Autor: REDAKCJA
opublikowano

Przed MROCZNĄ PHOENIX. Oceniamy filmy o X-MEN

Już jutro do polskich kin zawita X-Men: Mroczna Phoenix – biorąc pod uwagę niepewny los Nowych mutantów, prawdopodobnie ostatnia odsłona filmowego świata X-Men w wykonaniu 20th Century Fox. Kolejne filmy o mutantach Marvela powstaną już pod zarządem Disneya. Swoje opinie na temat wszystkich jedenastu produkcji wyraża poniżej dwóch naszych redaktorów:

Filip Pęziński: Poziom marki rozpoczętej dziewiętnaście lat temu przez dziś okrytego niesławą Bryana Singera bywał różny, ale mam do tych filmów ogromny sentyment i nawet najgorsze odsłony darzę niemałą sympatią. W końcu to pierwsze dzielone uniwersum w krótkiej historii kina superbohaterskiego.

Łukasz Budnik: Markę X-Men poznałem głównie dzięki nadawanemu na Fox Kids (a później Jetix) serialowi animowanemu z lat 90. Możliwość zobaczenia znanych z ekranu telewizora postaci w wydaniu aktorskim była bardzo ekscytująca i na dobre ugruntowała moją sympatię do tego małego uniwersum.

X-Men

X-Men (2000)

Łukasz Budnik: Patrząc z perspektywy współczesnego widza, pierwszą część serii można opisać właściwie jako film kameralny, bardziej przypominający pilot serialu niż blockbuster, choć nie jest to wada. Dzisiejsze kino superbohaterskie przyzwyczaiło nas do akcji na ogromną skalę, nierzadko o globalnym zasięgu, tymczasem X-Men to produkcja skromna, skupiona w dużej mierze na postaciach i intrydze, a mniej na efektach specjalnych. Ogromną siłą filmu Singera jest znakomity casting – moje wątpliwości budzi od zawsze jedynie Anna Paquin jako Rogue, ale cała reszta idealnie wpasowała się w swoje role, a niektórzy na tyle dobrze, że wcielali się w nie jeszcze przez kolejnych kilkanaście lat. Bardzo lubię wracać do tej produkcji.

Filip Pęziński: Określenie X-Men mianem pilota serialu jest bardzo trafne, ale również nie uważam tego za wadę. Film Singera w końcu przecierał szlaki (to pierwszy nowoczesny blockbuster superbohaterski!) i nie dziwi jego względna kameralność. Udało się na szczęście doskonale przenieść na ekran komiksowy pierwowzór. Nie tylko w tym zasługa znakomicie dobranej obsady (Patrick Stewart! Ian McKellen!), ale przede wszystkim wyczucia Singera, który słusznie postawił na lekki, nienachalny, ale wyraźnie widoczny futurystyczny klimat oraz mocny akcent polityczny. Bardzo dobry blockbuster. Prosty, ale z klasą. Wróciłem do niego ledwo kilka tygodni temu i wciąż nie potrafię się do niczego przyczepić.


X-Men 2

X2 (2003)

Filip Pęziński: Jest to jedna z tych kontynuacji, przy których opisie warto użyć analogii do Gwiezdnych wojen z 1977 i Imperium kontratakuje. Również tu część pierwsza, jakkolwiek udana, rysuje się jako zaledwie przystawka przed daniem głównym. X-Men 2 to film o wiele bardziej przemyślany, lepiej napisany i o wiele większym rozmachu realizacyjnym. Ekipa Singera rozwija świat znany z pierwowzoru, jego bohaterów. Stawia na ich relacje oraz prawdziwe emocje. To perfekcyjne kino akcji, które w absolutnie żaden sposób się nie zestarzało i do dziś stanowi jeden z najlepszych filmów superbohaterskich w historii tego nurtu kina. Wielu twórców kina rozrywkowego nie tylko by mogło, ale powinno się z filmu Singera wiele nauczyć. No i Brian Cox jako główny antagonista. Przeciwnik idealny.

Łukasz Budnik: Zgadza się, bardzo dobry sequel, czerpiący to, co najlepsze z poprzednika i – jak pisze Filip – znakomicie go rozwijający. Wiele można sobie obiecywać już po doskonałym prologu w Białym Domu i rzeczywiście, Singer nie zawodzi, serwując świetnie poprowadzoną adaptację komiksu. Jest tu miejsce i dla bohaterów oraz ich relacji (świetnie, że pomimo natłoku postaci każda dostaje swoje pięć minut) i dla satysfakcjonujących sekwencji akcji, z tą w szkole Xaviera i w placówce Lake Placid na czele. Bardzo świeży film – nawet dzisiaj.


X-Men: Ostatni bastion

X-Men: The Last Stand (2006)

Łukasz Budnik: Ustąpienie Singera ze stołka reżyserskiego i powierzenie zamknięcia trylogii Brettowi Ratnerowi zaowocowało filmem znacznie bardziej nastawionym na akcję i efekty specjalne, krótszym, mniej ambitnym i – mówiąc wprost – głupszym od poprzedników. Boli niesamowicie wręcz zmarnowany, a idealnie rozpoczęty w X-Men 2 wątek Phoenix, który zasłużył na poświęcenie mu pełnej uwagi, a nie stanowienie jedynie tła do poczynań Magneto. Mimo to Ostatni bastion ogląda się przyjemnie. Całość niesie Hugh Jackman, który miał jeszcze udowodnić, że nie odpuszcza starań o jak najlepszy występ pomimo słabego scenariusza, sekwencje akcji zrealizowane są bardzo sprawnie, a w tym zalewie CGI i pojedynków znalazło się nawet miejsce na trochę emocji.

Filip Pęziński: Zdecydowanie i w całej chyba rozciągłości zgadzam się z Łukaszem. Film Bretta Ratnera nie jest złą rozrywką, ale stanowi film ze zdecydowanie mniejszą klasą niż jego poprzednicy. Wątek Jean i rodzącego się w niej Phoenixa został koncertowo zmarnowany, na śmietniku wylądował także futurystyczny klimat części pierwszej i drugiej, nieporozumieniem okazały się wyciągnięte z kapelusza kategorie mutantów czy uśmiercanie/pozbywanie się głównych bohaterów bez odrobiny chociaż subtelności. Wciąż jednak ogląda się to nieźle, wprowadzana tu postać Bestii to jeden z moich ulubionych filmowych mutantów (właśnie w interpretacji Kelseya Grammera, a nie znanego z prequeli Nicholasa Houlta), a finał rozgrywający się między Loganem a Jean wywołuje nie mniejsze emocje niż zakończenie X-Men 2.

Ostatnio dodane