Artykuł

WOJNY KLONÓW. Doskonale przemyślane uzupełnienie prequeli GWIEZDNYCH WOJEN

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Mroczne widmo, Atak klonówZemsta Sithów to dzieła wzbudzające skrajnie odmienne opinie. Filmy te nierzadko są mieszane z błotem przez fanów wychowanych na oryginalnej trylogii i zarazem hołubione przez tych, którzy wspominają Mroczne widmo jako swój pierwszy kontakt z serią (i przy okazji często są najgłośniejszymi krytykami/hejterami gwiezdnowojennych produkcji spod znaku Disneya). W tym zróżnicowaniu opinii niemałą rolę odgrywa nostalgiczna tęsknota za dzieciństwem i przywiązanie do własnej wizji kosmicznego uniwersum. Piękno i zarazem przekleństwo Gwiezdnych wojen wynika właśnie z tego, jak potężne emocje wśród całych pokoleń widzów wywołuje ta seria.

Obiektywnie mówiąc, prequele miały wiele poważnych problemów. Nadmiar umiarkowanie przekonującego CGI, drętwe dialogi, nieporywające (z wyjątkami) aktorskie występy i zaniedbanie ważnych wątków – chyba trudno kłócić się z takimi zarzutami. Z drugiej strony, otrzymaliśmy jednak fascynującą wizję pogrążonej w chaosie Republiki, skonfliktowanego Zakonu Jedi i gigantycznej wojny, która okazała się zaledwie narzędziem w rękach opętanego rządzą władzy potwora. Wojny klonów to niewątpliwie jeden z najciekawszych rozdziałów uniwersum George’a Lucasa, nic dziwnego więc, że doczekały się one całej sterty poświęconych im książek i komiksów, a także kilku gier i dwóch seriali animowanych. Pierwsza ze wspomnianych produkcji poszerza uniwersum w niewielkim stopniu i pozostaje przede wszystkim świadectwem fantastycznej wizji artystycznej Genndy’ego Tartakovsky’ego. To udane dzieło, ale znacznie mniej ambitne niż serial, którego dotyczy ten tekst.

Niezrozumiany falstart

Wojny klonów zadebiutowały niemal dekadę temu w formie pełnometrażowej produkcji, którą wyświetlano w kinach. Był to średnio udany start, gdyż wspomniany film wypadał dość marnie w towarzystwie takich dzieł jak WALL-E czy Kung-Fu Panda. Trudno jednak oczekiwać kinowych standardów po animacji przeznaczonej dla telewizji (i dysponującej 1/10 budżetu filmów Pixara), dlatego film z 2008 roku należy traktować nie jako hit multipleksów, a półtoragodzinnego pilota nowego serialu. I w tej roli sprawdza się on świetnie. Począwszy od intensywnej bitwy o Christophsis, przez fantastyczną wspinaczkę maszyn kroczących i eksplorację mrocznego klasztoru, aż po bardziej kameralną konfrontację na Tatooine – interesujących inscenizacyjnych pomysłów z pewnością tu nie brakuje.

Poziom animacji może nie jest godny sali kinowej, ale jak na serial prezentuje się wyśmienicie.

Bardzo dobre oświetlenie, tekstury wyglądające jak namalowane farbami i odejście od fotorealizmu na rzecz nieco karykaturalnych postaci – nie każdy polubi ten styl, ale z pewnością jest on oryginalny. Wszystko to oprawiono odważną jak na Gwiezdne wojny ścieżką dźwiękową wykorzystującą gitarę elektryczną i instrumenty kojarzone z orientalną muzyką. Decyzja o użyciu gitar to kwestia dyskusyjna, ale egzotyczne nuty idealnie pasują do planety Teth, na której ma miejsce środkowy akt filmu.

Spisek Separatystów próbujących skłócić kartele Huttów z Republiką przedstawiono niestety dość naiwnie i trudno to traktować jako coś więcej niż pretekst do kolejnych sekwencji akcji. Siła historii tkwi jednak w jej postaciach – Anakinie, Obi-Wanie i świeżo upieczonej padawance tego pierwszego, Ahsoce Tano. Co ciekawe, początkowym zamysłem twórców było skoncentrowanie się na załodze statku przemytniczego zaludnionego przez zupełnie nowych bohaterów. Postaci filmowe miały pojawiać się wyłącznie okazjonalnie, co nie przypadło do gustu Lucasowi. Twórca Gwiezdnych wojen zadecydował, że sercem serialu będą bohaterowie, których znamy z wielkiego ekranu, w efekcie czego to właśnie o nich opowiada pełnometrażowy pilot i to wychodzi mu najlepiej (początkowy koncept zrealizowano przy następnym serialu animowanym, o którym wspomnę później). Pełna przekomarzania się i wzajemnego szacunku przyjaźń Obi-Wana i Anakina, krnąbrna Ahsoka, w której Skywalker może zobaczyć samego siebie (i zrozumieć udrękę swojego dawnego mistrza), i senator Amidala, której nieobce są agresywne negocjacje – ten nierówny film momentami znacznie lepiej radzi sobie z tymi postaciami niż cała skupiona na nich trylogia.

Mając już za sobą wprowadzenie do tematu i wyjaśnienie kwestii pilota, pozostaje ważne pytanie: Co Wojny klonów zrobiły jak trzeba i dlaczego cieszą się taką popularnością u fanów?

Ostatnio dodane