Publicystyka filmowa
7 NAJLEPSZYCH MOMENTÓW trylogii „POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI”. Ranking subiektywny
POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI to doskonała trylogia pełna emocji! Poznaj 7 najwspanialszych momentów, które na zawsze pozostaną w pamięci.
Być może to truizm, ale godny podkreślenia – trylogia Powrotu do przyszłości jest doskonałym kinem przygodowym. Znakomicie wyreżyserowanym, obsadzonym i napisanym. Za każdym razem wywołującym te same intensywne emocje, od śmiechu przez stres aż po wzruszenie. Ma się wrażenie, że seria ta składa się z samych dobrych scen, najlepiej działających w całości. Postaram się wyjść naprzeciw temu odczuciu i wytypować siedem tych, do których sam wracam najchętniej.
7. Pojedynek (Powrót do przyszłości III)
Ileż satysfakcji przynosi oglądanie pojedynku Marty’ego z Bufordem Tannenem. Przypuszczam, że dla McFlya nie ma większej różnicy, że jego przeciwnik to pradziadek Biffa, a nie on sam. Ważne, że ma w końcu okazję stanąć do walki jeden na jeden z przedstawicielem rodu, który napsuł mu już tyle krwi. Bez uciekania, bez ingerowania w minione wydarzenia – liczy się to, co tu i teraz. W dodatku wyjść z tego pojedynku zwycięsko, bardziej niż siły używając tutaj sprytu (może być sobie wdzięczny, że oglądał Za garść dolarów Sergio Leone). Zdziwienie Buforda, że wygrana nie przychodzi mu tak łatwo, i to, jak ostatecznie kończy, zostawiają widza w rewelacyjnym nastroju. Brawo, Marty!
6. Hoverboard (Powrót do przyszłości II)
Fragment będący oczywistym nawiązaniem do części pierwszej (co zostaje zresztą wprost skomentowane w samej scenie), ale wygrywający z nią osadzeniem w danym czasie. Tym razem Marty ucieka nie przed Biffem i jego kumplami, a przed wnukiem wspomnianego. Ważniejsze jest nie tyle przed kim, ile w jaki sposób. Hoverboard to gadżet, o którym zapewne marzy wielu kinomanów. Oczywiście mamy już elektryczne deskorolki, ale to wciąż nie ten sam poziom zabawy, kiedy nie można lewitować nad ziemią (żal tym większy, że minęły już trzy lata od daty przedstawionej w filmie!).
Sama scena to zabawna, dynamiczna sekwencja, dziś bawiąca nie tylko samą akcją, lecz także elementami otoczenia. Wiemy już, jak faktycznie wyglądał rok 2015, zatem porównywanie wizji filmowej z rzeczywistością stanowi dodatkową atrakcję. Do tego zawsze miło popatrzeć, jak protagonista wygrywa z bandą przygłupich rzezimieszków. Szczególnie tak sympatyczny jak Marty McFly.
5. Pociąg (Powrót do przyszłości III)
Gdybym miał ocenić każdą z części osobno, to pewnie wskazałbym trzecią jako tę najsłabszą (przy czym to nadal znakomity film!), ale punkt kulminacyjny w postaci kolejnego powrotu do przyszłości jest doskonały. Cała sekwencja wzbudza potężne pokłady emocji i do samego rozwiązania trzyma w bezustannym napięciu. Na tym etapie podróży jesteśmy już tak zżyci z bohaterami, że za wszelką cenę chcemy, aby udało im się zrealizować swój cel – drżymy więc z emocji za każdym razem, gdy napotykają kolejne niebezpieczeństwo (na szczęście do dyspozycji jest przywieziony z 2015 roku Hoverboard!). Oprócz warstwy emocjonalnej fantastyczna jest tutaj również strona techniczna – praktyczne efekty wypadają bezbłędnie, ze szczególnym wskazaniem na pociąg upadający z urwiska.
4. “Nie potrzebujemy dróg” (Powrót do przyszłości)
Marty może odetchnąć z ulgą – nie tylko nie zniknął z tego świata, lecz także poniekąd doprowadził do znacznego polepszenia swojej sytuacji życiowej. Zostaje mu cieszyć się perspektywą weekendu z ukochaną Jennifer. Czyżby? Nagłe pojawienie się doktora Browna weryfikuje jego plany i z całą pewnością miesza trochę w głowie – w końcu nie codziennie słyszy się od powracającego z przyszłości przyjaciela, że trzeba pomóc swoim dzieciom (w dodatku stojąc obok ich przyszłej matki). Przyznajemy Marty’emu rację, gdy zauważa brak odpowiedniej drogi do rozpędzenia się, ale odpowiedź Browna i to, co dzieje się z DeLoreanem, rozwiewają wszelkie wątpliwości – przygotujmy się lepiej na nową przygodę. Bezbłędne zakończenie!
