search
REKLAMA
Analizy filmowe

BLADE RUNNER 2049 – arcydzieło cyberpunka. Jak to jest być człowiekiem?

Krzysztof Nowak

10 grudnia 2020

REKLAMA

Zadawane w Blade Runnerze Ridleya Scotta pytania o naturę człowieczeństwa, do dzisiaj będące nieodzowną częścią każdego cyberpunkowego dzieła, w wydanej 35 lat później kontynuacji wciąż rozbrzmiewają z podobną mocą. Jak się okazuje, upływ czasu wcale nie przyniósł oczekiwanych odpowiedzi, a obecne w pierwowzorze analogie bez problemu można było przenieść także do współczesnego filmu. I choć technologicznie oraz ewolucyjnie jesteśmy daleko od wizji proponowanej w roku 1982, to wydaje się, że coraz lepiej rozumiemy poruszane tam problemy. Nawet jeśli akurat udajemy, że wcale nas nie dotyczą.

Tekst opisuje kluczowe elementy fabuły obu części Blade Runnera.

Odzwierciedlenie wspomnianych problemów znajdziemy już w zarysie świata przedstawionego, gdyż wyniszczona kryzysem ekologicznym planeta może być pewną ponurą alternatywą naszej przyszłości. Wszechobecny w pierwszym filmie smog – otaczający miasto, unoszący się nad nim, także wnikający w jego uliczki – to jeden z wielu powodów, przez które deszcz tak często spada na bohaterów. Ta Ziemia stopniowo wyludnia się, a ludzkość, uciekając przed efektami własnych działań, zostawia za sobą głównie niższe klasy społeczne, szczury i karaluchy. Nic dziwnego, że pierwsza część jest tak klaustrofobiczna i momentami przypomina wizję rodem z horroru – jej świat jest pułapką, jaką zastawili na samych siebie napędzani chciwością ludzie. I mimo że w drugiej znajdziemy znacznie więcej otwartych przestrzeni, świadomy obecnego w scenariuszu Hamptona Fanchera i Davida Webba Peoplesa (a w drugiej części także Michaela Greena) ekologicznego manifestu Denis Villeneuve rozszerza perspektywę choćby o zanurzone w piasku Las Vegas.

Znamienne jest to, że do świata, z którego ludzki gatunek tak żwawo ucieka, zbiegli replikanci przybywają, by dowiedzieć się więcej o swoim istnieniu. Ścigani procesem starzenia się, w ich przypadku celowo przyspieszonym w stosunku do naszego, a także przez organy władzy w postaci granego przez Harrisona Forda Ricka Deckarda usiłują poznać odpowiedź na pytanie, czy można uratować ich od zbliżającej się śmierci. Teza o dążeniu do nieśmiertelności byłaby tutaj nadużyciem, jednak fakt, że niezależnie od pochodzenia sen z powiek spędzają nam podobne wątpliwości, tym bardziej przybliża nas do reprezentowanej przez Roya Batty’ego (Rutger Hauer) grupy androidów. Niestety replikant otrzymuje informację o nieuchronności swojego odejścia tuż przed trzecim aktem historii i jest zmuszony do pogodzenia się z losem.

Jak tłumaczy John Truby w książce The Anatomy of Story: „Prawdziwy przeciwnik nie tylko chce powstrzymać bohatera przed osiągnięciem swojego celu, lecz także rywalizuje z nim o niego”. Co jest ukrytym celem zarówno Batty’ego, jak i Deckarda? Być wolnym. W rozmowie z przełożonym protagonista z góry odmawia zlecenia morderstwa uciekinierów – mimo to zostaje postawiony przed faktem dokonanym i jego negatywna odpowiedź nie ma tak naprawdę znaczenia. „Nie masz wyboru”, mówi z uśmiechem wąsaty mężczyzna. W przeciwieństwie do niego Batty przestał przyjmować rozkazy jeszcze przed rozpoczęciem wydarzeń z filmu. Kiedy Sebastian każe dwójce androidów „pokazać, co potrafią”, ten informuje go, że nie są komputerami, jednocześnie jasno dając do zrozumienia, że nie zamierzają robić niczego wbrew sobie. Tym samym zakończenie, w którym Deckard nie tylko zawodzi – wszak niemal ginie w starciu z oponentem – ale i doprowadza do końca śledztwo, którego nigdy nie chciał się podjąć, paradoksalnie okazuje się triumfem replikanta. Oto bowiem, pogodzony z własnym losem robot, ostatecznie przechodzi test empatii i ratuje swojego przeciwnika, zapewne świadomy, jak wielkim bezsensem byłaby ta dodatkowa śmierć. Chwilę później zaś, w mieszającej smutek z ponurym spełnieniem przemowie zachwyca się nad tym, jak dużo piękna zobaczył w trakcie krótkiego życia, całość kończąc niedopowiedzeniem, jak dużo mógłby zobaczyć, gdyby tylko dano mu szansę.

Przechodząc do filmu Villeneuve’a, nie będzie szczególnie błyskotliwym stwierdzenie, że przedstawionemu tam oficerowi K (Ryan Gosling) znacznie bliżej do Roya Batty’ego niż Ricka Deckarda. Pomijając oczywistą przynależność gatunkową (już na początku jasnym staje się, że K jest replikantem), nowy łowca androidów także próbuje wieść „ludzkie” życie, a do tego w wyniku splotu wydarzeń staje się elementem układanki lejtmotywu dylogii. Banalne, zdawałoby się, zlecenie zabicia (nazywanego w tym świecie „przejściem na emeryturę”) pozostającego na wolności replikanta stopniowo przekształca się bowiem w ogromną sieć intryg, kiedy badania szczątków pochowanej w jego ogródku kobiety wykazują, że nie tylko była ona androidem – ale i androidem, który urodził dziecko.

Avatar

Krzysztof Nowak

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA