Recenzje

HAN SOLO: GWIEZDNE WOJNY – HISTORIE. Recenzja (Cannes 2018)

W końcu Gwiezdne wojny w starym, dobrym stylu.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Tru story, bro

Już od ładnych kilku lat trwa w najlepsze batalia o dalsze losy sagi George’a Lucasa. Odkąd uniwersum przejął Disney zyskało ono kilka różnych oblicz, które mocno podzieliły fanów względem nowej polityki. Największą ofiarą oczekiwań stał się paradoksalnie najmniej oczekiwany tytuł – spin-off o genezie Hana Solo sprzed epoki Nowej nadziei. Burzliwe losy tej produkcji – w pewnym momencie przerwanej i dokończonej po dodatkowych kosztach przez innego reżysera – od początku nie zwiastowały niczego dobrego. Cytując klasyka, wszyscy mieli “bad feelings about this”. A tymczasem los spłatał nam figla i właśnie doczekaliśmy się Gwiezdnych wojen z prawdziwego zdarzenia – takich, o które walczyliśmy…

Karty na stół: jest dobrze, miejscami bardzo dobrze. I to praktycznie pod każdym możliwym względem. Fabuła jest pretekstowa (ale też nie tak do końca) i skupia się po prostu na początkach przemytniczej kariery pewnego kosmicznego zawadiaki. Widzimy więc jego pierwsze kanty, za które przyjdzie mu słono zapłacić; krótką przygodę w Imperialnej armii, a w końcu także galaktyczne przygody w roli pilota oraz szmuglera. Jest w tym wszystkim miłość, przyjaźń stara i dopiero się zawiązująca, jest w końcu i osoba mentora na miarę Obi Wana-Kenobiego (no, prawie). A w ostatecznym rozrachunku jest też wszystko to, czego zabrakło poprzednim filmom pokroju Ostatniego Jedi czy Łotra 1, czyli: naprawdę ciekawa, wciągająca historia, którą warto było zobrazować; emocje, świetnie nakreślone, charyzmatyczne postaci, którym chce się kibicować; sporo nowych, ciekawych lokacji, o których dotychczas co najwyżej czytaliśmy; angażująca, znakomicie przemyślana akcja; autentycznie zabawny, niczym niewymuszony humor oraz – co najważniejsze – mnóstwo nieskrępowanej zabawy na całego.

Film żywcem wyjęty z Kina Nowej Przygody.

I to zabawy nie tylko znanymi motywami (również tymi muzycznymi, które wspaniale przearanżował tym razem John Powell), cytatami, postaciami czy odniesieniami, które wyłapią jedynie największe nerdy. Zabawy tak po prostu. Kropka. Han Solo jest bowiem filmem jakby żywcem wyjętym z Kina Nowej Przygody, czyli tworem być może pozbawionym większych ambicji, lecz pod względem rozrywki spełniającym swe zadanie lepiej od chociażby ostatniej i do granic napuszonej trzeciej części Avengersów. To film, który bez większej spiny i bez uderzania co chwila w nostalgiczne tony zwyczajnie poprawia samopoczucie, budząc w nas dzieciaki, które kiedyś z takim samym podnieceniem śledziły popisy “starego” Hana Solo w osobie Harrisona Forda.

A skoro już przy tym jesteśmy. Tak, Alden Ehrenreich był dobrym wyborem. Nie wiem czy najlepszym, bo dorównać Fordowi mógłby tylko sam Ford. Ale Han Solo w wykonaniu Aldena to dokładnie ten Han Solo, którego przed laty pokochaliśmy – (zbyt) pewny siebie zawadiaka i kobieciarz o charakterystycznym grymasie, pełen szalonych i nie zawsze udanych pomysłów, zadziorny chłopak, któremu tutaj marzy się przede wszystkim własny statek i wolność spędzona w “przestworzach”. Pewnie znajdą się tacy, co na jego występ będą kręcić nosem, jednak z ręką na sercu trzeba przyznać, że wszelkie obawy względem angażu Ehrenreicha były bezpodstawne, bo gość ma w sobie i odpowiednią ilość charyzmy i niemal wrodzony urok, by bardzo szybko zjednać sobie naszą sympatię. Ma też doskonałą chemię z pozostałą ekipą aktorską, również dobraną w zasadzie perfekcyjnie.

O to, że Woody Harrelson czy Paul Bettany zejdą poniżej pewnego poziomu, nie trzeba się było martwić. Jednak i młodsze pokolenie bynajmniej im nie ustępuje. Donald Glover to wykapany Lando Carlissian, nawet jeśli tu i ówdzie mógłby się jeszcze trochę dżentelmeńskiej przenikliwości nauczyć od swojego poprzednika. Zaskoczeniem jest natomiast Emilia Clarke – dotychczas wyszydzana za swoją “drewnianą” grę aktorską, tutaj jest prawdziwą heroiną z krwi i kości. Acz bywają momenty, że show z łatwością kradnie jej… głos Phoebe Waller-Bridge, czyli samoświadomy robot L3 – kolejny znakomity dodatek do świata Gwiezdnych wojen. Nie pierwszy i nie ostatni na liście plusów filmu Rona Howarda (czyli twórcy między innymi Kokonu i Willow).

To produkcja daleka od pierwotnie wyczuwalnej w powietrzu mega wpadki sezonu.

Nie będę kłamał, że jest to film idealny, bo nie jest. Utrzymany w stylistyce heist movie projekt naszpikowany jest mniejszymi i większymi schematami oraz innymi naleciałościami gatunku. Ale zarazem wyważony jest na tyle dobrze, że nawet te najbardziej przewidywalne i/lub sztampowe wątki potrafią zaskoczyć czy to doskonale wyważoną dramaturgią, czy też dynamicznie i pomysłowo rozpisanymi, zmontowanymi oraz zrealizowanymi sekwencjami. Cieszy w nich nie tylko zachowanie swoistego realizmu sytuacji (wszechobecna krew i generalnie dość poważny klimat świata przestępczego) oraz nietraktowanie widza jak idioty, ale także i fakt, że niemal każdy element otrzymał swoje pięć minut – od poczciwego Chewbakki, który już dawno na dużym ekranie nie miał okazji pokazać do czego jest zdolny, a na możliwościach Sokoła Milenium kończąc.

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie wszystko dosłownie gra i buczy, z efektami specjalnymi włącznie, sprawiając wrażenie produkcji zapiętej na ostatni guzik, czyli tym samym dalekiej od pierwotnie wyczuwalnej w powietrzu mega wpadki sezonu. Ba! W tym momencie jest to tytuł, który spokojnie może aspirować do miana jednego z najlepszych tegorocznych blockbusterów (ale nie uprzedzajmy faktów).

Trochę szkoda tych paru rys, które pojawiają się głównie w finale, gdzie dochodzi do ujawnienia tożsamości pewnych ważkich postaci i są to niestety wolty pozbawione większego sensu, odrobinę psujące dobre wrażenie. Szczęśliwie nijak nie umniejsza to samej satysfakcji z seansu. A ta jest naprawdę duża. Bo choć nie jest to wielkie, dramatycznie skomplikowane kino, to czuć w nim wyraźnie dużo serca, twórczej radości i tej, jakże przecież potrzebnej magii. To Gwiezdne wojny w starym, dobrym stylu i dokładnie tak samo porywające. Pozbawione wątków mistycznej Mocy, lecz, o ironio!, zdecydowanie zawierające w sobie całe jej pokłady.

P.S. I nie, film nie rozwiązuje odwiecznego problemu: “kto strzelał pierwszy”. Nie musi.

Ostatnio dodane