Analizy filmowe

NIE MA BOGA, BO OBOK KSIĘŻYCA JEST PUSTO. Analiza „Siódmej pieczęci”

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Trupia czaszka jest ciekawsza niż goła dziewka – twierdzi Albertus Pictor, malarz pracujący w kościele. Dobrze jest czasem ludzi postraszyć. Pamięć o tym, że umrą, powoduje strach, a im więcej myślą o śmierci, tym się bardziej boją. Doskonale, bo wtedy wpadają w łapy księży, którym śmierć służy za bicz na niepokorną naturę człowieka. W Siódmej pieczęci Ingmara Bergmana kostucha jest jednak nieświadoma. Nie jest żadnym narzędziem, boskim ani szatańskim. Trudno w to uwierzyć, zwłaszcza że oczy grającego ją Bengta Ekerota mówią więcej niż jego usta – Uważnie się przypatrz. Nie jesteś całkowitym głupcem, więc zrozumiesz. Jestem zawsze z tyłu. Jeśli akurat teraz nie dopadnę twoich bliskich, to przynajmniej będę miała ciebie. Bergman udaje, że wie wszystko o śmierci. Tymczasem boi się jej tak samo jak główny bohater jego filmu, bo nie zna odpowiedzi. Siódma pieczęć to film ironiczny, skrajnie osobisty i tak poważny, że wkracza niepostrzeżenie na teren czarnej komedii. Na dodatek to kino „sprzed wieków”, które wciąż udaje teatr.

Powrót rycerza

Maska śmierci u Bergmana jest podobna do twarzy każdego człowieka.

Jeśli w epoce średniowiecza ktoś podróżował, to najczęściej była to pielgrzymka albo krucjata. Niestety, obydwie te aktywności łączyły się ze śmiercią. Podróżowali też kupcy i urzędnicy, jednak  turystyka jako taka, czyli poznawanie świata dla przyjemności, nie mieściło się w głowie przeciętnego zjadacza chleba. No bo jakże to? W oczach Boga nie godzi się sprawiać sobie rozkoszy. Rodzaj ludzki idealnie pasuje do roli trzody Najwyższego. Można więc ją ogolić do łysa, poranić, zagłodzić, poniżyć, a pod koniec, kiedy już nie będzie mogła wstać z kolan, rytualnie zarżnąć. W taką rzeczywistość zabiera nas Bergman w Siódmej pieczęci. Jej główny bohater, rycerz Antonius Block (Max von Sydow), idealnie wpisuje się w ów ponury klimat, a scena rozgrywająca się na brzegu morza świadczy o monolitycznej, ciężkiej i rozwlekłej atmosferze filmu szwedzkiego geniusza, która taka pozostanie z widzem aż do końca.

Powracającego z krucjaty rycerza poznajemy, kiedy ślęczy nad szachami w pozie nieco przypominającej Adama z obrazu Michała Anioła. Za to jego giermek Jöns (Gunnar Björnstrand) leży jak przysłowiowy wór (albo trup) na kamienistej plaży. Bynajmniej nie jest to żadna sugestia, że istnieje między nimi jakaś różnica klasowa czy kulturowa, która ma znaczenie dla zaprezentowanych w filmie relacji między postaciami. Oczywiście istnieje, i to wręcz przepaść, ale raczej w sensie percepcji wczesnośredniowiecznej rzeczywistości. Rycerz wciąż pyta, czy jest coś jeszcze, czy istnieje Bóg albo czy po śmierci znajdzie się w lepszym świecie. Uzależnia też poczucie własnej wartości i gotowość do opuszczenia świata żywych od znalezienia odpowiedzi na te pytania.

Jöns zaś nie pyta, jakby wszystkie odpowiedzi już znał, i to w negatywnym sensie. Z pewnością takim życiowym malkontentem żadna nadprzyrodzona siła się nie zainteresuje. Inaczej z Antoniusem Blockiem. Śmierć zjawia się szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, zwłaszcza widz nawykły do stopniowego rozwijania się suspensu. Widocznie jest bardzo znudzona zabieraniem życia ludziom, którzy w owych czasach żyją za krótko, by nauczyć się zasadnie pytać o sens.

Siódma pieczęć jest niskobudżetowym filmem zrealizowanym w Europie w latach 50., i to w Szwecji, czyli kraju niewyspecjalizowanym w przemyśle filmowym tak jak np. Francja czy Wielka Brytania, nie wspominając już o USA. Wzorem dzisiejszych produkcji nie zobaczymy więc Antoniusa Blocka powracającego ze świętej wojny na zdobycznej dromonie do szczegółowo odtworzonego scenografią portu. Nie ma żadnego kosztownego wstępu, egzotycznych plenerów ani szczegółowo oddających klimat epoki kostiumów. Są za to symbole: zachmurzone niebo, czarny ptak, szumiące morze i złowrogo brzmiący cytat z Apokalipsy św. Jana 8,1.

Może też dlatego w ciągu pierwszych pięciu minut produkcji dowiadujemy się wszystkiego na temat głównego wątku. Przy filmie trwającym nieco ponad dziewięćdziesiąt minut reżyser nie ma na co czekać, a tematów do pokazania jest dużo. W kolejnych scenach główny problem istnienia jest tylko rozwijany i filozoficznie uściślany, co wielu nieprzygotowanych na teologiczno-ontyczne refleksje widzów może przyprawić o porządny ból głowy. Co jest więc trzonem Siódmej pieczęci?

Wiadomo, po co zjawia się Śmierć, zważywszy na sytuację rycerza. Powrót po dziesięciu latach do domu nie jest łatwy. Antonius nawet nie pamięta, jak wygląda jego żona. Podobno nawet ją kochał, lecz czas i krwawa profesja przyćmiły te wspomnienia. Rycerz doskonale jednak wie, że ciągnie się za nim wszystko to, co robił w czasie krucjaty. Jak by na to nie patrzeć, podąża za nim Śmierć, i właśnie ona w znanej z folklorystycznych legend postaci, w czarnej pelerynie i z kosą w ręku, zjawia się na brzegu morza z zamiarem skrócenia rycerzowi obfitującego w mordercze przygody życia. Antonius Block jednak ani myśli poddać się nawet samej Śmierci. Wymyśla fortel, by jeszcze trochę pożyć i wykorzystać nieśmiertelnego gościa do znalezienia odpowiedzi na dręczące go pytania o sens istnienia. Proponuje więc Śmierci grę w szachy.

Ostatnio dodane