Connect with us

Publicystyka filmowa

FINANSOWE WTOPY XXI WIEKU

Bomby w Box-office po roku 2000

Published

on

FINANSOWE WTOPY XXI WIEKU

Wchodzący właśnie na nasze ekrany film Bena AffleckaNocne życie – to, jak dotychczas, pierwsza klapa finansowa w reżyserskiej karierze aktualnego Mrocznego Rycerza. I zarazem – obok adaptacji gry Assassins Creed – jedna z pierwszych tak poważnych wpadek roku 2017 (przy budżecie liczącym sobie zaledwie 65 milionów, film na całym świecie zarobił ich tylko dziesięć).

Advertisement

Nie jedyna. W kinach polegli zarówno Martin Scorsese (jego Milczenie przeszło właściwie bez echa), jak i J.A. Bayona (Siedem minut po północy), nie potrafiąc zwrócić producentom ich 40-milionowych wkładów w produkcję. Także ganieni wszem i wobec Pasażerowie nie poradzili sobie na rodzimym rynku i dopiero zastrzyk gotówki z reszty globu sprawił, że 110 baniek budżetu nie uleciało w kosmos.

Oczywiście takich przykładów można mnożyć – John Carter, Jeździec znikąd, 47 roninów, Final Fantasy: Wojna dusz czy Speed Racer… to jedne z najsłynniejszych wpadek ostatnich lat, każda kosztująca grube miliony. Poniżej lista tych mniej znanych, nie aż tak kosztownych, ale zapewne równie bolesnych porażek obecnego stulecia.

Advertisement

 

VI Batalion

Pochodzący z 2005 roku The Great Raid (bo tak brzmi oryginalny tytuł), to kolejna produkcja wojenna oparta na faktach i opisująca heroiczne dokonania amerykańskich żołnierzy – tym razem na Filipinach, z których tytułowy batalion Rangerów miał za zadanie uwolnić pół tysiąca jeńców schwytanych w trakcie II wojny światowej. W obsadzie nie zabrakło gwiazd – Benjamin Bratt, James Franco, Sam Worthington, Joseph Fiennes, Connie Nielsen – choć żadna z nich nie była w chwili premiery pierwszej wielkości. Niemniej, jak na kino wojenne przystało, budżet musiał być odpowiednio wysoki, ostatecznie zamykając się w 80 milionach martwych prezydentów.

Z tej kwoty odzyskano zaledwie 10 milionów, na co złożył się w głównej mierze fakt, ze film ten był jednym z ostatnich nakręconych we współpracy Miramaxu z Disneyem. Ukończony już w 2002 roku, przeleżał na półce trzy lata, czekając na rozwód dwóch hollywoodzkich gigantów, a jego premierę wielokrotnie przekładano. Ostatecznie na wielu rynkach, także polskim, ukazał się bezpośrednio na domowych nośnikach, bynajmniej nie stając się hitem.

Advertisement

Co ciekawe, w odstępie zaledwie miesiąca trafił wtedy do kin także inny blockbuster kosztujący studio dokładnie tyle samo i przynoszący podobnie mizernie rezultaty finansowe – fantastyczno-naukowy I uderzył grom Petera Hyamsa.

Ballistic

Rok 2002 dał z kolei światu kuriozum w postaci Ballistic: Ecks vs. Sever. Ni to kino akcji, ni sensacji – wyraźnie inspirowana Matriksem kopanina ładnych ludzi w lateksie. A konkretnie Antonio Banderasa i Lucy Liu, choć na drugim planie można było wypatrzeć także Talisę Soto i Raya „Dartha Maula” Parka. W całość lekką ręką zainwestowano aż 70 baniek zielonych.

Przychód nie zdołał dobić do 20 milionów, z których do rąk producentów wróciła jedynie połowa tego. Swego czasu był to zresztą mocno ganiony z każdej strony film, przez moment „dumnie” okupujący numer jeden na liście najgorszych produkcji wszech czasów serwisu Rotten Tomatoes, gdzie do dziś utrzymuje wynik 0% świeżości.

Advertisement

Mający swoje korzenie jeszcze w latach 80. projekt okazał się tak dotkliwą porażką, że praktycznie zabił kariery wszystkich zaangażowanych. Banderas, który już wcześniej nagrabił sobie Trzynastym wojownikiem, niemal z miejsca spadł do drugiej ligi, bezskutecznie próbując ratować się kolejnymi sequelami starych hitów i użyczając głosu do animacji pokroju Shreka. Podobnie Lucy Liu, na moment tylko poratowana Kill Billami i Aniołkami Charliego, zaczęła grywać w coraz to gorszych filmach, a i Talisa Soto zniknęła z ekranów na dobre siedem lat.

Odpowiedzialne za produkcję studio Franchise Pictures – które dało światu także wspomniany I uderzył grom – wkrótce zbankrutowało, a reżyser, Wych Kaosayananda wrócił do rodzimej Tajlandii, gdzie dopiero po dekadzie odważył się ponownie stanąć za kamerą.

Advertisement

Conan Barbarzyńca 3D

To od początku nie był dobry pomysł. Pochodzący z 2011 roku remake Conana Barbarzyńcy mógł jednak uniknąć porażki, gdyby nie liczne roszady w ekipie i generująca dodatkowe koszty konwersja do 3D – modnemu dzięki Avatarowi (w obu projektach bad guya zagrał zresztą Stephen Lang). Ostatecznie nie pomogła promocja z wybornymi plakatami na czele oraz upragniona dla tego tematu kategoria R i film poległ na polu bitwy.

Z utopionych 90 milionów dolców (choć niektóre źródła mówią o pełnej setce) zwróciła się zaledwie połowa – i to dopiero z kin na całym świecie, wobec czego producenci odzyskali jeszcze mniej pieniędzy. Tym samym odgrywający główną rolę Jason Momoa nie został nowym Arnoldem Schwarzeneggerem, a przyjaciel tego ostatniego, reżyser Marcus Nispel zapuścił brodę dłuższą od Mela Gibsona i zaszył się w hollywoodzkich podziemiach.

Delgo

Mało znana, zwłaszcza w Polsce, animacja, która pojawiła się w kinach w 2008 roku. Animacja zresztą nie byle jaka, bo w obsadzie głosowej znalazły się sławy pokroju Freddiego Prinze’a Juniora, Jennifer Love Hewitt, Vala Kilmera, Malcolma McDowella, Michaela Clarke’a Duncana, Erica Idle, Burta Reynoldsa czy Anne Bancroft, dla której był to tym samym ostatni projekt w karierze.

W parze z gwiazdami szła także ambicja – film powstał w całości z prywatnych źródeł i tworzono go blisko sześć lat, z myślą o potencjalnej trylogii. To wraz z akcją dziejącą się na odległej, obcej planecie o bogatym ekosystemie upodabnia go trochę do Avatara Jamesa Camerona. I właściwie tylko to.

Advertisement

Kosztujący 40 milionów dolarów film zebrał mizerne recenzje, a w kasach zostawił zaledwie… niecałe 700 tysięcy przekreślonych literek „S”. Przez kilka lat Delgo dzielnie trzymało tytuł najsłabszego otwarcia na liczbę kopii w historii amerykańskiej kinematografii – rekord, który zdołał przebić dopiero potworek poniżej. Na marginesie warto jeszcze wspomnieć, że to nie jedyna animacja XXI wieku, której nie przysłużyły się komputerowe cuda techniki i rozbuchane budżety. Już w 2001 roku Osmosis Jones przyniósł ogromne straty, zarabiając jedynie 14 milionów przy kosztach równych 70 (!).

Tyle samo pochłonął sequel Czarnoksiężnika z Oz: Powrót Dorotki, który w 2014 roku uzyskał przychód rzędu niecałych 19 milionów. Największym rysowanym koszmarem okazały się jednak niesławne Matki w mackach Marsa (2011), które przy monstrualnych kosztach sięgających aż 150 milionów, zarobiły niespełna 1/4 tej sumy.

Advertisement

The Oogieloves in the Big Balloon Adventure

Ten koszmarek inspirowany po trosze Teletubisiami, a po części inną seria dla dzieci, My Bedbugs, powstał w 2012 roku i zebrał takie baty, że w wielu krajach, również u nas, zwyczajnie nie doczekał się dystrybucji. W dużym skrócie jest to historyjka o tytułowych Oogielovesach (CDK?), które w trakcie organizacji urodzinowego przyjęcia-niespodzianki gubią swoje magiczne baloniki (tru story, bro!).

Aby je odnaleźć wyruszają w świat, gdzie spotykają masę ciekawych postaci – takich jak choćby Jaime Pressly, Cary Elwes, Christopher Lloyd, Chazz Palminteri czy… Toni Braxton (ktoś jeszcze pamięta hicior „Un-Break My Heart”?).

Ta przygoda życia, której bohaterowie są bardziej przerażający od klauna Pennywise’a, kosztowała całe 20 milionów (a jeśli wziąć pod uwagę lipny marketing, to ponoć nawet 60!). Zwrócił się jedynie… milion – i to dopiero po czterech latach od zakończenia zdjęć, w którym to czasie próbowano usprawnić niby rewolucyjną interaktywność filmu. Jak wieść niesie, producenci nie zrazili się tą porażką i wciąż planują kontynuację. Tymczasem oryginał utrzymuje się cały czas na liście najgorszych filmów wszech czasów serwisu imdb.

Advertisement

 

Dziadek do orzechów

Disney zapowiada przerwę od kinowych GWIEZDNYCH WOJEN. W drodze więcej serialiW 2010 roku Andriej Siergiejewicz Michałkow-Konczałowski stwierdził, że w sumie dobrze byłoby przypomnieć dzieciom klasykę baśni (i nieważne, że za podstawę wykorzystano tu raczej rosyjską wersję baletową Czajkowskiego, niż dzieło E.T.A. Hoffmanna). Oczywiście w 3D. I z udziałem międzynarodowych gwiazd (Elle Fanning, Nathan Lane, John Turturro…). Brytyjsko-węgierska koprodukcja miała być wydarzeniem sezonu, a reklamowano ją między innymi na festiwalu w Cannes. Sam Konczałowski przypiął w dodatku projektowi serduszko, mówiąc, że marzy o nim od blisko dwóch dekad.

Dziewięćdziesiąt milionów dolarów (liczbowo: 90.000.000$) – tyle wyniósł ostatecznie budżet całego przedsięwzięcia. Ani krytycy, którzy nie zostawili na nim suchej nitki, ani tym bardziej dzieciarnia i ich rodzice nie byli jednakże zachwyceni produktem końcowym. Nie pomogła mu także „rwana” dystrybucja – przykładowo w Wielkiej Brytanii premiera odbyła się dopiero dwa lata po światowej. Efektem marne 16 mln. 200 tys. dolarów wpływów. Auć!

Advertisement

Gigli

W roku 2003 Ben Affleck i Jennifer Lopez byli iście gorącymi nazwiskami, bynajmniej nie przez wzgląd na talent. Jako para pięknych, seksownych ludzi lądowali na okładce każdego tabloidu, apogeum osiągając w momencie ogłoszenia zaręczyn, do których Ben przygotował się nad wyraz solidnie, darowując swej lubej pierścionek o wartości 3,5 miliona dolarów. I choć pod względem filmowym większość produkcji z nimi okazywała się co najwyżej umiarkowanymi sukcesami finansowymi, to Sony postanowiło wykorzystać ich status celebrytów, wypuszczając do kin swoistą komedię romantyczną, w której ta dwójka rozkochałaby siebie (i fanów) na nowo.

Żeby jednak nie było zbyt różowo ubarwiono całość akcją, wątkiem lesbijskim oraz… upośledzenia umysłowego. A wszystko to za jedyne 75 baniek – wliczając w to koszta promocji i niebanalne gaże obu gwiazd, które zjadły 1/3 budżetu.

Gigli – tytuł pochodzi od nazwiska bohatera Afflecka, po włosku oznaczającego… lilie – okazało się synonimem porażki. Zebrało jedne z najbardziej miażdżących recenzji w historii przemysłu, powodując, że większość kin zaczęło wycofywać film z repertuaru po zaledwie tygodniu wyświetlania. Otrzymało też cały worek Złotych Malin, w tym dla najgorszego filmu dekady i najgorszej komedii ćwierćwiecza (holy shit!); a także niemal z miejsca dostało się na listę najgorszych filmów wszech czasów według imdb, gdzie pozostaje do dziś. Odbiór tego dzieła był tak negatywny, że zmusił świetnego reżysera, jakim jest Martin Brest, do wycofania się z branży, a Bena Afflecka, któremu tytuł ten ponoć wciąż odbija się czkawką, do całkowitej zmiany swojej kariery (na plus). Aha, całość zarobiła zaledwie 7 milionów $.

Advertisement

Haker

Michael Mann nigdy nie był kasowym reżyserem. Poza Zakładnikiem i Ostatnim Mohikaninem właściwie każdy jego film przynosił straty na rodzimym rynku. Niemniej zarówno będący na czasie temat elektronicznego terroryzmu, popularny Thor w obsadzie i relatywnie niski, jak na obecne standardy, budżet 70 milionów zielonych wydawały się gwarantem sukcesu. A jednak…

Nie wiadomo co zaszkodziło filmowi bardziej – taka sobie promocja, zmiana tytułu (pierwotnie brzmiał on Cyber), kiepska data premiery i konkurencja (styczeń 2015 należał do Snajpera), czy dość chłodne pierwsze recenzje. Jak by nie było, Haker okazał się najsłabiej radzącą sobie w box-offisie produkcją tego reżysera, z wpływami z lokalnego rynku rzędu zaledwie 8 milionów, których na całym świecie zarobiły ostatecznie niespełna 20. W rezultacie mówiło się o stracie przez studio nawet 90 milionów, a Mann zmuszony został wstrzymać parę ze swoich kolejnych projektów. Obecnie pracuje nad… biografią Enza Ferrari.

Inwazja

Porywacze ciał to jeden z klasyków kina science-fiction, systematycznie wznawiany dla kolejnych pokoleń. I to w dodatku z sukcesem, bo zarówno oryginał, jak i wersje z lat 70. i 90. cieszą się sporym uznaniem po dziś dzień. Wszystkie, tylko nie remake z 2007 roku, który już tytułem mocno odciął się od poprzedników.

To jednak najmniejszy problem tego 80-milionowego przedsięwzięcia, które na papierze wyglądało przecież bardzo dobrze – w obsadzie Nicole Kidman i James Bond, a za kamerą twórca Upadku (tego o Hitlerze). Co poszło nie tak? Wszystko.

Advertisement

Co prawda wchodząc na plan Inwazji, Daniel Craig nie był jeszcze 007, lecz film trafił do kin z poważnym opóźnieniem i po dokrętkach, które przyniosły ze sobą dodatkowe koszta oraz kilka wypadków na planie. Do tego doliczyć należy nieprzekonującą kampanię reklamową i nieprzychylne recenzje krytyków po premierze. Ostatecznie wydatki, które oscylować mogły nawet blisko stu milionów, nie zwróciły się nawet w połowie – na rynku amerykańskim zebrano zaledwie 15 baniek, dobijając w sumie do 40 na całym świecie, z czego bezpośrednio do kieszeni producentów trafiło jakieś dwadzieścia pięć zielonych melonów. Wystarczająco mało, by można było mówić o inwazji porywaczy pieniędzy.

 

Advertisement

Małpiszon

Jeśli nie znacie tej pochodzącej z 2001 roku, komedii fantasy z Brendanem Fraserem, Bridget Fondą i Johnem Turturro, to… przypuszczalnie nie macie czego żałować. Oparta na znacznie mroczniejszym komiksie Dark Town fabuła nie była nawet wyświetlana w polskich kinach – i nie bez kozery. Kosztujący aż 75 milionów dolców projekt okazał się totalną klapą, zarabiając na całym świecie zaledwie ułamek powyższej sumy (konkretnie 7. 600.000 w dolarach amerykańskich).

Monkeybone – bo taki jest tytuł oryginalny – zebrało w większości negatywne recenzje i generalnie przeszło bez echa. Wstrzymało to mocno zarówno plany dalszego rozbudowania świata komiksowych kadrów (drukowana kontynuacja nigdy nie powstała), jak i karierę Henry’ego Selicka (twórca Miasteczka Halloween), który dopiero w osiem lat później „odpokutował” Koraliną. A dla Frasera, który po sukcesie Mumii został gwiazdą, oznaczało to początek końca owocnej kariery, której nie przysłużyły się także kolejne wpadki w jego resume: Looney Tunes znowu w akcji (budżet: 80 mln $, zarobki w USA: 20 mln), Atramentowe serce (60 mln – 17 mln) czy Mumia – Grobowiec cesarza smoka (145 – 102 mln).

