search
REKLAMA
Recenzje

CZŁOWIEK, KTÓRY ZDEMORALIZOWAŁ HADLEYBURG

Jacek Lubiński

13 stycznia 2018

REKLAMA

Polska i western to dwie rzeczy, które jakoś nie chcą się dodawać. Głównie dlatego, że mało kto próbuje. Wśród rodzimych filmowców nie ma bowiem specjalnie dużej miłości do amerykańskiej prerii, więc jakiekolwiek przykłady słowiańskiej odpowiedzi na spaghetti-westerny są niczym bizony – skazane na wymarcie. Niemniej parę tytułów da się jakoś wyłuskać przez sito, jak złoto na Alasce. Jednym z nich jest telewizyjna adaptacja opowiadania Marka Twaina – krótkometrażowy Człowiek, który zdemoralizował Hadleyburg z 1967 roku.

Fabuła historii, którą po raz pierwszy opublikowano w „Harper’s Monthly” ostatniego miesiąca XIX wieku, jest bardzo prosta. W słynącym ze swojej uczciwości Hadleyburgu zjawia się pewnego dnia odziany w czerń nieznajomy, który przedstawia się jako Stevenson. W jednym z domów szanowanego obywatela miasteczka zostawia worek z czterdziestoma tysiącami dolarów – jak zdradza dołączona do pakunku notatka, jest to dowód wdzięczności Stevensona za okazaną mu niegdyś pomoc przez jednego z mieszkańców. Którego? To właśnie będzie zagadką dla całej okolicy. Ba! Całej Ameryki nawet, gdyż zamieszczone następnego dnia w lokalnej gazecie ogłoszenie o poszukiwanym delikwencie szybko idzie w świat. Wkrótce hadleyburgczycy dostają po kolei nieoczekiwane listy, które sprawią, że ich nieskalana reputacja zostanie wystawiona na prawdziwą próbę charakterów…

Nakręcona przez Zespół Filmowy Iluzjon w ramach cyklu Komedie pomyłek (sic!) opowieść z tak zwanym morałem trwa zaledwie niespełna pół godziny i z uwagi na formę dystrybucji może razić już dziś nieco kwadratowymi kadrami (szczęśliwie, wbrew zdjęciom użytym w tekście, kolorowymi). Niemniej imponuje samą chociażby obsadą. Reżyserowi Jerzemu Zarzyckiemu udało się zebrać prawdziwą śmietankę wspaniałego pokolenia aktorów.

I tak w roli tytułowego jegomościa znakomicie spisuje się Leon Niemczyk, w pełni wykorzystując swój skromny czas ekranowy. Aktor zresztą jak ulał pasuje swoją fizjonomią oraz charakterystyczną twarzą do specyfiki westernowej i można jedynie żałować, że nigdy nie przyszło mu wystąpić w pełnoprawnym reprezentancie gatunku (w ogóle był to człowiek wybitnie „zachodni” i za oceanem zostałby zapewne jeszcze większą gwiazdą niż w ojczyźnie). Z kolei w mieszkańców rzeczonego miasteczka wcielili się między innymi: Kazimierz Opaliński, Zofia Jamry, Bronisław Pawlik, Hanna Małkowska, Jerzy Ćwikliński, Wacław Kowalski, Marian Wojtczak, Jerzy Przybylski, Mieczysław Voit i Zygmunt Zintel. I choć nie wszyscy dostają swoje przysłowiowe pięć minut, w trakcie których mogliby się naprawdę wykazać, to i tak wspólnie tworzą wiarygodną społeczność pełną różnorodnych, barwnych postaci.

Pomaga im w tym scenariusz Zdzisława Skowrońskiego – generalnie dość wierny literackiemu pierwowzorowi, mimo iż trochę go spłycający i omijający między innymi cały ostatni rozdział (a co za tym idzie, oferujący inne zakończenie). Nie sili się on na eksperymenty formalne, będąc prostym i konkretnym zapisem wydarzeń (aczkolwiek nie zawsze wiarygodnym, jak ma to miejsce chociażby w przypadku tak długiego oczekiwania na rozwikłanie tajemnicy w tak małej mieścinie).

Podobnie opisać można pozostałe elementy filmu – zdjęcia Wiesława Rutowicza, montaż Aliny Faflik, scenografię duetu Anatol Radzinowicz-Wiesław Śniadecki, kostiumy Zofii Wierchowicz oraz Andrzeja Sadowskiego, czy w końcu sympatyczną muzykę Andrzeja Mundkowskiego. Wszystko pasuje do siebie, jest wykonane na poziomie (oczywiście ówczesnym telewizyjnym), lecz jednocześnie pozbawione fajerwerków, niezapadające w pamięć, pełniące wyraźnie służebną względem treści rolę.

I tu jest być może pies pogrzebany, bo o ile jest to całkiem sprawna filmowa „anegdota”, która mija szybko i, bawiąc, uczy (lub uczy, bawiąc), to ostatecznie pozostawia po sobie lekki niedosyt. Z tego tematu zdecydowanie dałoby się wycisnąć więcej, sięgając nawet formy pełnego metrażu – jak to cztery lata wcześniej uczynili Węgrzy, kręcąc 76-minutowe A lóvátett város (co można tłumaczyć jako Przebudowane miasto). Zdecydowanie dałoby to miejsce i możliwości na pogłębienie poszczególnych bohaterów i relacji między nimi, zwiększenie dramatyzmu towarzyszącego całemu zamieszaniu oraz podbudowanie klimatu – nie tylko historii jako takiej, co Dzikiego Zachodu, gdzie wszak toczy się akcja.

Ostatecznie bowiem mało jest westernu w tym westernie. Polscy aktorzy tytułują się zagranicznymi nazwiskami, noszą kapelusze i broń na pasie (ta ostatecznie również wypala!), lecz jakieś 95% filmu toczy się w ciasnych wnętrzach budynków, w których mimo wszystko… niespecjalnie czuć ducha prerii (i nawet nie chodzi o specyfikę słowiańskiego języka, niemal całkowity brak koni czy preferowane w saloonie piwo zamiast whisky). A skoro tak, to od razu rodzi się pytanie, po co w ogóle twórcy zdecydowali się zachować akcję w Ameryce, skoro można ją było bez problemu i bez szkody dla clou historii przenieść na rodzimy grunt, do wsi Kopki czy innego Pcimia Dolnego. Podejrzewam, że wtedy efekt byłby może mniej egzotyczny, ale z pewnością bardziej spójny.

Ostatecznie mamy więc do czynienia z dobrym, choć za krótkim i zdecydowanie zbyt lekkim jak na poruszane problemy natury ludzkiej kinem. Filmem solidnym, choć jednocześnie zrobionym nieco po łebkach, niewybrzmiewającym dostatecznie mocno, aby pozostać z nami na dłużej. Seans w dużej mierze ratuje unosząca się w powietrzu nieustanna ironia oraz uniwersalność historii, w której mogą przejrzeć się nie tylko Amerykanie i Polacy, aniżeli jej forma, gatunkowa przynależność czy sposób realizacji.

Co ciekawe, nie była to ani pierwsza, ani ostatnia adaptacja opowiadania Marka Twaina. Poza wspomnianą próbą węgierską, na język filmu „przetłumaczyli” je także oczywiście sami jankesi. Acz uczynili to stosunkowo późno, bo dopiero w 1980 roku, kiedy to stacja PBS nadała trwający blisko czterdzieści minut materiał z Robertem Prestonem, Tom Aldredgem i Fredem Gwynnem, powstały w ramach serii American Short Stories. Z kolei dwie dekady wcześniej Hadleyburg zwizualizował się na… polskich odbiornikach, w spektaklu telewizyjnym Adama Hanuszkiewicza, z Jeremim Przyborą i Tadeuszem Fijewskim w rolach głównych. Może więc czas na kolejny „remake” znad Wisły?

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA