Wywiad

MOJA PODRÓŻ TRWA. Wywiad z Maciejem Pieprzycą

Autor: Norbert Frątczak
opublikowano

Nie interesują go jednowymiarowe postaci i czarno-białe scenariusze, szuka różnych perspektyw, nie lubi, by szufladkować go jako „śląskiego” reżysera. Rozmawiamy z Maciejem Pieprzycą, jednym z najzdolniejszych obecnie polskich reżyserów i twórcą nowego serialu produkcji Canal+, Kruk. Szepty słychać po zmroku, którego premierowy odcinek startuje 18 marca.

Interesuje się pan piłką nożną?

Kiedyś bardzo się interesowałem, a dziś już znacznie mniej. Myślę, że to brak czasu wyeliminował moje zainteresowanie piłką. Ale mistrzostwa świata nadal chętnie oglądam.

Kibicował pan jakiejś konkretnej drużynie?

W młodości byłem kibicem GKS Tychy, bo w Tychach się wychowałem. Kiedyś ta drużyna grała w pierwszej lidze, raz nawet była wicemistrzem Polski. Dziś gra już chyba w trzeciej albo nawet i dalej.

Pytam o to, bo bohaterowie pańskich śląskich filmów, jak Robert z Drzazg czy Wiesław Kalicki z Jestem mordercą, zawsze kibicują Górnikowi Zabrze. Zastanawiałem się, na ile jest to tworzenie śląskiego klimatu, a na ile to pańskie osobiste sympatie.

(śmiech) W Jestem mordercą było to podyktowane historią, na której film się opierał. Wiesław Kalicki, którego pierwowzorem był Zdzisław Marchwicki, był właśnie kibicem Górnika Zabrze. Z Drzazgami było podobnie – akcja filmu rozgrywała się na Śląsku, a wtedy najbardziej znanym śląskim klubem był Górnik. Poza tym, jak się robi film, którego akcja toczy się w pewnym regionie, ale chce się z nim wyjść na cały kraj, to trzeba myśleć o elementach, które kojarzone są w całej Polsce. Gdyby Robert był kibicem Szombierek Bytom, nie byłoby to zbyt spektakularne. Ten wybór zdeterminowała też fabuła – w scenariuszu chodziło o konkretny mecz dwóch antagonistycznych drużyn – Legii Warszawa i Górnika Zabrze.

Kadr z filmu Jestem mordercą

W ogóle motyw Śląska pojawia się w wyraźnej większości pańskich produkcji. Jeszcze w czasach studenckich nakręcił pan tu swoją etiudę Inna, później swój dyplomowy dokument Przez nokaut o znakomitym polskim bokserze Leszku Błażyńskim, który w 1992 roku popełnił samobójstwo, osierocając dwóch dorastających synów, a także debiutancki film fabularny Drzazgi, ukazujący kilka dni z życia trzech bohaterów z kompletnie różnych światów. Jedyne, co ich łączy, to właśnie życie na Śląsku. Jaki to potencjał filmowy dostrzegł pan przed laty w tym miejscu?

Wie pan, to, czy film się uda czy nie, zależy od bardzo wielu czynników. To niezwykle złożona i trudna praca i czymś normalnym jest, że reżyser próbuje sobie tę pracę ułatwić. Jednym ze sposobów jest kręcenie w miejscach, które się zna i w których się dobrze czuje. A jak reżyser jest do tego autorem scenariusza, to stara się też opowiadać o rzeczach, które zna lepiej niż inni. Tak też było ze mną. Śląsk znam, więc moją przygodę z filmami zacząłem właśnie od tego regionu. Podejrzewam, że jakbym był z Gdańska, to pierwsze filmy kręciłbym w Gdańsku.

A wie pan, że przez wielu krytyków filmowych określany jest jako „śląski reżyser”?

Nie lubię tego określenia. Ono mocno zawęża to, co robię. W swoim dorobku mam bardzo różne filmy, o różnej tematyce. Niektóre powstały na Śląsku, niektóre nie. Barbórka czy Jestem mordercą to były historie mocno osadzone na Śląsku, ale nie można tego powiedzieć o moim pierwszym filmie Inferno czy o Chce się żyć, które ze Śląskiem ma tyle wspólnego, co z każdym innym regionem Polski. To historie bardzo uniwersalne. Więc nie uważam się za śląskiego reżysera i nie wiem, kogo można by takim nazwać. Chyba tylko Kazimierza Kutza.

Urodził się pan i wychował na Śląsku. Kończył pan tam też studia. Czuję się pan związany z tym miejscem?

Oczywiście. I choć od wielu lat mieszkam w Warszawie, to lubię wracać na Śląsk. Tam mam rodzinę, przyjaciół. Wykładam też w szkole filmowej w Katowicach, więc siłą rzeczy często tam bywam.

Kadr z filmu Drzazgi

Ze Śląskiem ściśle związana jest także historia Zdzisława Marchwickiego, znanego jako Wampir z Zagłębia. Został on oskarżony i skazany na śmierć za to, że na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku zamordował w tych okolicach 14 kobiet, w tym bratanicę późniejszego I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Jednak jego wina nie jest do końca jasna. W 1998 zrobił pan o nim dokument. Kilka lat później poświęcił pan mu trzy odcinki tzw. tryptyku śląskiego, a w 2016 nakręcił pan też film Jestem mordercą, inspirowany tą historią. Dlaczego Marchwicki tak pana interesuje?

Ta historia jest ciekawa po wieloma względami. Z Wampirem z Zagłębia zetknąłem się jako dziecko. Mieszkałem przecież na Śląsku, więc nie było innego wyjścia. Pamiętam, że jeszcze na początku lat 70. Zdzisławem Marchwickim straszono dzieci. Miałem zaledwie kilka lat, ale pamiętam, jaka zapanowała w regionie ulga, kiedy podano do wiadomości, że sławny Wampir został złapany. Wszyscy na Śląsku i w Zagłębiu, poza tymi, którzy prowadzili tę sprawę, nie mieli wątpliwości, że złapano, osadzono i w końcu stracono winnego tych morderstw. Tak było właściwie aż do połowy lat 90. kiedy to po 25 latach pobytu w więzieniu wyszedł na wolność Henryk Marchwicki, przyrodni brat Zdzisława, skazany za to, że rzekomo pomagał bratu. Henryk przykuł się do balustrady Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, chciał w ten spektakularny sposób zwrócić uwagę na siebie, na tę sprawę. Mówił, że on i jego brat Zdzisław byli niewinni. Poznałem go i jego wersję wydarzeń. Z początku nie do końca mu wierzyłem, ale trafiłem do oficerów, którzy prowadzili tę sprawę, do prokuratora Leszka Polańskiego, który prowadził śledztwo, ale odmówił oskarżania Zdzisława Marchwickiego przed sądem, gdyż miał wątpliwości, czy jest on winny. Z tych moich poszukiwań prawdy powstał dokument, który zatytułowałem Jestem mordercą….

Mimo to czułem, że film dokumentalny to za mało. Dlatego po latach zrobiłem film fabularny, który opowiada tę historię z trochę innej perspektywy.

A teraz – czuje pan, że wyczerpał już temat Wampira z Zagłębia, czy planuje pan jeszcze do niego wrócić?

W sensie filmowym na pewno wyczerpałem.

Ostatnio dodane