3. List (Powrót do przyszłości II)
Chwila beznadziei, jaką czujemy po zniknięciu doktora Browna w końcówce części drugiej z automatu zmienia się w ciekawość i nadzieję, kiedy znikąd pojawia się kurier z listem dla Marty’ego. Można odetchnąć z ulgą – Brown żyje i ma się dobrze, z tym drobnym szczegółem, że w roku 1885. Dla Marty’ego ten fakt to zapowiedź kolejnej przygody, dla widza zaś wspaniała furtka do zamknięcia trylogii (podobnie zresztą finał części pierwszej jest idealnym pomostem do sequela). Trudno w pewnym sensie nie współczuć doktorowi Brownowi z roku 1955, gdy dosłownie sekundy po odesłaniu McFlya do domu, spotyka chłopaka ponownie i po raz kolejny dowiaduje się, że musi mu pomóc. Wspaniałe zakończenie, po którym trudno wytrzymać w oczekiwaniu na ostatnią odsłonę serii.
2. Wielka burza (Powrót do przyszłości)
Tytułowy powrót następuje w momencie, w którym nad Hill Valley nadciąga ogromna burza i na zawsze uszkadza zegar ratusza. Słyszymy o tym wydarzeniu już na początku filmu, wtedy jednak nie mamy pojęcia, że będzie ono dla Marty’ego kluczowe, by wrócić do domu. Naiwne byłoby myślenie że opracowany przez doktora Browna plan zostanie zrealizowany bez problemów. To byłoby zupełnie nie w stylu jego i Marty’ego. Następuje więc losowy wypadek – przewód, który ma doprowadzić ładunek elektryczny do DeLoreana, zostaje rozłączony, a do godziny zero, naturalnie, już niewiele czasu.
Piętrzą się kolejne niepowodzenia, jedno pechowe wydarzenie goni drugie i do ostatniej sekundy siedzimy jak na szpilkach, kibicując Brownowi, by zdążył podłączyć przewód i pozwolił Marty’emu wrócić do swoich czasów. Wraz z nim możemy głęboko odetchnąć z ulgą, gdy auto znika w rozbłysku. Misja spełniona, choć – jak pokazała poprzednia opisywana tutaj scena – jeszcze nie do końca.
1. Bal Morski Czar (Powrót do przyszłości)
Nie miałem wątpliwości, że to właśnie bal Morski Czar powinien znaleźć się na szczycie tej listy. Dla Marty’ego McFlya szkolna potańcówka bynajmniej nie jest okazją do zabawy, ale raczej jego dosłownym być albo nie być. Jeśli nie uda się doprowadzić do pocałunku George’a i Lorraine, zarówno Marty, jak i jego rodzeństwo przestaną istnieć. Mało przyjemna perspektywa, szczególnie w obliczu faktu, że Lorraine więcej uwagi poświęca wdzięczeniu się do własnego (przyszłego) syna, a podryw w wykonaniu George’a jest co najmniej nieskuteczny. Nawet gdy pozornie wszystko się układa – starszy z McFlyów zbiera się na odwagę i nokautuje Biffa, a Lorraine dostrzega w nim obiekt zainteresowania, to wciąż nieco brakuje do szczęścia, wszak kluczem jest tutaj pocałunek.
Najlepsza zabawa rozpoczyna się od momentu, w którym Marty dołącza do zespołu – choć gdzieś z tyłu z głowy mamy świadomość, że po prostu musi mu się udać, to Zemeckis bardzo dobrze buduje tutaj napięcie. Z każdą minutą rośnie przerażenie Marty’ego, że zaraz zniknie, a wraz z nim obawa widza. Tym większą euforię czujemy, gdy Lorraine i George wreszcie zaczynają się całować, a Earth Angel osiąga punkt kulminacyjny. Fantastycznie zrealizowany moment! Wisienką na torcie jest naturalnie Johnny B. Goode w wykonaniu Marty’ego, znakomite przypieczętowanie dobrego nastroju wywołanego wypełnieniem jego misji.
Nieco inny rodzaj emocji wzbudza powrót do tej sekwencji w drugiej części trylogii, jako że stanowi ona tło kolejnej przygody Marty’ego i ciężar zostaje przerzucony na jego aktualne poczynania. Nie zmienia to faktu, że powrót na tę potańcówkę po raz kolejny – jak zawsze zresztą – wzbudza największą możliwą filmową radość.
Czy umieścilibyście te sceny również w swoich indywidualnych rankingach? Chętnie posłucham waszych propozycji!
