Connect with us

Publicystyka filmowa

Najbardziej ŻENUJĄCE SCENY WALK w wielkich produkcjach. Mortal Kombat z dyskontu

W filmie NAJBAARDZIEJ ŻENUJĄCE SCENY WALK zobaczysz, jak wielkie produkcje potrafią zawieść w choreografii i efektach.

Published

on

Najbardziej ŻENUJĄCE SCENY WALK w wielkich produkcjach. Mortal Kombat z dyskontu

Nakręcenie porządnej walki to nie lada sztuka. Opracowanie i nauczenie aktorów odpowiedniej choreografii, interesujące miejsce starcia albo ciekawy pomysł na wykorzystanie zwyczajnej lokalizacji, dobra praca kamery i montaż, który uczyni całość czytelną i dynamiczną. Współcześnie (zbyt) dużą rolę odgrywa również CGI, dzięki któremu rzeczoną scenę walki można uświetnić… albo kompletnie skopać. Nie przemawia do mnie jednak punktowanie niedostatków półamatorskich produkcji zrobionych za garść drobniaków przez kolegów z podwórka. Nawet jeśli efekt ich pracy jest komicznie fatalny, to przynajmniej można to obronić brakami w kompetencjach i budżecie.

Advertisement

Z pewnością widać w tym więcej serca niż w wielomilionowych hitach, które pomimo ogromnych środków potrafią wyglądać mniej przekonująco niż filmy nakręcone za ułamek ich budżetu. Niechlujny montaż, rozlatana kamera i komputerowo wygenerowane postaci przypominające czasy PlayStation 2 to coś niedopuszczalnego – takie sceny zasługują na bezlitosną krytykę i tym właśnie zamierzam tutaj się zająć. 

Matrix: Reaktywacja – armia gumowych ludzików

Pierwszy Matrix imponował i imponuje do dziś – świetna choreografia, przełomowe efekty specjalne i śmiała reżyseria zaowocowały scenami akcji, które obecnie uważane są za jedne z najlepszych w historii kina. Trzy lata później dwa razy większy budżet dał nam sekwencję, która wyglądała kiepsko już w 2002 roku i jest powszechnie uznawana za idealny przykład przesadnego pokładania wiary w CGI.

Advertisement

Już na etapie wymyślania tego starcia ktoś powinien był głośno zaprotestować – twórcy byli jednak tak przejęci tym, że mogą nakręcić tę scenę, że nie zadali sobie pytania, czy powinni. Siłą pojedynku wieńczącego Matrixa była prostota. Desperackie starcie jeden na jeden, protagonista (początkowo) słabszy od swojego przeciwnika, ale i tak silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Stawka i waga tego wydarzenia były wyczuwalne, a całe starcie do dziś wygląda świetnie. A co tamReaktywacji? Najpierw na Neo rzuca się cała grupka agentów Smithów, którzy nagle zachowują się jak nieporadne dzieci.

Wiem, że chodziło tu o podkreślenie siły głównego bohatera, ale coś takiego nie powinno się odbywać kosztem jego przeciwnika. Umowność potyczki jest mocno widoczna i naprawdę trudno uwierzyć w to, że agenci chcą w ogóle skrzywdzić Neo. Potem jest tylko gorzej – przybywa kolejnych agentów, a aktorów zastępują koszmarne cyfrowe kukły, które wyglądają i zachowują się porażająco sztucznie. Zwinny ludzik z plasteliny lejący po mordach setkę kalekich ludzików z plasteliny – to nie jest dobra scena walki, na całe szczęście Keanu Reeves dziś kojarzy się przede wszystkim z doskonałymi scenami walki z serii John Wick.

Advertisement

Legion samobójców – gibka siostra i plastikowy brat

Dam spokój reszcie tego godnego pożałowania filmu, ale tak naprawdę już sama finałowa walka wystarczy, by uznać go za niewypał. Od czego tu zacząć? Cara Delevingne pokryta kiepskiej jakości CGI? Jej dzikie pląsy przywodzące na myśl wijącego się węgorza? A może jej ekranowy brat, który wygląda jak odrzut z Bogów Egiptu (filmu jeszcze gorszego niż ten, o którym mowa) lub postać z gry komputerowej sprzed 10 lat? Kiedy ogląda się scenę walki tytułowej ekipy z tym duetem, ewidentnie widać kompletny brak pomysłu na jej przebieg.

Żaden z bohaterów (może z wyjątkiem Diablo) nie wykorzystuje swoich umiejętności w interesujący sposób, antagoniści ewidentnie dają fory swoim słabszym przeciwnikom, a macki wystrzeliwane przez odrzut z Bogów Egiptu to poziom wizualnego niechlujstwa na miarę kina klasy Z i zarazem niezwykle nudna umiejętność. Całość pogarszają FATALNE dialogi (medal zdobywa tu Will Smith i jego tandetne „Lady, you are evil!”) i okropny montaż, który jest dobrym przykładem na to, jak nie należy montować filmowych walk. Uderzenie w przesadnie dramatyczne nuty pod koniec starcia, dziwne kadrowanie i przegięte użycie zwolnionego tempa czynią drugą połowę walki niezamierzenie śmieszną, a ja nie mam ochoty pisać ani słowa więcej na temat tego filmu.

Advertisement

Bogowie Egiptu – cały film

W tym momencie mam wrażenie, że byłem zbyt ostry dla Legionu samobójców. Kiedy przypominam sobie seans Bogów Egiptu, nieudana produkcja DC wydaje się całkiem kompetentnie nakręconym filmowym przedsięwzięciem. Przyjrzyjcie się zresztą kadrowi powyżej. Czy tak powinna wyglądać produkcja kosztująca 140 milionów dolarów i mająca premierę w 2016 roku? Otóż nie.

Wygenerowane komputerowo postaci wyglądają potwornie źle, ale to zupełnie inny poziom niż w dwóch opisywanych wcześniej filmach. Tam nie sposób było zignorować kiepskiej jakości efektów specjalnych, tutaj one po prostu zdumiewają. We wstępie śmiałem się z czasów PlayStation 2, ale tutejsze szkarady wyglądają jak żywcem wzięte z przerywników filmowych z gier z końcówki ubiegłego tysiąclecia! Rzućcie zresztą okiem na to intro do kultowej gry Heroes of Might and Magic III i powiedzcie mi, że ten szpetny minotaur tulący Jaimego Lannistera (nawiasem mówiąc, skąd się wzięły minotaury w filmie bazującym na egipskiej mitologii?) nie wygląda, jakby urwał się z tego filmiku i po dwudziestu latach chlania wylądował na planie Bogów Egiptu.

Advertisement

Równie niewiarygodnie wyglądają wszelkie akrobacje i „popisy” kaskaderskie, a sztuczność tła cały czas zwraca na siebie uwagę. Montaż jest beznadziejny, ale z powodu pracy kamery nie jest to odczuwalne tak często, jak w Legionie samobójców. Ta notorycznie w nienaturalny sposób krąży wokół postaci, tworząc efekt jednego ujęcia (efekt, bo to tylko sztuczka) i przyprawiając widza o mdłości. Niech wszyscy bogowie tego świata trzymają was z dala od tego filmu.

Czarna Pantera & Venom – czarne z czarnym na czarnym tle

Dwie głośne komiksowe superprodukcje z zeszłego roku – jedna mocno przeceniana przez krytyków, druga odrobinę niedoceniana. Co je łączy? Bardzo kiepska końcowa walka, podczas której dwie wygenerowane komputerowo i podobne do siebie ciemne postaci walczą w ciemnej scenerii.

