Connect with us

Publicystyka filmowa

WIEDŹMIN i polski ból RZYCI, czyli co się UDAŁO, a co NIE WYSZŁO

„WIEDŹMIN to epicka podróż, która zaskakuje i bawi, choć czasem nie spełnia słowiańskich oczekiwań. Refleksja wśród magii i przygód!”

Published

on

WIEDŹMIN i polski ból RZYCI, czyli co się UDAŁO, a co NIE WYSZŁO

Ci, którzy nie znają prozy Sapkowskiego, pewnie będą mieli pretensje, że twórcy serialu aż tak po macoszemu potraktowali ich niewiedzę, nie dając im żadnej taryfy ulgowej. Z kolei ci widzowie, którzy oczekiwali potwierdzenia ich tezy o słowiańskości Wiedźmina, poczują zawód, bo produkcja Netflixa nie uwzględnia naszych polskich wyimaginowanych roszczeń. Jest ponadnarodowa, rozrywkowa i zarazem niepozbawiona refleksji. Jednym słowem – czekaliśmy na takiego wiedźmińskiego superbohatera, jakim zdołał nieoczekiwanie stać się Henry Cavill. Mam nadzieję, że gdy go nareszcie po tylu latach dostaliśmy, będziemy szczerze zadowoleni. Nie będzie narzekań w stylu: bo za mało słowiański, bo są czarni, bo Cirilla nie jest taka jak w grze, bo Geralt za mało klnie, pije i generalnie jest nie taki swojski jak w książkach Sapkowskiego. Może to nasze polaczkowskie utyskiwanie w końcu ucichnie, bo dostaliśmy historię Wiedźmina kompletną i dopracowaną. Minęło już kilka dni od premiery. Można więc pokusić się o podsumowanie, żeby nie zapomnieć, na czym polega sukces Wiedźmina. No i przecież nigdy nie jest tak, że wszystko okazało się idealne.

Advertisement
Słowiańskość nie wyszła

I nie miała. Zacznijmy od tego, że wiedźmiński świat w żadnym wypadku nie jest realny. To wielki tygiel kulturowy, a Sapkowski poszedł trochę na łatwiznę, warząc w nim zupę o tysiącu smaków. Zrobił to celowo, ponieważ w samej mitologii słowiańskiej nie znalazłby tylu inspiracji, zwłaszcza bez spędzania dziesiątków godzin w bibliotekach. To znaczy, uściślając, pewnie by znalazł, ale prościej dla niego jako pisarza było sięgnąć do bardziej znanych motywów fantasy z wielu światowych kultur i spiąć je klamrą odniesień do naszego, słowiańskiego dziedzictwa niż opierać wszystko na nim.

Dzięki takiemu podejściu Wiedźmin jest bardziej uniwersalny, a jako nasz nieliczny literacki towar eksportowy ze świata fantasy może być zrozumiany na przykład przez niewiele wiedzącego o Słowianach Amerykanina. Zakładanie więc, że Wiedźmin jest jakimś naszym słowiańskim dobrem narodowym, wynika bardziej z nieznajomości literackiego wzorca. Spora również w tym zasługa gry od CD Projekt Red. Wykreowany w komputerze świat Redanii bardzo przypomina Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

Advertisement

Wiele obcych kulturowo wątków (Skellige, Toussaint) zostało jednak skrzętniej dopasowanych, tak żeby nie wchodziła w konflikt z główną linią fabularną, zapewne z tego samego względu – eksport kultury ma swoje antyhermetyczne prawa.

Gdzieś więc ta multikulturowość prozy Sapkowskiego została zapomniana. Sama strzyga czy poroniec nie wystarczą ani grze, ani produkcji Netflixa do nadania im słowiańskiego charakteru. A jednak ludzie tak myślą. Stąd pewnie to zdziwienie, skąd w serialu nagle pojawiają się czarni aktorzy. Te głosy sprzeciwu, że przecież za mało w nim bezpośrednich (a więc łopatologicznych) odniesień do naszych bóstw i naszej historii. Spójrzmy jednak na serial obiektywnie – jego słowiańskość jest mitem, podobnie jak duża część naszych korzeni zarówno tych sprzed 966 roku, jak i tych zrodzonych po.

Advertisement

Będzie nam jako narodowi z pewnością lepiej, jeśli tę gumę poluzujemy, bo serial Wiedźmin został nakręcony jako produkt komercyjny, nie z myślą o nas i tym bardziej nie dla nas. W 2001 roku mieliśmy swoją szansę, więc lepiej teraz siedźmy cicho, żeby większego wstydu nie było. Po prostu cieszmy się z najnowszego Wiedźmina. Doceńmy klimatyczną muzykę, pięknie zbalansowane cyjanami zdjęcia oraz fotosy Ogrodzieńca wzbogaconego o nawiązujący do czasów rzymskich most, skaliste góry w tle i trzymające w napięciu starcie magów z siłami Nilfgaardu (druga bitwa o Wzgórze Sodden).

Świat fantasy bez polityki

Miłośnicy Gry o tron mogą być zawiedzeni. Wiedźmin od Netflixa postawił na akcję, magię i tajemnicę, a nie bezkresne rozgrywki polityczne i przydługie dialogi filozoficzne. W rzeczywistości fantasy magia nie może być widywana „przy okazji”, skoro więc środowisko Gry o tron uchodzi za fantastyczne, to świat Wiedźmina jest przemagiczniony, jak mógłby powiedzieć Terry Pratchett.

Advertisement

Co do wlokących się dialogów, to nawet w wielotomowej Pieśni lodu i ognia George R.R. Martin potrafił mnie nimi znużyć, a jestem zajawionym czytelnikiem wszelkich światów fantasy, bardzo odpornym na zbyt akcentowany realizm w literaturze. W stosunku do książek Sapkowskiego w serialu i tak mocno ograniczono działania magiczne, a także ilość potworów. Film nie mógł stać się przecież ruchomym bestiariuszem ani encyklopedią czarów. Zachowano jednak klimat tajemnicy, a wszelkie dworskie intrygi zredukowane są do potrzebnego dla akcji minimum.

Udało się więc zachować równowagę, co nie było proste, zważywszy na wielość źródłowych informacji. Nie obraziłbym się, gdyby o wiele dokładniej zaprezentowano historię relacji Cintry i Nilfgaardu, ale też nie przeszkadza mi takie, a nie inne, czyli szkicowe potraktowanie relacji między Geraltem, Calanthe oraz Pavettą, z której to zrodziła się Cirilla przeznaczona Białemu Wilkowi jako Dziecko Niespodzianka.

Advertisement
Geralt

Mówi niskim głosem, klnie, czasem warczy jak nieoswojone zwierzę, lecz poprawnie sklecić zdania umie. Ba, nawet udaje mu się czasem powiedzieć coś głębokiego, aczkolwiek lapidarnego. Świetnie walczy, nie udaje filozofa, a jego życie opiera się na doświadczeniu. Urzeka kobiety oschłością, skrywając pod twardą skorupą naturę prawdziwego bohatera. Gdybym nie miał dowodu w postaci pierwszego sezonu Wiedźmina, uznałbym, że Henry Cavill mocno minął się z prawdą, kiedy stwierdził, że „przygotowywał się do roli Geralta przez całe życie”.

Teraz już wiem, że to jego najlepsza dotychczasowa rola, wreszcie odcinająca tę wszechmocną pępowinę łączącą go z postacią Supermana. Cavill jest najjaśniejszym punktem w serialu. Swojego kunsztu aktorskiego nie pokazuje bynajmniej w walce z potworami, jak to wiedźmin, ale w relacji z dwoma postaciami – Jaskrem (Joey Batey) i Yennefer (Anya Chalotra). One go widzowi odkrywają i to dzięki nim można potraktować Białego Wilka nie jako bezmózgiego siepacza poczwar, a przyjaciela, którego cień gdzieś z boku dodaje odwagi i sprawia, że otaczający świat wydaje się jeszcze nie do końca pozbawiony zasad.

Advertisement

Tak właśnie, u Sapkowskiego Geralt jest z jednej strony buntownikiem, a z drugiej jegomościem bardziej zasadniczym niż konserwa gulaszu angielskiego z czasów PRL. Tej wizji nie zmarnowali twórcy serialu, a wręcz ją nietuzinkowo podkreślili.

Yennefer

Sporo się nasłuchałem o tym, jaka to najnowsza Yen będzie beznadziejna, bo za młoda, bo nie ma w niej krzty wyuzdania, bo nie przypomina tej z gry, i po wtóre, bo za młoda. Koronny argument bazujący na jej wieku (Anya Chalotra ma 23 lata) upadł już po drugim odcinku. Wtedy Yen była jeszcze na wpół dziką garbatą wieśniaczką. Jakby garb nie był wystarczającym stygmatem, dziewczyna miała również zniekształconą twarz. W takiej obskurnej powłoce potrafiła jednak zaskarbić sobie sympatię widzów. Mało tego, niezwykle celnie została dla niej zaplanowana jeszcze jedna odważna rola – pokazanie, że niepełnosprawni również mogą uprawiać seks i są w tym akcie podniecający.

Advertisement

Mam tu na myśli scenę erotyczną z Istreddem (Royce Pierreson). Chociaż akurat w tym przypadku Bronisław Wrocławski w tej roli okazał się o wiele bardziej charakterny, to sama scena zapada w pamięć, bo jest sugestywna i bezpretensjonalna. Garbata Yen ujeżdża młodego czarodzieja. Jej krzywa twarz pod wpływem podniecenia jeszcze bardziej się krzywi, a garb wraz z jej kształtnymi pośladkami falują rytmicznie, aż do finału.

Sporadycznie wydarzają się w historii kina takie dziwy. Filmowcy uważają, zresztą nie bezzasadnie, że zwykli ludzie, mimo że z reguły nie mają odwagi odbierać niepełnosprawnym pełni praw zwykłego, sprawnego biologicznie człowieka, wolą nie oglądać na ekranie, na czym polega intymność seksualna ludzi bez rąk czy nóg. To właśnie jeden z przejawów społecznej dwulicowości, podobna zresztą do rzezi karpia w imię radosnych i pełnych miłości bożonarodzeniowych ideałów, że tak wykorzystam jeszcze atmosferę końca grudnia w polskich domach. Tak więc Anya Chalotra wypadła ze wszech miar niesamowicie.

Advertisement

Prócz wzmocnienia aktorskiej pozycji Henry’ego Cavilla i stworzenia z nim zmysłowego duetu, potrafiła unieść w swojej postaci trudne brzemię – głos kobiecej wolności, lecz racjonalnie podchodzący do kobiecości w ogóle. Yen nie jest walczącą feministką. Ona chce wyłącznie racjonalnie umotywowanej równości, a to przecież nie oznacza, że nastąpi nagły i gwałtowny wzrost populacji lesbijek, a mężczyźni umrą. Taka seksualna fantastyka jedynie w TV Trwam i od jakiegoś czasu w TVP.

Gołe cycki i inne przekleństwa

Czas na zgrzyt zarówno w stosunku do literackiego pierwowzoru, jak i świata gry komputerowej. Wiedźmini słyną z przeklinania. Żeby jednak przeklinać w wiedźmińskim stylu, a więc w klasyczne, polskie bluzgi wplatać nieco swojskiego, wręcz ludowego zaśpiewu, trzeba dysponować nie lada inteligencją. Niestety, w netflixowej wizji niewiele z tej finezji w rzucaniu mięsem pozostało.

Advertisement

Albo więc twórcy nie za bardzo zrozumieli, na czym polega ten specyficzny dla Sapkowskiego sposób wypowiadania się, albo bali się, że część widzów po prostu nie wytrzyma tego bezpardonowego chędożenia języka. Ileż można przecież o tym ruchaniu rzyci słuchać? Milionom graczy jednak to nie przeszkadzało – zwłaszcza pierwsza część Wiedźmina obfitowała w takie smaczki. Brylowali przede wszystkim Geralt oraz Talar. Co do gołych cycków, każdy szanujący się świat fantasy musi w nie obfitować, bowiem magia zawsze dotyka pierwotnych korzeni rzeczywistości, a erotyka jest z nimi nierozerwalnie połączona.

