search
REKLAMA
Recenzje

PALM SPRINGS. Bawię się, bo jestem tylko człowiekiem

Jan Tracz

21 sierpnia 2020

REKLAMA

Odchodzenie, popadanie w zapomnienie, proch pozostający po naszym (krótko)trwałym życiu. Jakby nie patrzeć, to wyobrażenie wydaje się być z nami obecne jakby od zawsze. Pożera nas od środka, ponieważ czas pędzi nieubłaganie, dni zamieniają się w sekundy, tygodnie w minuty, a miesiące w godziny. Śmierć wydaje nam się przerażająca, ale zazwyczaj patrzymy na nią w dość ograniczony (może i ignorancki?) sposób, skoro zdaje się tak odległa, tak odmienna od naszej fizyczności. Nie dla bohaterów Palm Springs – oni doskonale wiedzą, czym jest tzw. “codzienne umieranie”; nieograniczona dawka spotkania z kostuchą.

Co innego z upływem czasu – czujemy go przy każdym oddechu, niezależnie od tego, czy jest on wolny, miarowy, czy ciężki, niespokojny. Z żarliwą zazdrością oglądamy filmy, które ukazują nasze marzenia. Ale czy to marzenie? Możliwe, że wręcz pragnienie, usilna ucieczka przed czasem. Gwiazda Brooklyn 9-9, Andy Samberg, wciela się w Nylesa, pewnego siebie lekkoducha – jak to on, aktor lubujący się w tego rodzaju image’u – zmuszonego walczyć o psychiczne przetrwanie. Pętla czasu dopada go na pewnym gorącym weselu. Wkrótce niczym Phil Billa Murraya nauczy się czegoś o sobie i o innych, pozna niektóre tajemnice gości samej imprezy albo skorzysta z możliwości przeżywania tego samego dnia w kółko. Zobaczy przy tym, że człowiecze dążenie do nieśmiertelności nie jest tak atrakcyjne, jak z początku mogło się (ludzkości) wydawać. To wyśniona mrzonka, prędzej czy później doprowadzająca uczestników do frustracji.

Palm Springs zdaje się być opartym na stereotypach gatunkowcem, lawirującym pomiędzy sprawdzonym schematem (utknięcie w pętli czasowej) i nieziemskim performance’em ze strony aktorów. Nic bardziej mylnego. To rom-com z krwi i kości, z paroma zwariowanymi elementami science-fiction, a także indywidualną narracją. Twórcy nie pragną stworzyć patetycznego moralitetu (choć znajdą się wewnętrzne przemiany postaci), a pobawić się formą, dodać jej nieco gibkości; to elastyczny film o odnajdywaniu się w niecodziennych sytuacjach, gdzie te 24 godziny powtarzają się nieskończoną ilość razy. Nyles i Sarah (towarzysząca Sambergowi brawurowa, zawzięta Cristin Milioti) stawiają czoła monotonii, z początku wydającej się całkowitym błogostanem, następnie zaś odsłaniającej się jako piekło w temperaturze 35 stopni.

Ciekawie jawi się tutaj opowiadana fabuła, bo wspomniana pętla potrafi być (nie)bezpieczna. Z jednej strony każda śmierć cofa naszą dwójkę do poranku, kiedy budzą się i po raz kolejny słuchają wyuczonych na pamięć dialogów (brzmi niczym największy koszmar słyszeć to samo narzekanie jednego z członków rodziny). I nawet jeśli ten flirt z nieskończonością w filmie nie okaże się zbyt kompleksowy, na pewno rozbawi tą swoją frywolnością. Bohaterowie czerpią z tego ułudnego raju na wszelakie sposoby, co sprawia masę radochy zarówno im, jak i nam, widzom zazdrośnikom, którzy chcieliby się znaleźć w podobnej sytuacji. Z drugiej strony nie każdy w Palm Springs będzie zachwycony wizją powtarzania w kółko tego samego dnia. Kiedy Nyles wciąga do pętli mściwego Roya (satysfakcjonujący J.K. Simmons na drugim planie), koszmar zaczyna się urzeczywistniać – wierzcie lub nie, ale temu podstarzałemu dżentelmenowi nie podoba się w tym miejscu ani trochę. Śmierć Nylesa (na różne sposoby!) staje się dla Roya ucieczką od pochłaniającego go marazmu. Facet nie ukrywa swojej złości, jest zawistny. I nie zna litości.  W ten oto sposób powolny efekt domina zapowiada swoistą katastrofę…

Rzecz wiadoma, pomysł na ten feel good movie jest już archaiczny, tym bardziej korzystanie z niego na rzecz komediowej formułki. Czuć jednak ten powiew świeżości, ma w sobie Palm Springs taki ukryty efekt przyciągania. Jest wyreżyserowany z lekkością, zgrabnie zmontowany, i chociaż czasem nie kryje się z tym, że chce być chwilami “teledyskowy” i korzystać z oryginalnych utworów, nic nie stoi na przeszkodzie, by dobrze się bawić na tym festiwalu uśmiechu.

Palm Springs to coś w rodzaju zimnego Sommersby. Dla mas, ale i tak smakuje; dlatego ludzie wciąż go kupują. I również dlatego najnowsza komedia z Sambergiem bije rekordy popularności na platformie Hulu.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz i Przeglądu. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA