERLY HILLS

Rok produkcji: 1984, USA
Czas trwania: 105 minut
Reżyseria: Martin Brest
Scenariusz: Danilo Bach, Daniel Petrie Jr.
Muzyka: Harold Faltermeyer

Wystąpili: Eddie Murphy, Judge Reinhold, Josh Ashton, Lisa Eilbacher

– Nigdy nie byłem w tak czystym radiowozie.
Jest tu czyściej niż u mnie w domu 😉

Jerry Bruckheimer, najbardziej obecnie wpływowy producent w Hollywood, znany jest najbardziej z filmów “Bad Boys 2” (2003), “Pearl Harbor” (2001), “Black Hawk Down” (2001), “60 sekund” (2000), “Armageddon” (1998), “Con Air” (1997) czy “Piraci z Karaibów” (2004) – które firmował swoim nazwiskiem. Warto jednak cofnąć się do wczesnych lat 90-tych i 80-tych, kiedy to duet producencki Don Simpson / Jerry Bruckheimer wyłożył pieniądze na takie megahity jak “Twierdza” (1996 – ostatni film wyprodukowany przez Dona Simpsona i Jerry’ego Bruckheimera; Don Simpson zmarł w trakcie realizacji – na końcu “Twierdzy” znajduje się dedykacja ku jego pamięci), “Bad Boys” (1995), “Days of Thunder” (1990), “Top Gun” (1986) i właśnie na “Gliniarza z Beverly Hills” (1984), a także na zrealizowaną trzy lata później część drugą w reżyserii Tony’ego Scotta. Zapewne niewielu kinomanom przyszłoby do głowy, że Pan Bruckheimer, znany dziś z gigantycznych, wysokobudżetowych hitów, odpowiedzialny był także za – jakby nie patrzeć – dość kameralną i nie grzeszącą rozmachem komedię sensacyjną z Eddiem Murphym w roli głównej. Jeszcze mniejsza grupa widzów wie o tym, że scenariusz “Gliniarza z Beverly Hills” pisany był pod… Sylvestra Stallone. Aktor znany już całemu światu z roli Johna Rambo, postawił jednak producentom i scenarzystom kilka wymagań; w filmie miało się znaleźć więcej akcji, a główny bohater zamiast Axel Foley, miał się nazywać Axel Cobretti, aby przyjaciele mogli się do niego zwracać za pomocą pseudonimu ‘Cobra’. Ostatecznie zaniechano współpracy z Sylvestrem Stallone, fragmenty scenariusza pisanego pod ekranowego Rambo trafiły do filmu “Cobra” wyreżyserowanego przez George’a P. Cosmatosa, zmieniono wydźwięk skryptu “Gliniarza z Beverly Hills” na bardziej komediowy, a do roli głównej pozyskano Eddiego Murphy, będącego wówczas wschodzącą gwiazdą komedii. Lata 80-te, jak się miało wkrótce okazać, były okresem panowania Murphy’ego; rolami w takich komediowych hitach jak nakręcona w 1983 roku “Nieoczekiwana zmiana miejsc” Johna Landisa (po latach wrócił do współpracy z Murphym przy “Gliniarzy z Beverly Hills 3” – ale o tym na końcu tekstu), czy w “48 godzinach” Waltera Hilla z roku 1982 (kinowy debiut Eddiego) – utorował sobie Murphy drogę do sławy i mógł już na stałe przeskoczyć z ‘Saturday Night Live’ do repertuaru kinowego. Obawiano się tylko, czy Murphy zdoła udźwignąć rolę główną i ‘pociągnąć’ “Gliniarza z Beverly Hills”.