 

Advertisement

Romanssidło

POLSKIE AKCENTY w zagranicznych FILMACH i SERIALACHKomedia romantyczna, kategoria R, burdel w scenariuszu i na planie, dokrętki, megalomania licznych gwiazd tej produkcji (Warren Beatty, Nastassja Kinski, Diane Keaton, Goldie Hawn, Andie MacDowell, Charlton Heston), wymiana ekipy, ciągłe opóźnienia. Tak można pokrótce podsumować projekt z 2001 roku, którego oryginalny tytuł to Town & Country, a końcowy budżet aż 90 milionów baksów (i to bez uwzględnienia marketingu, który raz jeszcze okazał się wpadką samą w sobie). O perturbacjach Romanssidła (jakże prorocze tłumaczenie rodzime!) można by napisać książkę, choć zapewne i jej publikacja okazałaby się fiaskiem.

10 milionów – dokładnie tyle udało się wydobyć producentom z kinowych kas na całym świecie. I to dopiero po trzech latach od zakończenia zdjęć. Przy założeniu, że do ich kieszeni wraca zaledwie około połowy tej sumy, a koszt całości przedsięwzięcia szacowany jest przez niektóre źródła nawet na 125 milionów (!!!), oznacza to jedną z największych klap w Hollywood. Ever. Fakty mówią zresztą same za siebie – zarówno Beatty (nie pierwszy raz zaliczający w karierze tak dotkliwą porażkę), jak i Hawn zniknęli z ekranów na dobre piętnaście lat (on był w zeszłym roku Howardem Hughesem, jej tegoroczny film jest w fazie postprodukcji).

Keaton wpadła w świat podobnych jakościowo komedyjek, które trzepie non-stop z różnym skutkiem. Kariera Kinski, jak i dwóch scenarzystów odpowiedzialnych za cały koszmarek właściwie umarła; a reżyser, Peter Chelsom, musiał w ramach pokuty zrobić film o Hani Montanie. Co ciekawe, ten zwrócił się bez problemu.

Advertisement

 

Skąd wiesz?

RAPORT. Obywatel Jones made in USAKuriozum finansowe być może jeszcze większe od wcześniejszego przykładu. Mija dziewięć lat i ponownie mamy komedię romantyczną w gwiazdorskiej obsadzie, z dokrętkami i z R-ką na pokładzie (rym niezamierzony). Z tą różnicą, że udział Reese Witherspoon, Paula Rudda, Owena Wilsona i Jacka Nicholsona w filmie Jamesa L. Brooksa kosztował… 120 baniek na czysto. Nie powinno zatem dziwić, że rezultat był bardzo podobny, choć nie aż tak przygnębiający.

Na całym świecie film zarobił niecałe 50 milionów, czyli prawie tyle, ile wyniosły gaże wszystkich gwiazd. I było to możliwe dopiero po zmianie kategorii wiekowej na bardziej przystępne PG-13, co zapewne pociągnęło za sobą rzeczone dokrętki i zmiany montażowe. Sądząc po nieprzychylnym odbiorze nie przysłużyły się one gotowemu produktowi. Zniechęciły też Nicholsona do występów przed kamerą – legendarny aktor poszedł śladami Beatty’ego i dopiero niedawne doniesienia wskazują na to, że po siedmiu latach wróci z emerytury. Za to Brooks dalej milczy…

Advertisement

 

Wojna Harta

Kiedy w 2002 roku Colin Farrell wchodził na plan Wojny Harta, był relatywnie nieznanym aktorem. Cała produkcja stała gwiazdą Bruce’a Willisa. A kiedy robi się film wojenny z Bruce’em Willisem w roli głównej, to nie można oszczędzać. I rzeczywiście – w przypadku tego tytułu mówi się o wydatku mieszczącym się w przedziale 70-95 milionów dolarów. Niewielka część z tej sumy z pewnością poszła na scenariusz – poprawiany i przepisywany niemal do samego końca i ostatecznie mający niewiele wspólnego ze swoim książkowym pierwowzorem, którego niektórzy z zaangażowanych ghost writerów w ogóle nie czytali.

Jednak ani to, ani właściwie nic innego nie tłumaczy tak dużej porażki filmu w kinowych kasach, z których na całym świecie uzyskano jedynie 1/3 sumy wyjściowej. Dziwne, zważywszy, że projekt ten zebrał całkiem pozytywne recenzje oraz nie miał zbyt wielkiej konkurencji w dniu premiery. Posiadał natomiast kategorię R i spore opóźnienie w dystrybucji poza Stanami Zjednoczonymi. Ot, zwykły niefart i tyle. I chociaż studio MGM odczuło nietrafioną inwestycję, to tym razem obyło się bez ofiar w karierach. Inna sprawa, że Willis od tego momentu samoistnie zaczął się spalać jako aktor.

Advertisement

 

Wyścig

Ze wszystkich wymienionych tutaj filmów, bolidowa kraksa Sylvestra Stallone’a z 2001 roku sprzedała się relatywnie najlepiej. Film w reżyserii Renny’ego Harlina (kolejny specjalista od topienia budżetów) zdołał zarobić bowiem na całym globie prawie 55 milionów zielonych. Cóż jednak z tego, skoro całkowite koszta tej dziejącej się pośród kierowców rajdowych historii zjadły tych milionów aż 94. Trzeba zresztą przyznać, że projekt ten, choć budzący swego czasu dużą ekscytację, był od początku skazany na porażkę.

Dość napisać, że Stallone zabiegał przez pięć lat o jego realizację – czas, w trakcie którego powstało aż 25 różnych wersji scenariusza (!), z których wiele posiadało wątki autobiograficzne, a część odnosiła się do faktów z życia Formuły 1. W swym ostatecznym kształcie film liczył sobie ponad cztery godziny materiału, z którego do kin trafiło zaledwie 116 minut. Nie dziwne, że zarówno krytycy, jak i widzowie nie pozostawili na nim suchej nitki, co przełożyło się między innymi na stos nominacji do Złotych Malin. Til Schweiger, który zagrał tutaj główną rolę, przestał się potem właściwie liczyć na amerykańskiej ziemi, podobnie jak i Estella Warren, która w tym samym roku zagrała w innej katastrofie o nazwie Planeta małp. Również i Harlin trafił na dobre do drugiej ligi. Sly natomiast wrócił do swoich dobrze sprawdzonych marek, a Driven żałuje ponoć po dziś dzień.

Advertisement

 

Zoom: Akademia superbohaterów

Zanim Marvel na dobre rozkręcił superbohaterski biznes, facetów w trykotach próbowano ugryźć na różne sposoby, często kończące się fiaskiem. Tak właśnie było w przypadku filmu Petera Hewitta, który po psychozie, jaką był Garfield, postanowił w 2006 roku zaserwować widowni równie niski poziom humoru w komedii o starych herosach uczących młodzików bohaterskiego fachu. W tle oczywiście ratowanie świata. A w obsadzie między innymi Tim Allen, Courteney Cox, Chevy Chase i Kate Mara. W kasie natomiast teoretycznie 35 milionów dolarów, a w rzeczywistości aż 75.

Niespełna półtoragodzinny filmik dla całej rodziny przepadł tak artystycznie, jak i finansowo, przynosząc dochód na poziomie zaledwie 12,5 miliona zielonych – i to na całym świecie! Recenzje były miażdżące i nie oszczędzano w nich nikogo. Posypały się także antynagrody. Dopiero z czasem zaczęto patrzeć na to dzieło lekko przychylniejszym okiem, acz nie ulega wątpliwości, że był to w sumie plagiat powstałego rok wcześniej Sky High z Kurtem Russellem (który też jakiejś wielkiej kasy nie zarobił, choć na swoje wyszedł). Dużych reperkusji dla osób zaangażowanych w produkcję nie stwierdzono, choć nikomu w karierze Zoom z pewnością nie pomógł. Zresztą Hewitt nakręcił potem Finna samego w domu – telewizyjne cudo mające w zamierzeniu być duchowym spadkobiercą przygód Kevina. To mówi wszystko.

Advertisement

 

Bonus:

Uwiedziony

Thriller z 2008 roku z obsadą złożoną ze sław pokroju Ewana McGregora, Hugh Jackmana i Michelle Williams, przy wszystkich powyższych jawi się wyjątkowo udanie, gdyż na 25 milionów budżetu zdołał zarobić niecałe 18. Ale to nie pomogło temu debiutowi reżyserskiemu Marcela Langeneggera, który od tego czasu – czyli od blisko dekady – nie zrobił już nowego filmu.

Oczywiście ta lista to tylko wierzchołek góry lodowej, do której eksploracji zachęcam już samodzielnie i/lub w komentarzach.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *