Publicystyka filmowa
Impresja na temat filmu 33 SCENY Z ŻYCIA
Film 33 SCENY Z ŻYCIA ukazuje kruchą naturę ludzkiego istnienia, balansując między złudzeniem a tragicznym pięknem życia.
Szumowska odkrywa nam prawdziwego człowieka – istotę szaloną, porywającą się z motyką na słońce tylko po to, by podarować sobie jeszcze moment przeklętego złudzenia.
Sama śmierć jest właściwie ukojeniem. Najtragiczniejszym aspektem ludzkiego bytowania jest bowiem życie, które ucieka nam przez palce tak, jak woda złapana w splecione w cielisty kosz dłonie. Rodząc się, zaczynamy umierać. Każde uderzenie serca, każdy oddech przybliżają nas do ostatecznego rozwiązania. Nieubłagana biologia czyni nas bohaterami tragicznymi, każdy z nas jest Edypem. I nie chodzi tu bynajmniej o osławiony przez Freuda kompleks, choć i ten miał zapewne niemało słuszności. Chodzi o ciążące nad naszymi głowami fatum, rzecz nieuniknioną. Przerażającym jest fakt, iż jedynym pewnikiem naszego życia jest to, że kiedyś będziemy musieli je stracić.
Jak zauważył hiszpański filozof, Miguel de Unamuno, centralnym elementem naszej osobowości jest poczucie tragiczności. Poczucie tragiczności życia wśród ludzi i wśród narodów. Podobnie myślało wielu, chociażby wspominany dziadek Freud, który w swej „Historii pewnego złudzenia” zauważył utopijną funkcję systemów religijnych. Niestety, nie można nie zgodzić się z tym, że cała instytucja Boga jest na pewien sposób naszą maszyną do nieśmiertelności. Stąd poczucie tragiczności. Każdy, świadomie bądź nie, chce żyć wiecznie, ale prawa natury nie uginają się pod wpływem naszej woli. Tworzymy sobie zatem świat imaginacji, oderwany od spraw stricte naturalnych.
Tworzymy „pewne złudzenie” i wierzymy, że niedefiniowalny element tego, co ludzkie – dusza – nie podlega hegemonii przepięknej matki natury. Tragedią jest to, że racjonalny rozum cały czas daje kuksańce naszej imaginacji. Wrzeszczy, że po przyjściu kostuchy to, co tak kochamy, naprawdę dobiegnie końca.
Niemniej, dlaczego wierzyć i poddawać się działaniu ideologii narzucającej na nas częstokroć niemałe ograniczenia, które to z kolei prowadzą do poczucia beznadziejności i grzechu? Blaise Pascal odpowiada, że wierząc, nic nie tracimy, bo skoro Bóg jest, to będziemy zbawieni, jeśli go nie ma – trudno, zginiemy. Nie wierząc, stoimy na przegranej pozycji, bo gdy po śmierci staniemy przed obliczem czegoś, co negowaliśmy, zauważymy, że zanegowaliśmy również samo zbawienie. Świetnie, ale Pascal zapomniał chyba o tym, że wiara nie wiąże się jedynie z wyznawaniem, ale i z kultywacją pewnych schematów, z przyjęciem systemów moralnych.
Wiara narzuca na nas więzy kulturowe, które – w przypadku ludzi szczerze pobożnych (czyli kandydatów do potencjalnego zbawienia) – mogą wypaczyć obraz całego życia biologicznego. Niech Bóg nie istnieje i co wtedy? Będąc wiernymi, straciliśmy dwa życia – niewierzący afirmujący życie doczesne traci tylko jedno.
Naszym kolejnym przekleństwem jest miłość. Kochamy i cierpimy, bo śmierć nie oszczędza naszych bliskich. Możemy afirmować życie, nie wierzyć, wierzyć szczerze, ale nic nie pomoże nam w momencie, gdy odejdzie ktoś, kto znaczy dla nas dużo więcej aniżeli „szary człowiek”. Emocje biorą wtedy górę nad rozumem, odzywa się w nas prawdziwy człowiek. To właśnie emocje są domeną człowieka. Nie „myślę, więc jestem” a „odczuwam emocje, więc jestem”. Jak zauważa Unamuno, nie mamy pewności, że spacerujący po plaży krab nie rozwiązuje czasem w myślach równań drugiego stopnia, ale jednego jesteśmy pewni – krab nie potrafi wyrazić emocji towarzyszących mu w momencie ich rozwiązania, nie ma możliwości zademonstrowania radości. Od osławionego myślenia bardziej ludzki wydaje się być pospolity, ale jak bosko wieloznaczny, uśmiech. Ludzkie są śmiech i płacz, ludzkie jest szaleństwo.
U Szumowskiej człowiek jest człowiekiem pełną gębą. Dopóki matka spełnia się jako pisarka kryminałów, ojciec jako reżyser filmowy, życiowy partner jako kompozytor, córka jako artysta fotograf, życie jest w porządku. Można spotkać się w domu rodziców, wypić kapkę wódki i pobiegać na boso po zroszonej przez matkę naturę trawie. Matka natura jest dobra, bo są liście na drzewach, bo jest lato, i dzień i noc, a śmierci na razie nie widać. Stoi gdzieś za rogiem i śmieje się z tych małych bohaterów tragicznych. Ostrzy kosę i scyzoryk schowany w kieszeni jej czarnego okrycia.
Okazuje się, że śmierć też jest artystą. W organizmie matki maluje piękny nowotwór. Na fotografii wygląda jak nie z tego świata – może to właśnie jego niezwykłość będzie potwierdzeniem istnienia imaginacji innego, lepszego świata? Fantazyjne kształty, niezwykły kolor i świadomość tego, że żyjąc, zabiera życie – arcydzieło. Matka nie ma szans, musi umrzeć, ale przecież każdy musi – co w tym złego?
Zła jest teatralizacja umierania występująca prawdopodobnie jedynie u człowieka. Złe jest to, że niesforny człowiek próbuje po raz kolejny rzucić zniszczoną rękawicę pod nogi matki natury. Kobieta zostaje przykuta do szpitalnego łóżka, leży wśród okropnej bieli szpitalnej sali, wszędzie jest ta biel. Nowotwór dojrzewający w jej organizmie powoli pozbawia ją ubóstwianego pierwiastka „cogito”, ale – o dziwo – „sum” wciąż pozostaje. W jej żyłach wenflony wspomagające organizm zbliżający się do kresu i oczekiwanie na cud, w który ten nasz racjonalny rozum najnormalniej nie wierzy. Poza tym, czy cud związany jest z plastikowymi rurkami łączącymi się z naszymi żyłami i bielą szpitalnej sali? Obok łóżka, wartami, rodzina i znajomi.
Oglądają teatr śmierci, czują tragiczność życia ludzkiego. Wiedzą, że śmierć nachylona nad twarzą zmordowanej kobiety z utęsknieniem czeka na to, by biologia uporała się z tym sztucznym obrzydlistwem szpitalnego pokoju.
Matka zmienia się nie do poznania – traci włosy, chudnie, jej skóra traci kolor w takim tempie, że zdaje się, iż za kilka godzin stanie się przezroczysta. Obok rodzina ogląda cały teatr i również traci pierwiastek „cogito”. Matka umiera, wcześniej majaczy o ciastkach i sukienkach – gdzie podział się analityczny umysł tworzący poczytne i błyskotliwe powieści kryminalne?
Ojciec prócz ukochanej kobiety traci rozum, uznany reżyser nie potrafi podjąć najprostszych decyzji. Na przemian wpada w stany smutku i agresji, sięga po butelkę z wódką – kolejny genialny wynalazek ludzkości (parszywy zamiennik religii) – i umiera, bo serce nie wytrzymuje. Nie pomogło jedenaście zastrzyków z adrenaliny i reanimacja za pomocą skomplikowanej maszynerii. Ludzkie przedłużacze życia ponownie zawiodły w starciu z matką naturą – rzucenie rękawicy znów okazało się chybionym pomysłem.
Kompozytor i artystka oddalają się od siebie i mimo pozornego zbliżenia osiągniętego dzięki poświęceniu mężczyzny, ona ucieka do innego, milczącego i pozostającego obok wtedy, gdy kompozytor z dala od całej tragedii zajmował się partyturami, a nie ukochaną kobietą. Z milczącym przyjacielem czuje się bezpieczna, a może milczący przyjaciel nie przypomina jej o straconej rodzinie? Natura przestaje być piękna, już nie ma spotkań w domu rodziców i biegania po trawie. Teraz natura staje się potworem, z którym nie sposób wygrać. Teatralizacja śmierci matki doprowadza do przypomnienia sobie o fatum umierania.
No i te emocje, śmiechy (oznaka szaleństwa, końca kontroli rozumu) na pogrzebie, makabryczne żarty kierowane do nieprzytomnej matki – rozum zawiódł, zadziałały emocje. To one nakłoniły artystkę do zdrady, to one spowodowały, że obdarzony solidnym kręgosłupem moralnym milczący mężczyzna zdecydował się wywiesić białą flagę i poddać namiętności. Rozszalałe emocje zmusiły męża do zajrzenia w dno butelki – nie mógł znieść naraz przekleństwa, jakie niesie ze sobą życie i miłość utracona. Szare postacie pląsające w alkoholowym upojeniu w trakcie drugiej z rzędu stypy to prawdziwi ludzie, ludzie z krwi i kości.
Ludzie, którzy zdjęli z twarzy maski i zdali sobie sprawę z tego, że wszystko musi dobiec końca. Śmierć ścięła swą kosą dwójkę ukochanych osób, reszta została raniona scyzorykiem skrzętnie chowanym w jej kieszeni. Powstała rana będzie broczyć przez całe życie, broczyć i przypominać.
Szumowska odkrywa nam prawdziwego człowieka – istotę szaloną, porywającą się z motyką na słońce tylko po to, by podarować sobie jeszcze moment przeklętego złudzenia. Zastanówmy się, czy wenflony i zastrzyki z adrenaliny pomagają Bogu – jeżeli faktycznie istnieje – w dokonaniu cudu przepędzenia śmierci? Czy teatralizacja śmierci, którą niosą ze sobą sztuczne metody utrzymywania człowieka przy życiu nie jest czasem gorsza od normalnego aktu umierania? Czy wszystko potoczyłoby się w ten sam sposób, gdyby butny człowiek nie próbował sprzeciwiać się matce naturze? Nie, śmierć nadeszłaby dużo szybciej, nie musiałaby wyczekiwać nad szpitalnym łóżkiem.
Jej obecność nie doprowadziłaby do obłędu rodziny zmarłej – ojciec pewnie by żył, a artystka nie zdradziłaby kochającego męża. Niemniej, matce podarowano jeszcze moment złudzenia. Jeszcze przez kilka chwil mogła wierzyć, że po drugiej stronie czeka na nią inne życie – poczucie tragiczności zabłysło tu w całym swym majestacie. Nie można ganić człowieka, że próbuje utrzymać ukochaną osobę na tym świecie, bo nie ma pewności, że spotka ją na tamtym – sami przybijamy się zatem do krzyża, ale taka nasza natura, nasze fatum, tym różnimy się od kraba rozwiązującego równania drugiego stopnia.
Tekst z archiwum film.org.pl (21.01.2009).
