Zestawienie

Najbardziej ŻENUJĄCE SCENY WALK w wielkich produkcjach. Mortal Kombat z dyskontu

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Nakręcenie porządnej walki to nie lada sztuka. Opracowanie i nauczenie aktorów odpowiedniej choreografii, interesujące miejsce starcia albo ciekawy pomysł na wykorzystanie zwyczajnej lokalizacji, dobra praca kamery i montaż, który uczyni całość czytelną i dynamiczną. Współcześnie (zbyt) dużą rolę odgrywa również CGI, dzięki któremu rzeczoną scenę walki można uświetnić… albo kompletnie skopać. Nie przemawia do mnie jednak punktowanie niedostatków półamatorskich produkcji zrobionych za garść drobniaków przez kolegów z podwórka. Nawet jeśli efekt ich pracy jest komicznie fatalny, to przynajmniej można to obronić brakami w kompetencjach i budżecie. Z pewnością widać w tym więcej serca niż w wielomilionowych hitach, które pomimo ogromnych środków potrafią wyglądać mniej przekonująco niż filmy nakręcone za ułamek ich budżetu. Niechlujny montaż, rozlatana kamera i komputerowo wygenerowane postaci przypominające czasy PlayStation 2 to coś niedopuszczalnego – takie sceny zasługują na bezlitosną krytykę i tym właśnie zamierzam tutaj się zająć. 

Matrix: Reaktywacja – armia gumowych ludzików

Pierwszy Matrix imponował i imponuje do dziś – świetna choreografia, przełomowe efekty specjalne i śmiała reżyseria zaowocowały scenami akcji, które obecnie uważane są za jedne z najlepszych w historii kina. Trzy lata później dwa razy większy budżet dał nam sekwencję, która wyglądała kiepsko już w 2002 roku i jest powszechnie uznawana za idealny przykład przesadnego pokładania wiary w CGI. Już na etapie wymyślania tego starcia ktoś powinien był głośno zaprotestować – twórcy byli jednak tak przejęci tym, że mogą nakręcić tę scenę, że nie zadali sobie pytania, czy powinni. Siłą pojedynku wieńczącego Matrixa była prostota. Desperackie starcie jeden na jeden, protagonista (początkowo) słabszy od swojego przeciwnika, ale i tak silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Stawka i waga tego wydarzenia były wyczuwalne, a całe starcie do dziś wygląda świetnie. A co tam w Reaktywacji? Najpierw na Neo rzuca się cała grupka agentów Smithów, którzy nagle zachowują się jak nieporadne dzieci. Wiem, że chodziło tu o podkreślenie siły głównego bohatera, ale coś takiego nie powinno się odbywać kosztem jego przeciwnika. Umowność potyczki jest mocno widoczna i naprawdę trudno uwierzyć w to, że agenci chcą w ogóle skrzywdzić Neo. Potem jest tylko gorzej – przybywa kolejnych agentów, a aktorów zastępują koszmarne cyfrowe kukły, które wyglądają i zachowują się porażająco sztucznie. Zwinny ludzik z plasteliny lejący po mordach setkę kalekich ludzików z plasteliny – to nie jest dobra scena walki, na całe szczęście Keanu Reeves dziś kojarzy się przede wszystkim z doskonałymi scenami walki z serii John Wick.

Legion samobójców – gibka siostra i plastikowy brat

Dam spokój reszcie tego godnego pożałowania filmu, ale tak naprawdę już sama finałowa walka wystarczy, by uznać go za niewypał. Od czego tu zacząć? Cara Delevingne pokryta kiepskiej jakości CGI? Jej dzikie pląsy przywodzące na myśl wijącego się węgorza? A może jej ekranowy brat, który wygląda jak odrzut z Bogów Egiptu (filmu jeszcze gorszego niż ten, o którym mowa) lub postać z gry komputerowej sprzed 10 lat? Kiedy ogląda się scenę walki tytułowej ekipy z tym duetem, ewidentnie widać kompletny brak pomysłu na jej przebieg. Żaden z bohaterów (może z wyjątkiem Diablo) nie wykorzystuje swoich umiejętności w interesujący sposób, antagoniści ewidentnie dają fory swoim słabszym przeciwnikom, a macki wystrzeliwane przez odrzut z Bogów Egiptu to poziom wizualnego niechlujstwa na miarę kina klasy Z i zarazem niezwykle nudna umiejętność. Całość pogarszają FATALNE dialogi (medal zdobywa tu Will Smith i jego tandetne „Lady, you are evil!”) i okropny montaż, który jest dobrym przykładem na to, jak nie należy montować filmowych walk. Uderzenie w przesadnie dramatyczne nuty pod koniec starcia, dziwne kadrowanie i przegięte użycie zwolnionego tempa czynią drugą połowę walki niezamierzenie śmieszną, a ja nie mam ochoty pisać ani słowa więcej na temat tego filmu.

Bogowie Egiptu – cały film

W tym momencie mam wrażenie, że byłem zbyt ostry dla Legionu samobójców. Kiedy przypominam sobie seans Bogów Egiptu, nieudana produkcja DC wydaje się całkiem kompetentnie nakręconym filmowym przedsięwzięciem. Przyjrzyjcie się zresztą kadrowi powyżej. Czy tak powinna wyglądać produkcja kosztująca 140 milionów dolarów i mająca premierę w 2016 roku? Otóż nie. Wygenerowane komputerowo postaci wyglądają potwornie źle, ale to zupełnie inny poziom niż w dwóch opisywanych wcześniej filmach. Tam nie sposób było zignorować kiepskiej jakości efektów specjalnych, tutaj one po prostu zdumiewają. We wstępie śmiałem się z czasów PlayStation 2, ale tutejsze szkarady wyglądają jak żywcem wzięte z przerywników filmowych z gier z końcówki ubiegłego tysiąclecia! Rzućcie zresztą okiem na to intro do kultowej gry Heroes of Might and Magic III i powiedzcie mi, że ten szpetny minotaur tulący Jaimego Lannistera (nawiasem mówiąc, skąd się wzięły minotaury w filmie bazującym na egipskiej mitologii?) nie wygląda, jakby urwał się z tego filmiku i po dwudziestu latach chlania wylądował na planie Bogów Egiptu. Równie niewiarygodnie wyglądają wszelkie akrobacje i „popisy” kaskaderskie, a sztuczność tła cały czas zwraca na siebie uwagę. Montaż jest beznadziejny, ale z powodu pracy kamery nie jest to odczuwalne tak często, jak w Legionie samobójców. Ta notorycznie w nienaturalny sposób krąży wokół postaci, tworząc efekt jednego ujęcia (efekt, bo to tylko sztuczka) i przyprawiając widza o mdłości. Niech wszyscy bogowie tego świata trzymają was z dala od tego filmu.

Czarna Pantera & Venom – czarne z czarnym na czarnym tle


Dwie głośne komiksowe superprodukcje z zeszłego roku – jedna mocno przeceniana przez krytyków, druga odrobinę niedoceniana. Co je łączy? Bardzo kiepska końcowa walka, podczas której dwie wygenerowane komputerowo i podobne do siebie ciemne postaci walczą w ciemnej scenerii. Nie ma tu ciekawej choreografii, jest za to bezmyślne okładanie się po ryjach, denne odzywki (Venom) i naciągane chwyty scenariuszowe potrzebne do zakończenia starcia (Czarna Pantera i motyw z pociągiem). Produkcja z kocim superbohaterem zasługuje na szczególne przytyki z racji obrzydliwych sylwetek bohaterów, które nie mają nic wspólnego z fizyką i sposobem zachowywania się ludzkiego ciała. To totalna kompromitacja, biorąc pod uwagę to, że mówimy o filmie dysponującym ponad 200 milionami dolarów budżetu. Znacznie tańszemu Venomowi trzeba zaś oddać to, że obie postaci wyglądają całkiem przyzwoicie, choć starcie przebiega tak szybko i chaotycznie, że często trudno je od siebie odróżnić. Na niekorzyść filmu z Tomem Hardym przemawia też to, że Riot jest przeraźliwie nudnym antagonistą, który mógłby co najwyżej czyścić buty Killmongerowi z Czarnej Pantery. Ostatecznie obie te walki są siebie warte.

Wyróżnienie nr 1 – dwie ostatnie dekady filmów ze Stevenem Seagalem

Jeśli masz coś zrobić na odpierdol się, to po prostu tego nie rób. Ktoś powinien dosadnie to powiedzieć Seagalowi, który już wiele lat temu przestał wykonywać nawet minimum wysiłku. Jego sceny akcji ze współczesnych produkcji zakrawają na żart – były gwiazdor ledwo się porusza, a komicznie przyspieszone tempo, rwany montaż i poszatkowane ujęcia tworzą nieprzekonującą iluzję walki. Ponadto, nierzadko absurdalnie ewidentne jest to, że kamera unika pokazywania twarzy protagonisty. Wszystko po to, by nie było widać, że nie należy ona do Seagala, tylko do kogoś, komu wciąż chce się ruszać na planie. I jasne, nie mówimy tu o dużych produkcjach, tylko o akcyjniakach wydawanych od razu na DVD i VOD, ale od jednej z ikon kina akcji można oczekiwać więcej.

Ostatnio dodane