Advertisement

Nie ma tu ciekawej choreografii, jest za to bezmyślne okładanie się po ryjach, denne odzywki (Venom) i naciągane chwyty scenariuszowe potrzebne do zakończenia starcia (Czarna Pantera i motyw z pociągiem). Produkcja z kocim superbohaterem zasługuje na szczególne przytyki z racji obrzydliwych sylwetek bohaterów, których ruchy nie mają nic wspólnego z fizyką i sposobem zachowywania się ludzkiego ciała. To totalna kompromitacja, biorąc pod uwagę to, że mówimy o filmie dysponującym ponad 200 milionami dolarów budżetu. Znacznie tańszemu Venomowi trzeba zaś oddać to, że obie postaci wyglądają całkiem przyzwoicie, choć starcie przebiega tak szybko i chaotycznie, że często trudno je od siebie odróżnić.

Na niekorzyść filmu z Tomem Hardym przemawia też to, że Riot jest przeraźliwie nudnym antagonistą, który mógłby co najwyżej czyścić buty Killmongerowi z Czarnej Pantery. Ostatecznie obie te walki są siebie warte.

Advertisement

Wyróżnienie nr 1 – dwie ostatnie dekady filmów ze Stevenem Seagalem

Jeśli masz coś zrobić na odpierdol się, to po prostu tego nie rób. Ktoś powinien dosadnie to powiedzieć Seagalowi, który już wiele lat temu przestał wykonywać nawet minimum wysiłku. Jego sceny akcji ze współczesnych produkcji zakrawają na żart – były gwiazdor ledwo się porusza, a komicznie przyspieszone tempo, rwany montaż i poszatkowane ujęcia tworzą nieprzekonującą iluzję walki.

Ponadto, nierzadko absurdalnie ewidentne jest to, że kamera unika pokazywania twarzy protagonisty. Wszystko po to, by nie było widać, że nie należy ona do Seagala, tylko do kogoś, komu wciąż chce się ruszać na planie. I jasne, nie mówimy tu o dużych produkcjach, tylko o akcyjniakach wydawanych od razu na DVD i VOD, ale od jednej z ikon kina akcji można oczekiwać więcej.

Advertisement

Glass – niezręczne przytulanki

Zanim ktoś zarzuci mi, że oczekiwałem tu efekciarskiej walki rodem z MCU – wcale nie spodziewałem się i nie chciałem zobaczyć nic podobnego w tym filmie. Miałem natomiast nadzieję na pomysłową choreografię i walki, które będą się opierać na czymś więcej niż na niezręcznym przytulaniu Jamesa McAvoya do Bruce’a Willisa.

Zwinność tego pierwszego i wytrzymałość tego drugiego mogły zaowocować naprawdę ciekawymi starciami. Dostaliśmy jednak dziwnie nakręcone przepychanki, po których widać kompletny brak pomysłów Shyamalana. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła idea przyklejenia kamery do twarzy Bruce’a Willisa, wyglądało to jednak dziwacznie i niezamierzenie śmiesznie. Oglądając te walki, wyobrażałem sobie, jak reżyser otacza dwójkę aktorów operatorami, każe im (aktorom, nie operatorom) niezdarnie się szamotać, a potem idzie coś sklecić z tego w montażowni. Liczyłem na więcej, nawet jeśli to nie efektowne starcia miały być sercem tego filmu.

Advertisement

Alex Cross – epilepsja gwarantowana

Postać Alexa Crossa nie ma szczęścia do filmowych adaptacji. Poprzednia z nich jest powszechnie obśmiewana z racji fatalnie zrealizowanej sceny samochodowej kraksy (i ogólnej miałkości), a tę z 2012 roku uznano za bardzo słaby thriller z zatrważająco kiepską końcową walką.

Rzeczony pojedynek cierpi na popularną swego czasu chorobę, która opanowała kino akcji i thrillery – wpływ Paula Greengrassa. Rozdygotana kamera i bardzo gwałtowny montaż to narzędzia, dzięki którym stworzył on wyjątkowy styl filmów o Jasonie Bournie, problem w tym, że powtórzenie jego sukcesu okazało się niemal niemożliwe. Zabiegi Greengrassa wymagają wyczucia, które posiada chyba tylko on (choć i jemu zdarzało się przesadzić tu i ówdzie), a próby ich powielania niemal zawsze kończą się ekranowym bałaganem, który może zapewnić widzowi atak epilepsji. Tak też jest w Aleksie Crossie: niechlujne i skandalicznie krótkie ujęcia, bardzo zły montaż oraz kiczowate i mocno dezorientujące zwolnione tempo – trudno połapać się w tym, co się tu dzieje, a ból głowy czyha za rogiem.

Advertisement

Fantastyczna Czwórka – ustawka z sex lalką

Użyłem słowa „ustawka”, bo trudno to nazwać walką. Finał tej pokpionej próby przeniesienia na ekran Fantastycznej Czwórki to dobra wizytówka całego filmu. Wygląd antagonisty, jego motywacja i skuteczność w walce (pomimo niemalże boskich mocy) to jeden wielki żart, a wielkie starcie trwa jakieś dwie minuty. Scenerią walki jest nudne, skąpane w mroku pustkowie, a w jego samym środku znajduje się wycelowany w niebo promień energii, czyli coś, co widzieliśmy w blockbusterach niezliczoną ilość razy.

Miałkie przepychanki słowne między głównym bohaterem a jego przeciwnikiem, kompletnie niezrozumiałe sytuacje (czemu Doom nie wykończy Reeda, tylko trzyma go przez dłuższą chwilę, po czym, nie wiadomo dlaczego, puszcza?) i przeraźliwie złe CGI elastycznego ciała Reeda – oglądanie tego budzi zażenowanie i dezorientację. Jakim cudem coś takiego zostało dopuszczone przy tak dużej produkcji?

Advertisement

Seria Resident Evil – do wyboru, do koloru

Spójrzcie na kadr widoczny powyżej. Pochodzi on z kinowej produkcji z 2010 roku i żałuję, że nie możecie zobaczyć beznadziejnego efektu slow motion, który jest wisienką na torcie w tej okropnej scenie. Nie tylko zresztą w niej – Paul W.S. Anderson wydaje się zafascynowany Matrixem, dlatego każda część tej pomylonej serii adaptacji gier (które zasługują na znacznie więcej) jest wypchana efekciarskimi ujęciami w zwolnionym tempie. Z czasem dodatkową atrakcją stał się także efekt 3D, który był kolejnym wabikiem na niewybrednych bywalców kin. Przygotujcie się więc na masę kiczowatych zagrywek z rzucaniem czymś w widza tylko po to, by nie miał on poczucia, że zmarnował pieniądze na pokaz w 3D.

Kicz to słowo klucz, kiedy mówimy o filmach z serii Resident Evil – oglądając paskudne efekty komputerowe, dziwaczną pracę kamery, wzbudzające uśmiech politowania slow motion i mizerną grę aktorską, trudno nie pomyśleć, jak tandetnie to wszystko wygląda. Jeśli chodzi zaś o montaż w tych dziełach, to nic go lepiej nie podsumuje niż sytuacja towarzysząca premierze ostatniej części cyklu; spotkałem się wówczas z licznymi głosami krytyków, którzy opisywali, że podczas pewnej sceny akcji ginie jeden z bohaterów. Wspomniana sekwencja była jednak tak beznadziejnie zmontowana, że nie potrafili oni określić, kto właśnie umarł. Dopiero w kolejnych scenach można było do tego dojść poprzez zwrócenie uwagi na to, kogo brakuje w grupie. Czy tu w ogóle trzeba cokolwiek dodawać?

Advertisement

Wyróżnienie nr 2 – klasyk Internetu, czyli kapitan Kirk kontra jaszczur (Gorn)

Tak naprawdę, to wcale nie uważam, by serialowy Star Trek zasługiwał na znalezienie się w tym godnym pożałowania gronie, ale popularność tej mimo wszystko kiepsko nakręconej walki sprawiła, że postanowiłem umieścić ją na samym końcu. Mam mieszane uczucia w tej kwestii, bo z jednej strony mówimy o dysponującym względnie niewielkim budżetem serialu z lat 60. , z drugiej – czy naprawdę nie można było zrealizować tego w bardziej przekonujący sposób?

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *