Publicystyka filmowa
BLADE RUNNER 2049 – arcydzieło cyberpunka. Jak to jest być człowiekiem?
W BLADE RUNNER 2049 pytania o człowieczeństwo powracają z nową siłą w dystopijnym świecie, który nieustannie zmusza do refleksji.
Zadawane w Blade Runnerze Ridleya Scotta pytania o naturę człowieczeństwa, do dzisiaj będące nieodzowną częścią każdego cyberpunkowego dzieła, w wydanej 35 lat później kontynuacji wciąż rozbrzmiewają z podobną mocą. Jak się okazuje, upływ czasu wcale nie przyniósł oczekiwanych odpowiedzi, a obecne w pierwowzorze analogie bez problemu można było przenieść także do współczesnego filmu. I choć technologicznie oraz ewolucyjnie jesteśmy daleko od wizji proponowanej w roku 1982, to wydaje się, że coraz lepiej rozumiemy poruszane tam problemy. Nawet jeśli akurat udajemy, że wcale nas nie dotyczą.
Tekst opisuje kluczowe elementy fabuły obu części Blade Runnera.
Odzwierciedlenie wspomnianych problemów znajdziemy już w zarysie świata przedstawionego, gdyż wyniszczona kryzysem ekologicznym planeta może być pewną ponurą alternatywą naszej przyszłości. Wszechobecny w pierwszym filmie smog – otaczający miasto, unoszący się nad nim, także wnikający w jego uliczki – to jeden z wielu powodów, przez które deszcz tak często spada na bohaterów. Ta Ziemia stopniowo wyludnia się, a ludzkość, uciekając przed efektami własnych działań, zostawia za sobą głównie niższe klasy społeczne, szczury i karaluchy.
Nic dziwnego, że pierwsza część jest tak klaustrofobiczna i momentami przypomina wizję rodem z horroru – jej świat jest pułapką, jaką zastawili na samych siebie napędzani chciwością ludzie. I mimo że w drugiej znajdziemy znacznie więcej otwartych przestrzeni, świadomy obecnego w scenariuszu Hamptona Fanchera i Davida Webba Peoplesa (a w drugiej części także Michaela Greena) ekologicznego manifestu Denis Villeneuve rozszerza perspektywę choćby o zanurzone w piasku Las Vegas.
Znamienne jest to, że do świata, z którego ludzki gatunek tak żwawo ucieka, zbiegli replikanci przybywają, by dowiedzieć się więcej o swoim istnieniu. Ścigani procesem starzenia się, w ich przypadku celowo przyspieszonym w stosunku do naszego, a także przez organy władzy w postaci granego przez Harrisona Forda Ricka Deckarda usiłują poznać odpowiedź na pytanie, czy można uratować ich od zbliżającej się śmierci. Teza o dążeniu do nieśmiertelności byłaby tutaj nadużyciem, jednak fakt, że niezależnie od pochodzenia sen z powiek spędzają nam podobne wątpliwości, tym bardziej przybliża nas do reprezentowanej przez Roya Batty’ego (Rutger Hauer) grupy androidów. Niestety replikant otrzymuje informację o nieuchronności swojego odejścia tuż przed trzecim aktem historii i jest zmuszony do pogodzenia się z losem.
Jak tłumaczy John Truby w książce The Anatomy of Story: „Prawdziwy przeciwnik nie tylko chce powstrzymać bohatera przed osiągnięciem swojego celu, lecz także rywalizuje z nim o niego”. Co jest ukrytym celem zarówno Batty’ego, jak i Deckarda? Być wolnym. W rozmowie z przełożonym protagonista z góry odmawia zlecenia morderstwa uciekinierów – mimo to zostaje postawiony przed faktem dokonanym i jego negatywna odpowiedź nie ma tak naprawdę znaczenia. „Nie masz wyboru”, mówi z uśmiechem wąsaty mężczyzna. W przeciwieństwie do niego Batty przestał przyjmować rozkazy jeszcze przed rozpoczęciem wydarzeń z filmu.
Kiedy Sebastian każe dwójce androidów „pokazać, co potrafią”, ten informuje go, że nie są komputerami, jednocześnie jasno dając do zrozumienia, że nie zamierzają robić niczego wbrew sobie. Tym samym zakończenie, w którym Deckard nie tylko zawodzi – wszak niemal ginie w starciu z oponentem – ale i doprowadza do końca śledztwo, którego nigdy nie chciał się podjąć, paradoksalnie okazuje się triumfem replikanta. Oto bowiem, pogodzony z własnym losem robot, ostatecznie przechodzi test empatii i ratuje swojego przeciwnika, zapewne świadomy, jak wielkim bezsensem byłaby ta dodatkowa śmierć. Chwilę później zaś, w mieszającej smutek z ponurym spełnieniem przemowie zachwyca się nad tym, jak dużo piękna zobaczył w trakcie krótkiego życia, całość kończąc niedopowiedzeniem, jak dużo mógłby zobaczyć, gdyby tylko dano mu szansę.
Przechodząc do filmu Villeneuve’a, nie będzie szczególnie błyskotliwym stwierdzenie, że przedstawionemu tam oficerowi K (Ryan Gosling) znacznie bliżej do Roya Batty’ego niż Ricka Deckarda. Pomijając oczywistą przynależność gatunkową (już na początku jasnym staje się, że K jest replikantem), nowy łowca androidów także próbuje wieść „ludzkie” życie, a do tego w wyniku splotu wydarzeń staje się elementem układanki lejtmotywu dylogii.
Banalne, zdawałoby się, zlecenie zabicia (nazywanego w tym świecie „przejściem na emeryturę”) pozostającego na wolności replikanta stopniowo przekształca się bowiem w ogromną sieć intryg, kiedy badania szczątków pochowanej w jego ogródku kobiety wykazują, że nie tylko była ona androidem – ale i androidem, który urodził dziecko.
Przełożona K nie ma wątpliwości co do konieczności zachowania informacji o nieznanej córce lub synu robota w tajemnicy. „Świat jest zbudowany na murze. Mur dzieli gatunki. Powiedz którejś ze stron, że nie ma muru, a sprowadzisz na nas wojnę. Albo rzeź”. To otwiera pole do interpretacji filmu jako komentarza społecznego na temat rasizmu – nie jest to zresztą jedyna przesłanka ku takiemu odczytowi. Wystarczy spojrzeć na sposób, w jaki łowcę androidów traktuje się w siedzibie firmy, oraz trudne do przeoczenia napisy na drzwiach jego mieszkania. Podziały rasowe, które być może w tym świecie zniknęły z polityki międzyludzkiej, zostały z pewnością przeniesione na grunt obcowania z replikantami.
Możemy tu znaleźć sugestię tego, że niezależnie od naszej kondycji jako społeczeństwa zawsze wynajdziemy sobie konflikt. W słowach szefowej jasno wybrzmiewa zresztą przekaz, że istnienie przeciwstawnych stronnictw stanowi fundament zachowania pokoju.
To nie jedyny komentarz społeczny obecny w dziele Villeneuve’a. Swego czasu małą burzę w środowisku krytyki filmowej wywołało oskarżenie Blade Runnera 2049 o mizoginizm. Taką tezę znajdziemy w recenzjach Charlotte Gush i Anny Smith, a także u Tima Hayesa.
Nie żeby nie było ku temu podstaw – przypomnijmy, że jedna kobieca bohaterka jest prostytutką, druga pracującą dla zaślepionego ambicją magnata morderczynią, trzecia uosabia wizję usłużnej gospodyni domowej, a czwarta pomimo wysokiego stanowiska ginie w okrutny sposób. W odpowiedzi na zarzuty reżyser wyjaśnił, że toksyczna męskość jest częścią świata przedstawionego i bez względu na własną wrażliwość musiał go tak ukazać. Za takim usprawiedliwieniem przemawia widoczna w filmie, atakująca nasze oczy agresywnymi neonowymi billboardami pornografizacja popkultury. A zanim uznamy, że to jednak krok za daleko – pragnę zwrócić uwagę choćby na co poniektóre teledyski współczesnych wykonawców muzyki rozrywkowej.
Skoro już wspomnieliśmy o usłużnej gospodyni domowej – tę odgrywa Joi (Ana de Armas), program mający za zadanie pełnić funkcję towarzyszki życiowej. Fakt, że imituje ona stereotypową strażniczkę ogniska domowego, postrzegam jako odzwierciedlenie wewnętrznych pragnień oficera K. Czy to znaczy, że jest on mizoginem? Nie to mam na myśli – po prostu jest androidem pragnącym zostać człowiekiem. Zadaniem Joi jest w tym przypadku dostosowanie się do jego wyobrażeń idealnego pożycia małżeńskiego – a że nie ma wzorców rodzinnych, z których mógłby czerpać, oczywistym staje się, że będzie powielał wizję ugruntowaną w ludzkiej kulturze. Wizję kobiety podającej mężczyźnie posiłek po powrocie z pracy. Naturalnie próby „uczłowieczenia się” protagonisty tylko przybiorą na sile, gdy znajdzie kluczowy dla śledztwa dowód.
W pierwszym filmie replikanci byli pozbawieni wspomnień – stanowili swoiste tabula rasa. Na przestrzeni 40 lat to się zmieniło: w głowach androidów Wallace’a (granego przez Jareda Leto genialnego wynalazcy, którego korporacja przejęła status dr Tyrella) rozbrzmiewają echa przeszłości, dla nich samych stanowiące okrutny żart twórcy. Opowieść z dzieciństwa o schowanej w piwnicy figurce jest dla K jedynie anegdotą – przynajmniej do czasu, gdy okazuje się, że zamiast ze sfabrykowaną iluzją ma do czynienia z rzeczywistym wspomnieniem. Po poznaniu tej tajemnicy po raz pierwszy nie udaje mu się przejść testu replikanta.
Zostaje wycofany ze służby i ma oczekiwać nadejścia służb porządkowych (zapewne w celu przyspieszonego przejścia na emeryturę). Oficer K przekonany o tym, że nie jest ani człowiekiem, ani robotem – stanowi nowe ogniwo ewolucji – tym razem nie zamierza podporządkowywać się rozkazom i wyrusza na poszukiwanie Ricka Deckarda.
Na fenomenalnie zrealizowanej i sfilmowanej, skąpanej w intensywnym pomarańczu pustyni Las Vegas rozwiąże się wiele kwestii filmu: Joi zostanie dosłownie zmiażdżona, Deckard przejęty przez korporację Wallace’a, a uratowany przez stronnictwo rebeliantów oficer K pozna prawdę o swojej roli. Na razie skupmy się jednak na tym drugim wydarzeniu, gdyż cementuje ono inny ważny temat filmu. Wspomnianego magnata napędza obsesja na punkcie dorobku dr Tyrella, stąd posłuszna mu androidka od początku przygląda się śledztwu K.
Choć wynalazca stworzył maszyny ewidentnie lepsze w praktycznym zastosowaniu od swojego poprzednika, to wciąż ponosi klęskę, jeśli chodzi o zdolność prokreacyjną. Największa porażka spotyka go zaś wtedy, gdy przekonany, że jednak udało mu się idealnie odtworzyć Rachael (odmłodzona w stopniu do złudzenia przypominającym siebie sprzed lat Sean Young), w istocie popełnia błąd – Deckard zauważa, że ma inne oczy. Pogrążony w szaleństwie Wallace stanowi więc jednocześnie postać największego ekranowego mizogina, jak i swego rodzaju spostrzeżenie co do natury najbardziej toksycznych przedstawicieli męskiej społeczności. Nie da się bowiem ukryć, że postrzega postaci kobiece przede wszystkim jako inkubatory, a w swoich dążeniach pragnie stworzyć istoty zdolne do sztucznego przedłużenia życia.
Warto zwrócić uwagę na obecność religijnej symboliki, w szczególności odnoszącej się do wiary chrześcijańskiej, jaką możemy znaleźć i w oryginale, i kontynuacji. Obecne w obu częściach zdradliwe, iście judaszowskie pocałunki, podobieństwo replikantów do aniołów (ich jedynym zadaniem jest służba) oraz sceny ewidentnych cytatów wizualnych – trzymający w finale Blade Runnera gołębia Batty czy dotykany przez tłum dzieci w Blade Runnerze 2049 oficer K. W kontynuacji dodany zostaje również motyw kreacjonizmu, motor napędowy fabuły, a co za tym idzie – przekraczanie granic pomiędzy człowiekiem a istotą boską. Zwłaszcza w postaci Wallace’a możemy upatrywać kompleksu Boga i wiążących się z nim prób wywrócenia do góry nogami istniejących od zawsze w naturze zasad.
Wróćmy jednak do oficera K, który podczas konfrontacji z podziemną organizacją buntowników dowiaduje się druzgoczącej dla niego rzeczy – tajemniczym dzieckiem tak naprawdę jest pracownica „fabryki wspomnień”, dr Ana Stelline (Carla Juri). Jego wspomnienia są jedynie mistyfikacją, a nadzieja na bycie kimś (czymś?) więcej, jaką żył w ciągu ostatnich kilku dni, momentalnie pryska. Okazuje się, że po części realizował założenia jeszcze innej strony konfliktu, tym samym przez cały czas pozostając marionetką ciągniętą przez różne sznurki. „Umrzeć w słusznej sprawie to najbardziej ludzka rzecz”, informuje go rebeliantka, jednocześnie wydając kolejny rozkaz: zabić Deckarda.
Na tym etapie główny bohater jest już zmęczony ciągłą kontrolą. Niczym Batty z pierwszej części podejmuje decyzję o uratowaniu Deckarda nie jako efekt służbowej dyscypliny, nie w wyniku sugestii grupy buntowników, a tym bardziej nie jako wypadkową przeznaczenia, lecz z powodu najbardziej błahego ze wszystkich – przyzwoitości. Kiedy przyprowadza mężczyznę do nigdy nie widzianej córki, a ten zaskoczony pyta go, dlaczego to zrobił, nie odpowiada, uśmiechając się tylko tajemniczo. Odpowiedź jest w tym przypadku zbyteczna, bo nasze działania wcale nie muszą być racjonalne. Daruję sobie truizm o wolności wyboru jako podstawach człowieczeństwa, gdyż nie sądzę, by po wydarzeniach przedstawionych w filmie K zależało jeszcze na byciu człowiekiem. Myślę, że w tamtym momencie zależało mu już tylko na jednym: na byciu wolnym.
I kiedy przychodzi czas na te kluczowe reakcje, reakcje o wiele bardziej istotne niż odpowiedź na pytanie, co zrobić z przewróconym na grzbiet żółwiem, cała trójka najważniejszych dla świata Blade Runnera replikantów zdaje test empatii pozytywnie – Batty, gdy ratuje Beckarda od upadku, K, gdy łączy zaginionego ojca z córką, i Rachael, gdy poznając prawdę o swoim pochodzeniu, roni łzy. Możliwość podjęcia decyzji i, co za tym idzie, ucieczka od losu niewolnika wydaje mi się kluczowym motywem analizowanej dylogii.
Motywem tym bardziej korespondującym ze współczesnością, że ruchy feministyczne i równościowe cały czas walczą o pozwolenie na samodecydowanie – niezależnie od tego, czy chodzi o zrównanie podziałów społecznych, prawo aborcyjne, czy w końcu kwestie takie jak korekta płci. Wtedy smutna prawda wychodzi na jaw: oglądana na ekranie paralela losu replikantów do mniejszości jest być może nawet zbyt zachowawcza, by w pełni oddać teraźniejsze problemy.
Jest coś bez wątpienia wzruszającego w scenie, kiedy K dowiaduje się, że nie jest tajemniczym dzieckiem. Poza prawdopodobnym związkiem emocjonalnym, w wyniku którego na własnej skórze odczujemy rozczarowanie androida, bohater staje się wtedy poniekąd orędownikiem „niewyjątkowych”. Choć nasze urodzenie bardzo często decyduje o statusie społecznym czy finansowym, to nigdy nie jesteśmy „skazani” na sukces – możemy na niego jedynie zapracować. W związku z tym oficer K wcale nie musi otwierać nowej drabinki ewolucji, by zrobić dobrą rzecz – ostatecznie decyzję podejmuje na bazie własnych, nieporównywalnie mniej monumentalnych, doświadczeń.
Wychodzi na to, że czasami nie trzeba zastanawiać się nad tym, co definiuje człowieczeństwo, bo wciąż jest to jedynie definicja. Po ponad 40 latach okazuje się, że Batty nie miał racji, gdy mówił, że wszystkie te momenty przepadną jak łzy na deszczu. Skutki działań dwójki androidów żyją nadal i tylko dlatego, że w kluczowej chwili wybrali właściwie.