Jak pokazała historia, obsadzenie Eddiego Murphy w roli wyszczekanego Axela Foleya było strzałem w dziesiątkę. Co więcej, rola w filmie Martina Bresta do dziś pozostaje najlepszym występem ekranowym w filmografii Murphy’ego, zarówno pod względem poziomu aktorskiego, jakości komizmu i dialogów, jak i kasowego sukcesu samego filmu. Sensacyjna intryga jest w zasadzie bardzo prosta; twardy i działający po swojemu gliniarz z Detroit udaje się do Beverly Hills w poszukiwaniu zabójców przyjaciela. Zderzenie dwóch mentalności: brudnego i przemysłowego Detroit, z prestiżem, elegancją i bogactwem Beverly Hills stało się fundamentem do wielu komicznych sytuacji z udziałem Axela Foleya. Jedna z tego typu scen ma miejsce w momencie, gdy Foley podjeżdża swoim zdezelowanym Fordem pod ekskluzywną restaurację, a na zdziwienie obsługi stanem jego auta, tłumaczy: “Tylko parkujcie ostrożnie, zobaczcie jak ostatnim razem urządzili mi auto” (tekst ten powstał w wyniku improwizacji Eddiego Murphy, który na prośbę reżysera miał dodać energii prostej scenie podjazdu pod restaurację 😉 Murphy w “Gliniarzu z Beverly Hills” wyrzuca z siebie słowa w tempie karabinu maszynowego, jest przezabawny, żywiołowy (ten zabójczy śmiech ;), energiczny i przykuwa do siebie całą uwagę widza; ciężko zapomnieć dialog z prologu filmu, gdy Foley sprzedaje ciężarówkę pełną Lucky Strike’ów i wyraziście daklamuje ‘five tousand dollars, five tousand dollars!’, czy też całą scenkę w galerii, gdzie spotyka niejakiego Serge’a (Bronson Pinchot debiutował u boku Toma Cruise’a w “Ryzykownym interesie” – 1983, zagrał także rolę obsypanego kokainą Elliota u Tony’ego Scotta w “Prawdziwym romansie”), spotkanie z którym przypomina błyskawiczną, zabójczo śmieszną grę w słownego ping-ponga! Na drugim planie wspomaga Eddiego Murphy grupa aktorów, którzy równie mocno odcisnęli swoje piętno na “Gliniarzu z Beverly Hills” i przyczynili się do tego, że film został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność i podoba się do dziś, nie tracąc nic ze swojego ówczesnego blasku i świeżości.

Przede wszystkim należą się wielkie brawa dla aktorskiego duetu Judge Reinhold & John Ashton (filmowi Billy Rosewood & John Taggart) dobranego na zasadzie fizycznych przeciwieństw, a w filmie przedstawionych jako para gliniarzy o odmiennych charakterach – Billy narwany, nieco roztrzepany fajtłapa, Taggart poważny, spokojny i nazbyt spięty służbista. Ci dwaj panowie w konfrontacji ze zwariowanym Foleyem dają niezwykły popis gry aktorskiej, który śmieszy, bawi i intryguje. Judge Reinhold i John Ashton zostali włączeni do obsady w wyniku castingu, na którym wystąpili razem, znakomicie improwizując – wiele z wymyślonych wówczas tekstów, Martin Brest postanowił wykorzystać w filmie. W roli czarnego charakteru obsadzono Stevena Berkoffa, który kilka lat później zaszedł za skórę również Sylvestrowi Stallone w “Rambo 3”, natomiast w roli Porucznika Andrew Bogomila obsadzono Ronny’ego Coxa, którego pamiętać możemy z dwóch ‘negatywnych’ występów u Paula Verhoevena (“Robocop” i “Total Recall”). W epizodzie wystąpił raczej mało znany tak wówczas jak i dziś Paul Reiser (Burke z “Aliens”), a dowódcę Axela Foleya z Detroit zagrał… Gilbert R. Hill – autentyczny funkcjonariusz policji, w dodatku zasłużony dla departamentu policji w Detroit. Z taką obsadą, ze znakomitym scenariuszem łączącym akcję z humorem, producentami ze ‘smykałką’ i Eddiem Murphy na pokładzie – nie mogło się nie udać. Ale czym byłby “Gliniarz z Beverly Hills” gdyby nie… muzyka!? Dynamiczny, elektroniczny motyw muzyczny pod tytułem “Axel Foley”, wpadający w ucho od pierwszego słyszenia, stał się z miejsca wielkim hitem, a dziś obok melodii przewodnich z “Indiany Jonesa” i “Gwiezdnych Wojen”, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów muzycznych wszechczasów! Cały film “Gliniarz z Beverly Hills” jest zresztą wypełniony po brzegi znakomicie dobraną muzyką. Nie można bowiem zapominać o świetnym utworze otwierającym film, szybkim, zwariowanym kawałku towarzyszącym widowiskowej rozwałce miasta przez ciężarówkę i wielu innych genialnie wykorzystanych w “Gliniarzu…” piosenkach.

BEVERLY HILLS COP II
GLINIARZ Z BEVERLY HILLS II

Rok produkcji: 1987, USA
Czas trwania: 100 minut
Reżyseria: Tony Scott
Scenariusz: E. Murphy, R.D. Wachs, L. Ferguson, W. Skaaren
Muzyka: Harold Faltermeyer

Wystąpili: Eddie Murphy, Judge Reinhold, Jurgen Prochnow, Brigitte Nielsen

– Mój kumpel tak zginął.
Zostało po nim 20 dolców i Adidasy 😉

Fenomen “Gliniarza z Beverly Hills” trwa do dziś uświetniony i potwierdzony równie udaną częścią drugą z roku 1987, wyreżyserowaną przez twórcę kina akcji Tony’ego Scotta (“True romance”, “Man on Fire”, “Spy game”), który był akurat świeżo po kasowym sukcesie filmu “Top Gun” (1986), również ze stajni produkcyjnej Simpsona & Bruckheimera. Tony Scott reżyserując drugą część “Gliniarza…” zamiast powielać schemat komedii akcji, zrobił raczej mocny film akcji z komedią w tle, bo choć gagów i zabawnych dialogów było więcej niż w filmie Bresta, to wizualny styl Scotta oraz uwielbienie dla mocnej sensacji i szybkiej akcji wysunęło się zdecydowanie na pierwszy plan, dając mieszankę właśnie w takich, a nie w innych proporcjach. Udało się zebrać na planie całą ekipę z części pierwszej, czyli Eddiego Murphy (który w międzyczasie, w roku 1986 nakręcił kolejny ze swoich największych hitów: “Złote dziecko”) oraz Judge Reinholda i Johna Ashtona. Swoje role powtórzyli też Ronny Cox (Bogomil) i Gilbert R. Hill (Inspektor Todd) zamiast Serge’a widzowie dostali natomiast zabawny epizod z Panem Bernsteinem.

Tony Scott reżyserując drugą część Gliniarza... zamiast powielać schemat komedii akcji, zrobił raczej mocny film akcji z komedią w tle

Do ról czarnych charakterów pozyskano ówczesną żonę Sylvestra Stallone (która zagrała u jego boku w “Cobrze”), czyli Brigitte Nielsen, oraz samego Jurgena Prochnova (będącego wówczas w Europie u szczytu sławy po występie w “Das Boot”), a dynamiczną akcję uzupełniono znakomitymi, śmiesznymi dialogami (“Masz oczy otwarte czy liczysz na wsparcie mocy?” – pyta Rosewooda Axel, gdy ten pierwszy taranuje radiowozy przy pomocy wielkiej ciężarówki-betoniary) oraz wieloma wpadającymi w ucho kawałkami muzycznymi (z piosenką otwierającą film i nieśmiertelnym motywem przewodnim na czele). Wracając do wspomnianej dwa nawiasy temu ‘wielkiej ciężarówki-betoniary’, warto zwrócić uwagę na logo firmy na drzwiach szoferki: “DS/JR CONCRETE COMPANY” – chyba każdy sam rozszyfruje sobie te inicjały ;). A wracając do tematu; osobliwy styl Tony’ego Scotta, paradoksalnie nie dał się zagłuszyć Eddiemu Murphy który rozsadza film swoją osobą (i tekstami w stylu: Lubisz rap? – Lubię. – To dlaczego się nie uśmiechasz? – Uśmiecham się! 😉 i ręka Scotta widoczna jest przez cały film, dzięki czemu powstał obraz ze świetnymi zdjęciami (niesamowite jest oświetlenie i umiejscowienie finałowych scen) i ostrymi strzelaninami, co zgrabnie rozbudowało postaci głównych bohaterów (w szczególności Billy’ego, który okazuje się być wielbicielem broni i… Sylvestra Stallone; w mieszkaniu Rosewooda wiszą plakaty z “Rambo 2” i “Cobry” ;), nie popadając zbytnio w ślepą uliczkę kopiowania oryginału, choć i tym razem Axel Foley przybywa oczywiście do Beverly Hills.

Znakomity w “Gliniarzu z Beverly Hills 2” jest też montaż, szczególnie w sekwencji napadu na kasę toru wyścigowego, gdzie ujęcia napadu montowane są na przemian z wyścigiem koni, co niezwykle wzmaga napięcie i nadaje filmowi szybkiego tempa. Na koniec garść ciekawostek: w maleńkim epizodzie wystąpił Chris Rock; możemy go zauważyć w scenie parkowania ciężarówki pod posesją Hugh Heffnera (właściciel PLAYBOYA zagrał samego siebie tak na marginesie mówiąc 😉 Ciekawostką drugą jest natomiast fakt, że “Gliniarz z Beverly Hills 2” jest jedyną częścią trylogii, która została nakręcona w formacie panoramicznym 2,35:1 (części 1 i 3 to 16:9). W materiałach dodatkowych na wydaniu DVD “Gliniarza z Beverly Hills 2” znaleźć można jedną scenę która nie trafiła do filmu.

Była to wydłużona sekwencja włamania do siedziby Strzelnicy, gdzie Axel, Taggart i Billy idą pomiędzy wiązkami lasera, w strugach dymu z cygara Taggarta. Tony Scott uznał ostatecznie, że scena jest zbyt ‘futurystyczna’ i przekombinowana, co nie przystaje do realistycznych okoliczności w jakich rozgrywa się akcja filmu. Zresztą nad poprawną konstrukcją postaci i scenariusza czuwali producenci i sami aktorzy – wszyscy bowiem ze wszystkich sił chcieli, aby druga część była – jeśli nie lepsza – to nie gorsza od znakomitego oryginału.

BEVERLY HILLS COP III
GLINIARZ Z BEVERLY HILLS III

Rok produkcji: 1994, USA
Czas trwania: 104 minuty
Reżyseria: John Landis
Scenariusz: Danilo Bach, Daniel Petrie Jr,. Steven E. de Souza
Muzyka: Nile Rodgers
Zdjęcia: Mac Ahlberg

Wystąpili: Eddie Murphy, Jon Tenney, Joey Travolta, Jimmy Ortega

– Hmmm…

John Landis natomiast, reżyser “Gliniarza z Beverly Hills 3” nie zastanawiał się chyba wcale nad tym, co wciska do swojego filmu i co robi z bohaterami, bo ostatnia część trylogii okazała się… ale wszystko po kolei. Eddie Murphy po średnim sukcesie drugiej części “48 godzin” (1990) i niezbyt udanych filmach “Noce Harlemu” (1989) i “Boomerang” (1992), potrzebował znowu dużego sukcesu, aby powrócić na szczyt. Zdawało się zatem, że John Landis znakomicie odnajdzie się w komediowej atmosferze “Gliniarza z Beverly Hills” a Eddie triumfalnie powróci w swojej najlepszej roli. Do tego doszły ogromne oczekiwania widzów i ponoć przygotowywany pieczołowicie i w tajemnicy scenariusz; wszystko jednak poszło nie tak i powstał niestety “Gliniarz z Beverly Hills 3” 😉 Cóż, musiałem – niestety – wspomnieć o części trzeciej; niestety, bo “Gliniarz z Beverly Hills 3” to niewypał na każdej płaszczyźnie; zabrakło tu wszystkiego, co świadczyło o sukcesie poprzedników. Zabrakło Ronny’ego Coxa, Paula Reisera (który w ‘dwójce’ miał większą rolę niż w części pierwszej), a przede wszystkim Johna Ashtona (który podobno chciał trzeci raz wcielić się w rolę Taggarta, ale zdanie producentów było inne), przez co ze wspaniałego duetu pozostał tylko Judge Reinhold, nieudolnie próbujący komizmem nadrabiać brak ekranowego partnera.

Eddie Murphy także nie pokazał w ‘trójce’ niczego nadzwyczajnego; zamiast śmieszyć – żenował; aż szkoda było chwilami patrzeć na nieudane próby podrobienia samego siebie sprzed lat. Czarny charakter w tym nieśmiesznym filmie, zamiast przerażać czy choć odrobinę sobą zaintrygować, śmieszył – a to przecież miał robić Foley. Zupełnym błędem było też osadzenie akcji filmu w parku rozrywki, a już sekwencja ratunkowa na karuzeli w wykonaniu Axela, to zupełne nieporozumienie, które nijak nie przystawało do atmosfery poprzednich części, czy charakteru postaci Foleya. A jak sami twórcy się wychwalają, ponoć scenariusz do trzeciej części przygód gliniarza z Detroit, powstawał latami, wielokrotnie ewoluując, aby osiągnąć perfekcyjny kształt; co jednak z tego wyszło, każdy kto film widział – wie 😉 Ze starej obsady powrócił Serge, który ponownie miał rozśmieszyć publiczność swoją rozmową z Axelem, jednak i to nie wyszło, bo miast śmieszyć, śmierdziało naciąganą powtórką z rozrywki, w dodatku Serge zmienił głos na jeszcze ‘cieńszy’ i jego gadka przypominała bardziej Jar-Jar Binksa z “Episode I”, niż szczerze zabawnego, nieokreślonego narodościowo znawcę sztuki z części pierwszej. Całość dobił idiotyczny motyw z superbronią przyszłości “Anihilatorem 2000” (ponoć projekt samego reżysera Johna Landisa) oraz brak w filmie jakichkolwiek piosenek (co było tradycją cyklu, jak widać: ‘do tej pory’) i zarżnięcie motywu przewodniego jakimiś przeróbkami, miksami i ogólną zmianą klasycznej melodii w coś, planowo nowoczesnego, w efekcie jednak sprofanowanego i po prostu – jak cały film – spieprzonego.

Nie pomogło nawet to, że Murphy wystąpił w tej samej kurtce którą nosił w znakomitej części drugiej, a całkowicie postać Foleya pogrzebał motyw z przebraniem się w strój Słonia ‘Oki-Doki’ (podobnie swoją postać sprofanował Tommy Lee Jones w “Wydziale pościgowym” ubierając strój Wielkiego Ptaka) Jedyną ciekawą rzeczą w “Gliniarzu z Beverly Hills 3” była jedynie scenka, w której Axel Foley wypycha z kolejki do karuzeli, samego George’a Lucasa 😉

Aha, Don Simpson i Jerry Bruckheimer nie brali udziału w realizacji trzeciej części – co widać w każdej minucie tego filmowego niewypału. Naprawdę trudno uwierzyć, że John Landis który zrobił z trzeciej odsłony “Gliniarza…” niestrawną papkę, jest tym samym reżyserem który wyreżyserował filmy tak genialne jak “Blues Brothers”, “Szpiedzy tacy jak my”, “Nieoczekiwaną zamianę miejsc” czy idiotyczny, ale przynajmniej śmieszny “Kentucky Fried Movie”. Z drugiej strony, popełnił też takie ‘dzieła’ jak “Blues Brothers 2000”, “Innocent blood”, “Głupole”, zatem poziom filmografii ma John Landis dość nierówny, a w przypadku “Gliniarza z Beverly Hills 3” trafiło na dołek 😉

PODSUMOWANIE

Choć zatem cześć trzecia narobiła najpierw smaku (przed premierą) a później niesmaku (po premierze), a kariera aktorska Eddiego Murphy dziś praktycznie leży w gruzach po występach w “I spy”, “Showtime”, “Metro” itp, (jedynie rola Osła w “Shrek” i “Shrek 2” przypomina o najlepszych latach tego aktora), to dwie pierwsze części “Gliniarza z Beverly Hills” należą bezapelacyjnie do klasyki kina sensacyjnego. A że nie zestarzały się ani trochę (no, może trącą myszką wielkie okulary noszone przez wszystkich pod koniec lat 80-tych), pozostają wspaniałą, zabawną filmową rozrywką – po dziś dzień.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane