Publicystyka filmowa
Filmy CHRZEŚCIJAŃSKIE LEPSZE od NIEDZIELNEJ MSZY
Odkryj FILMY CHRZEŚCIJAŃSKIE LEPSZE od NIEDZIELNEJ MSZY, które inspirują, poruszają i niosą głębokie przesłania moralne.
Z punktu widzenia chrześcijanina nie ma nic ważniejszego od niedzielnej mszy. Bo nie ma nic ważniejszego od spotkania z Bogiem. I rzecz jasna, nie moja w tym rola, by zachęcać kogokolwiek do zmiany swego stanowiska. Jeśli jednak jesteście podobni do mnie i wiecie, że oglądanie filmu może też pełnić funkcję modlitwy, zapraszam was do seansu tych kilku wyjątkowych, niejako natchnionych obrazów. Krzewią one wartości religijne i moralne, pobudzając do myślenia, także tego krytycznego. Co ważne, robiąc to mądrze, z wyczuciem, ale i z odpowiednim ciężarem – emocjonalnym i narracyjnym. Kilka z nich trafiło nawet na watykańską listę najbardziej wartościowych filmów fabularnych.
Misja
Mógłbym napisać, że jest to skończone arcydzieło kina chrześcijańskiego i trudno by z tym było polemizować. Mógłbym też napisać, że jest to film, bez którego ta lista byłaby niepełna, dlatego wypadało właśnie od niego zacząć wyliczankę. Z tym pewnie także byście się zgodzili. Najważniejsze jest jednak rozumieć, na czym polega wyjątkowość tego dzieła w kontekście chrześcijańskich przesłań.
Misja opowiada bowiem o akcie pokuty, idącej za tym niezwykłej przemianie oraz przede wszystkim o wierności chrześcijańskim zasadom. Wszystko przy udziale egzotycznego anturażu, cudownej muzyki Ennio Morricone oraz wybitnego aktorstwa. Żałujący swych grzechów były łowca niewolników stara się za wszelką cenę wynagrodzić tubylcom wyrządzone krzywdy. Zadośćuczynienie zostaje docenione, przez co bohater sam wstępuje w szeregi jezuitów. Od teraz gotów będzie oddać życie za Indian, oddać życie w imię słusznej sprawy. Idąc w ten sposób śladem pewnego Żyda, który za określanie się mianem mesjasza został ukrzyżowany na Golgocie.
Nie mam wątpliwości, że Misja to lektura obowiązkowa każdego szanującego się chrześcijanina, wyrywająca ze strefy komfortu, zadająca sporo bólu, ale trafiająca do serca swymi prawdami niezwykle skutecznie.
Egzorcysta
Trudno jest mówić o słynnym filmie Williama Friedkina jako o typowym filmie chrześcijańskim. Niejednemu z was zapewne to dzieło nie będzie pasować do tej listy, jako że reprezentuje gatunek horroru, który, co do zasady, ma wydobywać z nas strach. A strach, jak wiadomo, jest domeną nie Boga, ale szatana. Nie zapominajmy jednak, kto jest głównym bohaterem tej historii oraz na czym polega jego zadanie. Max von Sydow, niegdysiejszy odtwórca roli Jezusa w Opowieści wszech czasów, tym razem przybiera kostium jego wiernego sługi, ojca Merrina. Zostaje on skonfrontowany z najwyższym złem, ukrywającym się w ciele dwunastoletniej dziewczyny.
Egzorcysta spełnia funkcję filmu chrześcijańskiego z dwóch powodów. Po pierwsze, wykazuje, że są takie dziwy na naszym ziemskim padole, które filozofom się nie śniły, a których neutralizacja nie jest możliwa przy udziale naukowych metod. Innymi słowy, tam, gdzie lekarz niedomaga, tam potrzebny jest już ksiądz. Po drugie i najważniejsze, Egzorcysta w sposób mocno sugestywny raz jeszcze daje do zrozumienia, że zło istnieje, zło czuwa i zło będzie miało się bardzo dobrze, jeśli tylko twoje serce otworzy się na jego działanie. Może i dla higieny psychiki chrześcijański widz winien unikać zagłębiania się w lęku, ale jestem zdania, że wypada także nauczyć się z nim obyć. Pozwolić mu wejść, wyciągnąć wnioski z jego obecności, po czym z bożą siłą wskazać mu drzwi wyjściowe.
Goście Wieczerzy Pańskiej
Szwedzki twórca nieraz pokazał, jak istotna jest dla niego etyka chrześcijańska, którą lubił traktować jako punkt wyjścia dla podejmowanej problematyki. Jak żaden inny europejski reżyser, potrafił sięgnąć po ostateczne, najtrudniejsze pytania, czyniąc to jednocześnie niezwykle skromnie, cicho, z dużą dozą wyczucia wobec uczuć swego widza. W jego Gościach Wieczerzy Pańskiej poznajemy pastora, który przeżywa kryzys wiary. Uczucie jakże dobrze znane bogobojnym chrześcijanom, jednocześnie bardzo skutecznie przez nich wypierane. Znamienna jest w filmie scena, w której pastor rozkłada ręce, nie potrafiąc pomóc targanemu depresją mężczyźnie.
Wie bowiem, że nie stanowi najlepszego wzoru do naśladowania, przez co nie chce tworzyć przed rozmówcą swojego fałszywego portretu. Doprowadza to, rzecz jasna, do tragedii, która wiedzie bohatera do ponownego zagłębienia się w pustce, jaką odczuwa. Moją uwagę zwróciło, że główny bohater przez cały czas trwania filmu jest przeziębiony. Jak to u Bergmana bywa, ma to oczywiście swoje ukryte znaczenie – podkreśla, że istota kryzysu protagonisty polega na zrozumieniu swej kruchości, śmiertelności, ale też samotności względem milczącego Boga. Na osobne brawa zasługuje świetna rola Gunnara Björnstranda.
Milczenie
Skoro już o milczeniu Boga wspominam, na liście nie mogło zabraknąć filmu, który podjął owo milczenie jako temat wiodący. Martin Scorsese to reżyser, któremu tematyka religijna jest wyjątkowo bliska. Jako wychowanek włoskiej, katolickiej rodziny, w wywiadach nieraz wskazywał, że jeśli nie zostałby reżyserem, z pewnością zostałby księdzem.
Filmów typowo religijnych ma on w swoim repertuarze kilka, a ich najjaśniejszym, wybitnym przykładem jest Milczenie z 2016. Scenariusz na podstawie powieści Shūsaku Endō przenosi nas do siedemnastowiecznej Japonii, do której dociera dwójka jezuickich księży przybyłych z Portugalii. Ich misją jest głoszenie Słowa Bożego oraz odnalezienie swego zaginionego mentora. Istnieje bowiem podejrzenie, że ten najprawdopodobniej odwrócił się od Boga. Na skutek prześladowań i przemocy, jakich doświadczają bohaterowie, ich zadaniem jest nie tylko przetrwanie na obcej ziemi, ale także utrzymanie swojej wiary.
Milczenie podważa dogmaty, redefiniuje prawdę. Wkłada szpilkę tam, gdzie może najbardziej zaboleć wierzącego. Ale jest to zarazem ból twórczy, oczyszczający, otwierający oczy na wiele trudno dostrzegalnych kwestii, z których najważniejsza to ta pouczająca nas, że bez względu na nasze kulturowe położenie zawsze oświetla nas żar tego samego słońca, różnie zresztą nazwany.
Apostoł
Wbrew temu, co może sugerować tytuł, w filmie Roberta Duvalla z 1997 nie przenosimy się do czasów biblijnych, nie poznajmy jednego z dwunastu uczniów Chrystusa. Poznamy jednak pewnego współczesnego, amerykańskiego pastora, który ma w sobie nie mniej pobożności. Szkopuł w tym, że pozostaje także blisko grzechu. Będąc zazdrosnym o swoją romansującą żonę, w afekcie „uszkadza” jej kochanka, przez co zmuszony jest uciec do innego stanu. Tam ponownie odnajduje się w służbie bożej, podbijając serca wierzących swą niebywałą charyzmą. Robert Duvall sprawdza się tutaj w kinie w pełni autorskim, gdyż reżyseruje własny scenariusz, grając jednocześnie główną rolę.
Mam wrażenie, że to ostatnie wychodzi mu najlepiej – jego pastor Sonny to krzepki, pewny siebie gość, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i stoi wytrwale na straży Słowa Bożego. Znamienne jest jednak, że zatrzymana na planie amerykańskim kamera, pozwala widzowi do nabrania do przedstawionych wydarzeń odpowiedniego dystansu. Jakby aktor i reżyser w jednej osobie miał naturalne wątpliwości względem tego, o czym i jak opowiada, zachęcając widza do samodzielnego postawienia wniosków. Najlepsza scena? Ta, w której główny bohater pomaga w nawróceniu, stając w obronie świątyni, którą pewien napastnik chce zniszczyć. Czasem to właśnie najbardziej gniewny z chrześcijan najlepiej zrozumie istotę gniewu drugiego człowieka.
Ben Hur
Na cześć tego filmu mógłbym pisać niekończące się peany. Bo powiedzieć, że jest arcydziełem, to powiedzieć za mało. Wielu pisząc o jego znaczeniu dla kinematografii, zapomina o wyjątkowym sposobie krzewienia chrześcijańskiego przesłania. Wszystkie elementy formalne filmu wpływające na jego widowiskowość nadały mu odpowiednią spektakularność. Ale Wylerowski Ben Hur ma w sobie też dużo ludzkiej skromności i obrazowego minimalizmu. Kryją się one w temacie nawrócenia, kiełkującego w bohaterze stopniowo, najpierw za sprawą rozczarowania i bólu zadanego mu przez elity, później za sprawą kontaktu z człowiekiem imieniem Jezus.
Jego nauki wywierają na bohaterze ogromny wpływ, nakłaniając zarazem do zmiany myślenia o wszystkim, czego dotychczas doświadczył. Niesamowite jest móc wyobrazić sobie, o ile czystsza, o ile bardziej prawdziwa musiała być ówczesna wiara, docierająca do słuchacza bezpośrednio od źródła, a nie poprzez powszechnie funkcjonującą interpretację, uskutecznianą od tysiącleci przez instytucję kościelną. I za tę możliwość poczucia na własnej skórze obecności Jezusa oraz zrozumienia, że nie ma takich kolei losu, których nie dałoby się przetrwać – dozgonne dzięki Wylerowi.
Rydwany ognia
Po obejrzeniu Rydwanów ognia nie tyle zachciało mi się modlić, ile biegać. Bohaterami oscarowego filmu Hugh Hudsona są bowiem zapaleni biegacze, których marzeniem jest wygrana na igrzyskach olimpijskich. Różni ich jednak motywacja. Jeden chce wygrać dla samego zwycięstwa, ponieważ widzi w tym jedyny sens podejmowania wysiłku. Drugi jednak robi to, ponieważ głęboko wierzy, że to właśnie przeznaczył mu Bóg.
Biega zatem bardziej ku Jego chwale niż dla spełnienia osobistych ambicji. Bardzo podoba mi się, że reżyser nie polaryzuje postaw w taki sposób, by jedną z nich uwznioślić, a drugą potępić. Ci dwaj bohaterowie odzwierciedlają różne żywoty, różne motywacje i sposoby odnajdywania sensu obecne w ludziach. Problem w tym, że jeśli będziemy za bardzo skoncentrowani na celu samym w sobie, ewentualna porażka może nas pogrążyć. Jeśli jednak robimy coś dlatego, że możemy to robić i sprawia to nam radość, a nasza postawa wypełniona jest w dodatku pokorą, wówczas sukces przychodzi mimochodem. Ot, cała tajemnica. Niby to prawda prosta jak pstryknięcie palców, ale niebywale trudna do wdrożenia, z uwagi na ryzyko wchłonięcia przez permanentny wir rywalizacji.
