nowości kinowe

WOŁYŃ – opinie redakcji

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Redakcja film.org.pl wybrała się do kina na Wołyń. Oto nasze oceny filmu Wojciecha Smarzowskiego

Rafał Oświeciński

Powiedzieć, że wstrząsnął – to za mało.

WOŁYŃ powoduje, że łzy same cisną się do oczu. Brzmi to tandetnie, pretensjonalnie, ale walę to, to się tak rzadko zdarza, że na chwilę słabości warto sobie pozwolić. Ta historia mnie zniszczyła całkowicie, sponiewierała, a tego typu filmowe emocje towarzyszyły mi raptem kilka razy w życiu. Pamiętam wstrząs po seansie Funny games Haneke, pamiętam milczenie po Przełamując fale. Film Smarzowskiego to właśnie taka kategoria wagowa – uderzenie prosto w trzewia i trwanie w skuleniu przez kilka godzin (i pewnie dni). Trudno ukrywać, że chodzi między innymi o werystyczne ukazanie przemocy (czegoś tak dosadnego nie było jeszcze w polskim kinie), ale również mocno uderza sprawiedliwe (i brutalne) rozłożenie akcentów, które dobro i zło rozdziela w poprzek narodowości i religii. To film skąpany w szarościach, unikający tanich oskarżeń i łopatologicznego pokazywania kawałka smutnej historii. Co więcej, sprzyja mu intymna, wąska, choć jednocześnie złożona perspektywa unikająca szerokich planów historycznych i politycznych. To jest największa wartość Wołynia, tu jest wygrana Smarzowskiego i największy ból (?) związany z prostą konstatacją, jak dobrze mamy dzisiaj, teraz, tutaj. Banalne, ale dobijające. Trudno tutaj wskazywać najlepsze sceny, ale ogromne wrażenie zrobiła na mnie początkowa, 20-minutowa sekwencja przywołująca tradycję obrzędu zaślubin i wesela. Coś pięknego, wartościowego, niepowtarzalnego.

Kilka dni po seansie cały czas myślę o tym filmie, cały się wewnątrz kotłuję przywołując pojedyncze sceny, szczególnie kilka momentów, kiedy zaciskałem powieki. I przy okazji zachodzę w głowę, co zobaczą, co poczują i co zrozumieją gówniarze w koszulkach z husarią, smutni nacjonaliści brzydko łypiący na inność i uczący się historii ze zdań prosto złożonych starszego kolegi sympatyzującego z wiadomym obozem? Pytania o tyle zasadne, bo Wołyń domaga się rozumienia historii, umiejętności niuansowania problemów i wreszcie empatii – wtedy zadziała tak, jak pewnie życzyłby sobie tego Smarzowski.

10/10

Jakub Piwoński

ten

Nie podobała mi się fabuła, gdyż według mnie, była pretekstowa. Nie podobał mi się montaż, który będąc zbyt „szybkim”, zdradził, iż materiału było za dużo i należało się z nim jakoś uporać. Widziałem także lepiej zagrane filmy, lepiej rozpisane postacie, szczególnie u Smarzowskiego. Trochę brakowało mi muzyki – momenty w których się pojawiała przyjmowałem z entuzjazmem, gdyż w końcu przełamywała tą dojmującą głuszę. Na plus tylko zdjęcia, do których nie mam większych uwag, były po prostu piękne… Cóż jednak z tego i cóż z tamtego, jeśli po dobie od seansu nie mogę przestać myśleć o tym co zobaczyłem. W tym największa siła Wołynia – jego szczerość zakorzenia się w widzu głęboko i zostaje z nim na długo. Film zdaje się trafiać w dziesiątkę na tablicy potrzeb nieuświadomionego historycznie odbiorcy – łaknęliśmy tej prawdy, więc w końcu ją otrzymaliśmy. Bolało? A czego spodziewaliście się po filmie, traktującym o wydarzeniu przez historię kojarzonego z „rzezią”? Nie dało się tego zrobić przez chusteczkę i chwała Smarzowskiemu, że pozostał w sposobie przekazywanie treści, także w tym wypadku, tak boleśnie prawdziwy.

7/10

Dawid Myśliwiec

wolyn

Fragment recenzji:

(…) Wołyń to zdecydowanie film, który należy oglądać z pełną świadomością ewentualnych konsekwencji emocjonalnych. Być może między innymi dzięki Tobie, Drogi Czytelniku, udało się stworzyć film, który odziera niechlubny rozdział historii związków polsko-ukraińskich z resztek tajemnicy i społecznej niewiedzy. Choć Smarzowski jest utalentowanym reżyserem i artystą o indywidualnym stylu, funkcja dydaktyczna Wołynia jest nader widoczna, a nawet – wielce pożądana. Nie jest to jednak dydaktyzm spod znaku starych mistrzów, wygładzony i sprofilowany tak, by zastępy uczniów gimnazjów i liceów zapełniały sale kinowe. Wołyń nie zbuduje frekwencji na szkołach. To temat zbyt trudny i kontrowersyjny, a w filmie zbyt drastycznie pokazany, by mogły oglądać go niedojrzałe umysły. (…) Niewiele jest bowiem dzieł filmowych, które mógłbym komukolwiek odradzić ze względu na to, że są zbyt dobre. Tak jest jednak z obrazem Smarzowskiego. Jego interpretacja wydarzeń, które do dziś wstrząsają historykami, jest tak dosadna i sugestywna, że oglądanie Wołynia może zaszkodzić co wrażliwszym widzom. Nie chodzi o epatowanie przemocą i wyjątkowo intensywne sceny ludobójstwa, choć tego u Smarzowskiego nie brakuje. Idzie tu raczej o przerażającą konstatację, że to ludzie ludziom zgotowali ten los. (…)”

8/10

Maciej Niedźwiedzki

Wołyń nie jest najlepszym filmem Wojciecha Smarzowskiego (Wesele to raczej niedościgłe arcydzieło). Jest natomiast takim kinem jakiego oczekuję od tego reżysera. Bezkompromisowym, magnetycznym, mocnym i hipnotyzującym. Nie mam wątpliwości, że to obecnie najlepszy polski twórca. Mimo dwóch bolesnych wpadek w postaci fatalnej Drogówki i jeszcze gorszego Pod mocnym aniołem. 

Najnowsza produkcja Smarzowskiego autentycznie boli, wchodzi pod skórę i parzy. Reżyser w rewelacyjny sposób buduje napięcie, zwleka z podpaleniem lontu. Gdy jednak rozpoczyna się rzeź to dostarcza obrazów jakich polskie kino chyba nigdy wcześniej nie widziało. Wołyń najbardziej przejmuje nie w momentach zbrodni pokazywanych bezpośrednio, ale wtedy gdy podbudowuje je wywrotową symboliką. Tak skonstruowane są dwie alegoryczne sceny. Obcinanie warkocza na progu domu nowożeńców i późniejsze ścinanie siekierą głowy w tym samym miejscu. Weselna zabawa rzucania płonącej belki skonfrontowana jest z podawaniem sobie chłopca zawiniętego w podpaloną słomę. Weselne rytuały przemieniają się w ceremonialną zbrodnię. W tych sekwencjach Wołyń osiąga mistrzowski poziom.

Film Smarzowskiego to panoramiczne spojrzenie na lokalne piekło. Jest w tym filmie sporo wątków, epizodów i dygresji. Trudno mi dalej zdecydować na ile to był słuszny pod względem artystycznym zabieg. Z jednej strony dostarcza spektrum postaw i perspektyw, z drugiej nie pozwala mi się w pełni zaangażować w losy kogokolwiek. Wołyń oglądałem oczywiście z przerażeniem i fascynacją, ale też chłodem zdystansowanego obserwatora.

Historycznie i ideologicznie Smarzowski nie forsuje żadnej z koncepcji. W jego ujęciu wszyscy dostają za swoje: Rosjanie, Niemcy, Polacy, Ukraińcy, kościół prawosławny i kościół katolicki. W każdym z nas jest barbarzyńca. Szukamy tylko pretekstu, by go z siebie uwolnić.

8/10

Ostatnio dodane