Stwierdzenie to oczywiście nie dotyczy fantasy chrześcijańskiego, bo akurat Tolkien bał się nagości, zwłaszcza tej kobiecej, niemal jak Eskimos ciepłych krajów. Pod względem estetycznej jakości golizny Wiedźmin wygląda doskonale, chociaż nie odważnie. Sytuacja przedstawia się tu nieco lepiej niż z przekleństwami, ale czegoś jednak brakuje, jakiejś kropki nad i, atawistycznego wyuzdania, komplementarności w stosunku do odwagi, z jaką pokazane jest zabijanie. Pewnie zadecydował marketing oraz kategorie wiekowe. Netflix nie chciał nakręcić filmu tak naprawdę kontrowersyjnego, a wierna adaptacja prozy Sapkowskiego do tego by pewnie doprowadziła.

Advertisement
Cirilla

Freya Allan w roli Dziecka Niespodzianki jest chyba najbardziej słowiańskim ognikiem w całym serialu. Młodziutka, zagubiona blondynka o delikatnej, wręcz efemerycznej urodzie. Tak właśnie wyobrażałem sobie Ciri na początku jej magicznej drogi. Niekiedy jej naiwność wyraźnie razi. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że scenarzyści starali się w nieliniowo płynącej fabule jak najwierniej odtworzyć psychologiczny obraz Cirilli.

Nie możemy jako widzowie oczekiwać od dziecka, że zawsze będzie wygłaszało mądre, poparte doświadczeniem kwestie. Jeśli do jej postaci krytycy właśnie tak podeszli, mogli wyjść jedynie na bufonów.

Advertisement
Smok, który znowu nie wyszedł

Wszyscy miłośnicy tematyki fantasy zdają sobie sprawę, jak ważnymi postaciami w ukochanych przez nich uniwersach są smoki. Są jednymi z najstarszych i najbardziej umagicznionych stworzeń, a jednocześnie, w zależności od podejścia pisarzy, bywają mądrymi, lecz śmiercionośnymi wrogami. Zawsze niepodważalna jest natomiast ich historyczność oraz prastara wiedza, którą dysponują.

Niewątpliwym wyznacznikiem jakości filmów fantasy i punktem honoru ich twórców jest stworzenie takiego smoka, który będzie zapamiętany. Takowy stwór powinien mieć więc osobowość. Z pewnością to dmuchane, gumowe smoczysko z Wiedźmina Marka Brodzkiego osobowości nie miało, stąd to pełne napięcia oczekiwanie, czy aby smok od Netflixa nareszcie zmaże tę smoczą hańbę i fatum wiszące nad prozą Sapkowskiego. Nic bardziej mylnego, legendarny złoty smok z produkcji Lauren Schmidt utrzymał poziom, rzecz jasna ten niski.

Advertisement

Złoty smok ani nie jest Smaugiem z Hobbita Petera Jacksona, ani nie dorównuje smokom z Gry o tron. Został zrobiony wybitnie po kosztach, czego zresztą jego twórcy pewnie byli świadomi. Zastosowali więc pewne kamuflujące zabiegi. Złoty smok przede wszystkim niewiele się rusza, głównie stoi.

Nie jest pokazane, jak lata, a jego udział w walce z siepaczami jest symboliczny, chociaż według fabuły ma być zupełnie inaczej. Wiele do życzenia pozostawia również jakość zmontowania jego postaci z ludźmi, głównie z Wiedźminem i stojącą obok Yen. I chociaż jest smokiem lepszym niż ten polski z 2001 roku, to przecież minęło 18 lat. Oznacza to, że właściwie nie posunęliśmy się z jakością smoka do przodu. To bolesne, ale prawda niejednokrotnie taka bywa – o złotej jaszczurce od Netflixa wolę jak najszybciej zapomnieć.

Advertisement
Krasnoludy

Gdyby nie Tolkien, nigdy byśmy nie wykształcili takiego, a nie innego archetypu krasnoluda, który do dzisiaj obowiązuje w kulturze popularnej. Tym więc mocniej złapałem się za głowę, że w najnowszym Wiedźminie krasnoludami są ludzie cierpiący na achondroplazję – głównie, żeby być dokładnym. To pójście na skróty, realizacyjna taniość, jakich mało, oraz policzek dla wszystkich znawców fantasy.

Przypominam, że krasnoludy nigdy karłami nie były. Ta przedwieczna nordycka rasa dvergów nie jest jakąkolwiek patologiczną formą rasy ludzkiej. Pokazywanie ich za pomocą karlich aktorów nie jest w porządku ani wobec ludzi, ani wobec mitologii krasnoludzkiej.

Advertisement

Ideologia feministyczna

Jeśli w ogóle można stwierdzić, że ona wyszła, to jak najbardziej, tak. Jeśli w serialu są jakiekolwiek wtręty ideologiczne czy – jak wolą prawilni wyznawcy katonarodowego kibolstwa – niemoralnego lewactwa, są one wkomponowane w fabułę taktownie i płynnie. Trudno w opowieści fantasy nie poruszać idei wolności, obrony słabszych czy natury potworów, które niejednokrotnie są takimi jedynie z wyglądu. Problematyka równości płci także nie jest niczym nowym, przynajmniej w literackim świecie fantastyki. Świetnym przykładem dalekiej od łopatologii klasy w prezentacji liberalnych poglądów na rolę płci jest scena, w której Yennefer (Anya Chalotra) chowa na brzegu morza zamordowaną malutką córkę królowej Kalis z Lyrii (Isobel Raidler).

Yen mówi: „Żałuję, że nie pożyłaś, ale wiele nie tracisz. Co takiego jednak byś miała? Rodziców? To oni zgotowali ci ten koniec. Niewiele tracisz. Przyjaciół? Tylko w dobrych chwilach. Kochanków? Przez pewien czas są mili, ale w końcu rozczarowują. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jesteś dziewczyną. Twoja matka w jednym miała rację. Jesteśmy tylko naczyniami, nawet jeśli mówią nam, że jesteśmy wyjątkowe. Tak jak mnie i tobie. Pozostajemy tylko naczyniami. Czerpią z nas, póki mogą. Zostajemy potem puste i same. Masz szczęście. Wygrałaś, nawet o tym nie wiedząc”. Dawno nie słyszałem we współczesnym filmie fantastycznym tak zdystansowanego, zimnego, a jednocześnie poruszającego opisu panującej na całej ziemi od setek lat nierówności płciowej. I nieprawda, to nie jest żadna ideologia feministyczna. To mówienie o elementarnych prawach człowieka, nad które ciągle przedkładany jest zabobon, konwenans i bogobojna tradycja.

Advertisement
Aretuza, czyli garbata siostra Hogwartu

O ile Yennefer udało się naprawić ciało dzięki magicznym zabiegom, tak Aretuza w świecie magów niestety została prowincjonalną szkółką zakonną. Tak przynajmniej się wydaje, jeśli oceniać stronę wizualną najbardziej znanych szkół czarodziejów w kinowych światach fantasy. Aretuza wygląda biednie zarówno w środku, jak i na zewnątrz.

Razi powtarzanie za każdym wejściem wciąż tych samych ujęć – panoramowanie z boku na wieżę i wzburzone morze, przelot drona od góry oraz ujęcie z żabiej perspektywy całego, rozświetlonego budynku. Wieńczący szkolenie magów bal z udziałem władców, do których poszczególne czarodziejki udadzą się na służbę, przypomina kończące się nudne wesele. Większość gości już gdzieś się ulotniła albo padła pod stołami. W kadrze pozostało co najwyżej kilkanaście osób jednocześnie. Zdjęcia są pozbawione wyrazu, wręcz ascetyczne pod względem scenografii oraz, co najważniejsze, nie ma w nich magii. Podobne przyjęcia na przykład z Harry’ego Pottera aż kipiały szczegółami, które swoim przepychem podkreślały wagę fabuły.

Advertisement

A w Wiedźminie jest lokalnie, niekiedy tak bardzo, jak w strażackiej remizie, tyle że w dużej wsi. Zarzut ten dotyczy nie tylko balu magów, ale i prezentacji wszystkich większych uroczystości w serialu (np. przyjęcie wraz z prezentacją kandydatów na mężów dla Pavetty). Pod tym względem ewidentnie zabrakło wystarczających środków finansowych. Mając w pamięci projekty lokacji z Gry o tron, Wiedźmin pachnie taniością. To taki odchodzący w przeszłość styl romański w porównaniu z panoszącym się w kinematografii gotykiem.

Dobry duch opowieści, Jaskier

Nie licząc krągłych piersi Grażyny Wolszczak, Zbigniew Zamachowski był jednym z niewielu pozytywnych wspomnień, jakie pozostały mi z polskiego Wiedźmina, rzecz jasna tego z 2001 roku. Jego gościnny udział w Pół wieku poezji później również ciepło wspominam, mimo zbyt szybkiej śmierci. Tym bardziej czekałem na Jaskra od Netflixa. Spodziewałem się i potrzebowałem w tym uniwersum dowcipnego uzupełnienia tła wszystkich tych dramatycznych wydarzeń. Kogoś jakby melodyjnego narratora z przymrużeniem oka traktującego rzeczywistość. Geralt i Jaskier są jak Shrek i Osioł.

Advertisement

Uzupełniają się. Równoważą dramaturgię chwili w całym serialu. Jaskier nie pozwala Białemu Wilkowi popaść w zbytni patos, a z kolei Biały Wilk cały czas sprowadza Jaskra na ziemię z jego nazbyt romantycznego i bawidamkowatego stosunku do damsko-męskich relacji.

Polski ból rzyci

Wiedźmin nie jest adaptacją prozy Sapkowskiego – jest tylko na niej oparty (based on). Scenarzyści serialu, mając do dyspozycji obszerny materiał powieściowy, wykazali się ogromną pomysłowością, nieliniowo konstruując fabułę. Nieważne, czy się zna historię Wiedźmina, czy nie, i tak przez kilka pierwszych odcinków trzeba się skupić na równolegle biegnących wątkach, żeby z niemałą satysfakcją i zadowoleniem odkryć, że na końcu wszelkie niejasności zostają rozwiane, a fabuła na powrót staje się intuicyjnie jednolita, przynajmniej o wiele bardziej niż na początku.

Advertisement

Wypada jednak Wiedźmina oglądać z uwagą, a nie w tym czasie obiad gotować. Niektórzy jednak zawsze będą narzekać – bo zbyt zamotane, bo nie zgadza się z powieściami i opowiadaniami, bo postaci nie takie jak w głowach czytelników i tak dalej, i tak dalej. Czasem mam wrażenie, że widzowie nie rozumieją niczego poza swoimi oczekiwaniami. To nasz polski wieczny ból rzyci po brutalnym samowychędożeniu.

Rozniósł się nawet za granicę i dopadł zwłaszcza środowisko krytyków. Dobrze się jednak stało, ponieważ obnażył ich dyletanctwo. Jak można napisać negatywną recenzję serialu, zwłaszcza z bardzo dobitnie sformułowanymi sądami, oglądając jeden czy dwa odcinki albo przeskakując od pierwszego od razu do piątego (Kristen Baldwin i Darren Franich)? Jak można porównywać uniwersum Sapkowskiego do uniwersum Tolkiena albo Gry o tron (Lucy Morgan), używając tamtych jako weryfikującej racji dla przeciwnych Wiedźminowi tez? Mało tego, buńczuczni krytycy zrobili to zapewne bez znajomości prozy Sapkowskiego i bez krzty sentymentu do zasad panujących w świecie fantasy.

Advertisement

Zresztą naiwnie się do tego przyznali. Mam wrażenie, że w ich świecie zaczął obowiązywać jakiś dziwny mit Gry o tron. Tym razem ten symboliczny polski wieczny ból rzyci opuścił nasze granice i przeniósł się do zachodniego, podobno tak wykształconego i cywilizowanego świata – kolejna bajka. Po metodologii stosowanej przez zagranicznych recenzentów widać jedynie, na czym nie powinno nigdy polegać recenzowanie jakiegokolwiek filmu.

Mam zatem nadzieję, że w miarę dokładnie opisałem powyżej, dlaczego tak niecierpliwie czekam na drugi sezon przygód Białego Wilka.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *