Connect with us

Publicystyka filmowa

5 powodów, dla których WIKING to pie!@#lone ARCYDZIEŁO

Wiking to raj dla poszukiwaczy filmowych, kulturowych i literackich nawiązań, świadectwo imponującej erudycji twórcy.

Published

on

Clickbait? Przesada? Szafowanie hiperbolami? Nie. Po dwóch kinowych seansach nazywam Wikinga Roberta Eggersa arcydziełem z pełną świadomością wagi tego słowa. Ci z was, którzy dzisiaj się ze mną nie zgadzają, zgodzą się pewnie za kilka lat. Mark my words. Tymczasem moje argumenty przemawiające za wybitnością The Northman przedstawiam poniżej, uporządkowane w zgrabnych pięciu punktach.

1. Kino w stanie czystym

Napisać, że Wiking to film pięknie zrealizowany, to nic nie napisać. To dzieło powstało po to, by doświadczać go na wielkim ekranie, w najwyższej jakości dźwięku i obrazu. Dokładnie tak, doświadczać – film oddziałuje na widza wręcz sensorycznie, jest intensywny, wchodzi pod skórę, wywołuje dreszcze, ciarki, przyspieszone bicie serca. To senny koszmar (Eggers, nawet nie kręcąc horroru, pozostaje mistrzem kreowania grozy i poczucia dziwności), ale taki, o którym marzymy, by się nie kończył.

Advertisement

Z pewnością nie każdy odbiorca doceni ten efekt. Większość widzów preferuje kino wtórne wobec literatury, czyli oparte na słowie, opowieści i rozwoju postaci, z którymi łatwo się utożsamić. Jednak Eggers doskonale rozumie, że kino jest medium przede wszystkim audiowizualnym, które do rangi sztuki urasta w momencie doskonałego wykorzystania środków stricte filmowych. A w świecie, w którym opowiedzieliśmy już sobie wszystkie możliwe historie, ważniejsze od co staje się jak – czyli forma, która zawsze jest nośnikiem treści.

Surowe piękno obrazu, bezbłędne tkanie opowieści za pomocą ruchu kamery, stymulująca emocjonalnie i szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa, perfekcyjnie zgrany dźwięk – Eggers miał wsparcie w postaci szeregu specjalistów. To we współpracy z Jarinem Blaschke (operator), Robinem Carolanem i Sebastianem Gainsborough (doskonale zespolony z obrazem soundtrack) oraz całym sztabem techników dostarczył nam dzieło bezkompromisowo artystyczne, niejako wbrew formatowi blockbustera. Za to ryzyko i odwagę w wywaleniu 90 milionów dolarów na produkcję tak nietypową, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie zwróci się w box offisie, należy się szacunek nie tylko reżyserowi, ale i sponsorującej to przedsięwzięcie wytwórni Universal, która przy realizowaniu Wikinga poszła totalnie na przekór wiodącym tendencjom i obdarzyła twórcę ogromnym kredytem zaufania.

Advertisement

Dlatego najnowszy film Eggersa tak mnie cieszy i jest dla mnie takim powiewem świeżości – wielkie pieniądze powinny być przyznawane geniuszom kina, którzy umieją wykorzystać możliwości współczesnej techniki do maksimum. Kurka wodna, no: jak mamy się doczekać kolejnego Kubricka, skoro najgrubsze miliony dostają wyrobnicy od tasiemcowych franczyz, a nie filmowcy z oryginalną wizją i pomysłem? Bardzo liczę na to, że Wiking jest pod tym względem zwiastunem zmian.

2. Artyzm na przekór wielkim wytwórniom

Skoro już przy dystrybutorsko-producenckim aspekcie filmu jesteśmy… Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale dwie już mogą. Po artystycznym i komercyjnym sukcesie Diuny otrzymujemy kolejne widowisko, które łączy autorski rys z wysokim budżetem. Wiking zachwycił amerykańskich recenzentów, na końcowe wyniki z box office’u jeszcze czekamy (na razie nie nastrajają pozytywnie), ale czy dzięki dobrej krytycznej recepcji obu tytułów możemy się spodziewać większej ilości środków łożonej na ambitne projekty, końca monopolu wielkich wytwórni i zmierzchu patologicznej komercjalizacji Hollywood, jakie obserwujemy w ostatnich latach? Czy amerykańscy producenci zrozumieją w końcu, że najlepszym sposobem na powrót do dawnej wielkości jest zaufanie wybitnym jednostkom i ich wizjom, jak robiło się to za czasów świetności Coppoli i Scorsesego? Amerykańskie kino popularne od dłuższego czasu znajduje się w impasie, wtórnie przemiela wciąż te same opowieści i tematy.

Advertisement

Hollywood dało się nabrać na to, że marketingowcy i spece od statystyk lepiej od artystów znają się na tym, jak nakręcić film porywający widownię. Wybitność Wikinga tkwi właśnie w tym, że potrafi połączyć artyzm z widowiskowością, że znosi sztuczny podział między wartościowym-niszowym a popcornowym-masowym. Udowadnia, że w mainstreamie jest miejsce dla wizjonerów, więcej – że bez nich kino nie jest w stanie kreować nowych mitów i zachwycać nas na dłuższą metę. Eggers nie zatracił tutaj swojego indywidualnego stylu, chociaż The Northman to obraz dużo bardziej konwencjonalny niż wcześniejsze The Lighthouse – co nie znaczy, że gorszy, po prostu inny. Reżyser przy każdej swojej premierze prezentuje nam się od nieco innej strony, zachowując jednak charakterystyczne dla siebie cechy.

Można spotkać się z opiniami, że Wiking nie jest tym filmem, który Eggers chciał pokazać światu – pierwotna wersja trwała ponad trzy godziny i nie spodobała się zarówno producentom, jak i widzom na pokazach testowych. Reżyser musiał w efekcie całość skrócić i przemontować. Jednak w wywiadach (takich jak ten zalinkowany poniżej) Eggers ucisza spekulacje, jakoby był niezadowolony z efektu. Otwarcie przyznaje, że opowiadanie historii to nie jest jego najmocniejsza strona i krytykę pierwszej wersji uznaje za słuszną, bo pomogła mu ona skondensować całość. Mówi o tym, że to jego pierwsza tak wysokobudżetowa produkcja i podchodził do niej z pozycji ucznia, a nie nietykalnego mistrza.

Advertisement

Deklaruje też, że film, który zadebiutował w kinach, jest jego wersją reżyserską i nie będzie prezentował innej: usunięte sceny zostaną wypuszczone razem z Blu-rayem. Wtedy będziemy mogli zobaczyć, co wyleciało z Wikinga, i uzmysłowić sobie, jak wyglądałaby taka bezkompromisowo Eggersowska, trzygodzinna wersja. Czy reżyser jest szczery w tych wywiadach? Mam wrażenie, że tak – z jego gestów i mowy ciała bije satysfakcja kogoś, kto jest zadowolony i dumny z wykonanej roboty. Ale na wycięte sceny i tak niecierpliwie czekam.

Advertisement

3. Wykreowanie wiarygodnego innego świata

W kinie najbardziej kocham to, że potrafi mnie przenieść do całkowicie innego świata. Ubolewam nad tym, że kino historyczne i kostiumowe nie jest współcześnie popularne, a takie widowiska jak Ostatni pojedynek i Zielony rycerz nie obchodzą większości widzów. Dzisiejsze możliwości realizacyjne pozwalają odtworzyć minioną rzeczywistość z takim poziomem realizmu i immersji, jaki dla dawnych filmowców był nieosiągalny. Marzę o tym, by kino historyczne wróciło do łask.

A jak na razie cieszę się z Wikinga, który wrzucił mnie w epicentrum brudu, chaosu i brutalności wczesnego średniowiecza. Który odarł wikingów z całego stworzonego przez romantyków i popkulturę heroicznego mitu, ukazując, kim w istocie byli, a mianowicie: mordercami, gwałcicielami, handlarzami niewolników i ciemiężycielami ówczesnej Europy. Eggers jest historycznym nerdem, który deklaruje, że nigdy nie nakręci filmu o współczesności, bo go ona po prostu nie interesuje. Jest także perfekcjonistą, który przed rozpoczęciem zdjęć do Wikinga wykonał gigantyczny research, konsultował się z najlepszymi specjalistami od mitologii i kultury nordyckiej. Duża część pokaźnego budżetu poszła na wykonanie oręża, kostiumów, łodzi, wiernych rekonstrukcji świątyń, a nawet takich szczegółów jak uszyte tradycyjnymi metodami tasiemki do zaplatania warkoczy, które są tak mało widoczne na ekranie, że nikt nie zauważyłby różnicy, gdyby kupiono je w pasmanterii. Warto dodać, że w tworzeniu starannej scenografii uczestniczyła polska firma.

Advertisement

wiking bjork eggers

Jaki jest tego efekt? Totalny. Zdaniem ekspertów to najbliższy historycznej prawdzie film o Normanach, jaki kiedykolwiek nakręcono. Ten świat po prostu wygląda jak przetransportowany z X wieku. Ale film Eggersa jest wierny historii w głębszy sposób niż tylko na poziomie warstwy realizacyjnej. Reżyser nie próbował przypisywać swoim bohaterom współczesnych motywacji, pogłębiać ich psychologicznie, oceniać wedle dzisiejszych moralnych standardów, czynić łatwo zrozumiałymi dla przeciętnego odbiorcy. Wiking bez pardonu wrzuca nas w świat zamieszkany przez zwierzęta w skórach ludzi, kierujące się najbardziej prymitywnymi instynktami i prawem mocniejszego; świat, gdzie panuje bezwzględny wyzysk słabych i sadyzm silnych.

To nie jest kolejny film romantyzujący przeszłość i przedstawiający wojnę jako coś bohaterskiego. To nie jest kolejna fantazja o tym, jak to mężczyźni rzekomo byli kiedyś bardziej męscy i szlachetni, a kobiety wprost uwielbiały siedzieć potulnie w domu i prząść. To świat-piekło, w którym dobrze czułby się tylko kompletny psychopata. Jak wspomniałam, Eggers odziera wikingów z całego glamouru. Zjawiskowa, nakręcona na jednym ujęciu (!) scena wyrżnięcia ruskiej wioski jest tego najlepszym przykładem. Amleth nie prezentuje się w niej jak dumny wojownik, lecz zwykły morderca, który przechadza się po osadzie, czujny i bezwzględny jak jastrząb, wypatrując, czy gdzieś nie czają się jeszcze mężczyźni z bronią, których należy zneutralizować.

Advertisement

Efekt zetknięcia się z obcością i dzikością jest porażający. A to, że oglądałam ten film i piszę ten tekst w dobie wojny w Ukrainie, z podskórnym niepokojem o przyszłość i ze świadomością tego, jak niewiele trzeba, by w ludziach ponownie uruchomić takie prymitywne odruchy i bestialską agresję, uczyniło dla mnie seans Wikinga tym bardziej wstrząsającym i ważnym.

Brutalizm, surowość i pierwotność to nie jedyne czynniki, które wpływają na wrażenie obcowania z dziełem przeniesionym z kompletnie odmiennej epoki. Wiking nie jest obrazem realistycznym: to film z elementami fantastycznymi, przepełniony mistycyzmem, z niepokojącymi scenami rytuałów, modłów, pogrzebów. Obrazuje rzeczywistość, w której duchowość i religia były dla ludzi równie realne, co świat materialny. Śmierć nie stanowi tematu tabu, nie chowa się za szpitalnymi drzwiami, jak ma to miejsce współcześnie – umieranie jest tak powszechne, że na nikim nie robi wrażenia, ludzie z szokującą obojętnością akceptują poderżnięcie gardła, a zabicie przypadkowego chłopca czy spalenie dzieci i starców w stodole (bo nie nadają się do pracy jako niewolnicy) to dla wikingów świetna rozrywka.

Advertisement

Śmierć jest tylko jednym z etapów, życie nie jest żadną wartością. W mentalności bohaterów filmu silnie zakorzenione jest też przekonanie o tym, że każdy ma swoje przeznaczenie, od którego nie można uciec. Że los człowieka został już rozstrzygnięty przed jego narodzinami i nie mamy na niego żadnego wpływu. To idea zgodna ze starożytnym konceptem fatum i wierzeniami ludów pogańskich, a dla dzisiejszego odbiorcy, wychowanego w świeckim, zindywidualizowanym społeczeństwie – coś niezrozumiałego i obcego.

Całość przenosi nas do innego świata niezwykle skutecznie również za sprawą dialogów napisanych przez Eggersa i islandzkiego poetę Sjóna (autora tekstów piosenek Björk i scenariusza do Lamb od studia A24). To poetyckość tego języka, tak pasująca do archaicznego klimatu całej opowieści, stanowi dla mnie stylistyczną kropkę nad „i” oraz perfekcyjne zwieńczenie Wikinga. Film jest w końcu adaptacją średniowiecznego podania o duńskim królewiczu Amlecie, które było bezpośrednią inspiracją Szekspira do napisania Hamleta, i właśnie jak przeniesienie takiej zapomnianej legendy na ekran The Northman wygląda (pod pewnymi względami przypominając w tym Beowulfa z 2007 roku). Wbrew powszechnej kulturze dekonstrukcji, postmodernistycznej zgrywy, trawestowania klasycznych motywów – Eggers sięga do korzeni i zapodaje archetypiczny mit o rodowej zemście w formie możliwie najbliżej oddającej to, czym był on u swoich podstaw. W efekcie tego Wiking staje się niemal duchowym przeżyciem, podróżą do zarania dziejów, do pierwotnych instynktów, prostych motywacji; mistycznym spotkaniem z innym i zapomnianymi, niechcianymi zakamarkami ludzkiej natury.

Advertisement

4. Alexander Skarsgard i reszta

Wszystkie założenia i starania twórców spaliłyby z pewnością na panewce, gdyby nie aktorzy, którzy nadali całej historii cielesność, namacalność. Z początku miałam obawy o nadreprezentację gwiazd w obsadzie, o to, czy nie odbiorą całości autentyzmu, na szczęście jednak Eggers wycisnął z aktorów to, co najlepsze. Znakomite i nieoczywiste są obie główne role kobiece, Nicole Kidman i Anyi Taylor-Joy. Wyśmienite są również – zgodnie z oczekiwaniami – krótkie występy Willema Dafoe, Ethana Hawka i Björk. Postaci przewijające się na trzecim planie mają fizjonomię pasującą do epoki. Podoba mi się zaangażowanie do pomniejszych rólek matki i ojca z Czarownicy (Kate Dickie i Ralph Ineson). Największym zaskoczeniem i wygranym Wikinga jest dla mnie jednak Claes Bang jako Fjölnir – czarny charakter, który po bliższym poznaniu nie okazuje się dużo czarniejszy od swojego otoczenia, budzi też mimowolny szacunek.

Duńczyk, znany przede wszystkim z głównej roli w The Square i Netflixowym Drakuli, został tutaj obsadzony niejako wbrew swojemu emploi i dotychczasowemu dorobkowi, udowadniając, jak wszechstronnym jest aktorem.

Advertisement

I oczywiście jest Alexander Skarsgård w roli głównej, który zalicza tutaj bodaj najlepszy występ w całej karierze. Jako człowiek-zwierzę, bestia w ludzkiej skórze, uosobienie id, personifikacja zemsty, przygarbiony, przyczajony, czujny, dziki i wściekły… jest przerażający i imponujący, niepodobny do eleganckiego przystojnego Szweda, jakiego znamy. I tylko w jego błękitnych, szeroko otwartych oczach widać w niektórych scenach małego chłopca, który schował się pod potężną muskulaturą berserkera w ucieczce przed traumą, samotnością i krzywdą.

Pewnie nominacji do Oscara nie będzie, bo Akademia nie docenia zazwyczaj takich fizycznych, opartych na grze ciałem ról. Cóż, to jeden z wielu powodów, dla których my, widzowie, coraz mniej interesujemy się tym rozdaniem nagród.

Advertisement

5. To, co zostaje w głowie, i o czym się myśli po seansie

Głównym zarzutem, jaki kierują w stronę Wikinga jego krytycy, jest prostota historii oraz brak pożywki do głębszych interpretacji. Nie mogłabym się bardziej nie zgodzić. Im dłużej myślę o tym filmie, tym więcej rzeczy w nim wynajduję. Po pierwszym seansie, który bardziej „czułam i przeżywałam”, przyszedł drugi, który już bardziej analizowałam i interpretowałam. Wiking tylko pozornie jest prostą, archetypiczną opowieścią o zemście (co samo w sobie nie jest zarzutem, o czym pisałam już wcześniej: dzięki temu całość sprawia wrażenie obcowania z przedwieczną legendą, nie ze współczesnym dziełem kultury). Jego skomplikowanie kryje się w niuansach, symbolach i smaczkach, które wzbogacają i urozmaicają tę opowieść.

Dalsza część tekstu może coś zaspoilować, więc uprzedzam.

Advertisement

Po pierwsze, cały Wiking to raj dla poszukiwaczy filmowych, kulturowych i literackich nawiązań, świadectwo imponującej erudycji twórcy. O historycznym pedantyzmie i bogatej warstwie mitologicznej filmu już pisałam. Kinofilskie oko wychwyci mnogość filmowych inspiracji i cytowanie poszczególnych scen z historii kina (od Conana Barbarzyńcy i Zemsty Sithów, przez Tron we krwi i Tytusa Andronikusa, po Idź i patrz oraz „nasz” Potop). Nie są to nawiązania puste i efekciarskie, bo wszystkie wzmiankowane tytuły dotyczą podobnych tematów co Wiking. Los Amletha przypomina los Orestesa, całość jest utrzymana w duchu greckiej tragedii, w klimacie skandynawskiej Eddy, w stylistyce wczesnośredniowiecznej, przedchrześcijańskiej legendy. Patos, teatralność i koturnowość widowiska są jednak umiejętnie neutralizowane dużą samoświadomością dzieła oraz dyskretnymi elementami łamania decorum, np.

kiedy Amleth po pokonaniu Strażnika Kurhanu (w pojedynku rodem z The Elder Scrolls) ze złością uderza go odciętą głową w dupę. Niewielu recenzentów zwraca uwagę na żonglerkę gatunkową Wikinga, a przecież ten podzielony na rozdziały film w każdym epizodzie zmienia tonację. Od prologu najbliższego konwencjonalnemu dramatowi historycznemu, po drugą część – ponury spektakl okrucieństwa na Rusi, najbliższy tonacyjnie „filmowi o wikingach”, którego oczekiwała większość widzów – po interesujące, klaustrofobiczne kino grozy pokazujące wydarzenia nie od strony prześladowanych przez „demona”, skonsternowanych domowników (Fjölnir), lecz od strony gnębiącej ich istoty (Amleth).

Advertisement

Po drugie, fabuła Wikinga tylko wydaje się banalna. Oglądamy wydarzenia z perspektywy Amletha, opowieść jest zatem przefiltrowana przez jego świadomość – prostolinijną, zranioną, nieokrzesaną. Gdy jednak zrozumiemy już, że w Wikingu mamy do czynienia z nieobiektywnym narratorem i spojrzymy na wydarzenia z dystansu, całość nabiera trójwymiarowości. Amleth, działając w swoim mniemaniu w imię sprawiedliwości, powoduje więcej cierpienia, niż zostało wywołane śmiercią jego ojca, za którą się mści. To bohater główny, ale na pewno nie pozytywny, raczej moralnie ambiwalentny, jak wszystko w Wikingu.

Być może jest też schizofrenikiem, stąd te wszystkie wizje. Być może tylko wydaje mu się, że Olga go kocha, a tak naprawdę go wykorzystuje: w końcu sama otwarcie mówi, że posunie się do wszystkiego, by wydostać się z Islandii, a jej „spryt łamie ludzkie umysły”. Czy mit szlachetnego, podstępnie zabitego ojca, w jaki wierzy Amleth, ma pokrycie w rzeczywistości? Jak ocenić moralność królowej Gudrun? Czy to wyrodna matka i pozbawiona skrupułów intrygantka czy bardzo skrzywdzona kobieta, która nie potrafiła pokochać dziecka zrodzonego z gwałtu?

Advertisement

Po trzecie wreszcie, Wiking swoje przesłanie formułuje nie wprost, ale na poziomie sugestii, pozwalając widzowi dojść do własnych wniosków. Tak, jak lubię najbardziej. Dla mnie ten film to krytyka agresji i brutalnej siły przebrana w kostium gatunku, który te cechy najczęściej gloryfikuje. To opowieść o tym, jak szukamy usprawiedliwienia dla zaspokajenia najbardziej prymitywnych popędów w wyższych ideach, religii, wierze w przeznaczenie. O tym, że kiedy nasze wyobrażenia o rzeczywistości okazują się niesłuszne, to zazwyczaj wypieramy prawdę i brniemy w kłamstwo, jak Amleth niedopuszczający do siebie słów matki o jego ojcu.

To też film o tym, że zniszczonej przeszłości nie da się odzyskać, choćbyśmy zamordowali każdego, kto kiedykolwiek nas skrzywdził. To historia zranionego chłopca, który po traumie wygnania został przygarnięty przez grupę berserkerów i wrzucony w świat niewyobrażalnego okrucieństwa, swój smutek przeobrażając w agresję, chwytając się obsesyjnego pragnienia zemsty jak tonący brzytwy. „Żyłem życiem śmierci. Dopiero po wypełnieniu mojej zemsty przekonam się, czy chcę w ogóle żyć” – mówi w pewnym momencie Amleth, a my możemy tylko zamyślić się nad tym, jak wiele innych dzieci skrzywdziła w podobny sposób nasza okrutna historia, czyniąc z nich żywe trupy lub krwiożercze bestie.

Advertisement

Marzenia głównego bohatera o raju Valhalli są marzeniami o tym, że gdzieś daleko, w niebie, istnieje jakiś lepszy świat, że po piekle na ziemi czeka na niego ukojenie i nagroda, że to niekończące się cierpienie człowieka musi mieć jakiś większy sens.

A jednak kiedy Olga oferuje mu ucieczkę od tej całej przemocy, zerwanie przeklętego kręgu zła rodzącego zło, Amleth nie jest jeszcze na to gotowy. Scena rozmowy dwojga kochanków nad jeziorem jest dla mnie kluczowa dla całości. Wyraźnie odróżnia się ona na tle reszty filmu, co w pierwszej chwili wywołało u mnie zgrzyt, a nawet wydawało się kiczowate. Amleth po raz pierwszy i jedyny zachowuje się tutaj jak współczesny mężczyzna: otwiera się przed Olgą, opowiada o swoich uczuciach i emocjach względem niej, zdejmuje maskę silnego wojownika i mówi o swoim wielkim cierpieniu. Dziewczyna zachęca go do ucieczki, do porzucenia vendetty, do życia teraźniejszością, do zaopiekowania się nią i ich potomstwem, które rośnie w jej brzuchu.

Advertisement

Słowem: do pogodzenia się z przeszłością i wybrania osobistego szczęścia w miejsce spełniania krwawej powinności. Przez chwilę wydaje się, że Amleth jej posłucha, a film zakończy się w sposób zarówno dekonstruujący oryginalną legendę, jak i ahistoryczny oraz po amerykańsku przesłodzony. Główny bohater porzuca jednak Olgę i wybiera zemstę. Duma, honor i gniew wygrywają z łagodnością, zrozumieniem i miłością. Bo Wiking jest opowieścią o świecie sprzed ponad tysiąca lat, gdzie takie kobiece wartości nie mogły się jeszcze przebić przez te męskie. Gdzie jedyną wartość mężczyzny stanowi jego siła, a ucieczka przed bezsensowną walką jest odbierana nie jak rozsądek, ale tchórzostwo.

Zakończenie jest fatalistyczne. Amleth idzie po zemstę bez silnych emocji i satysfakcji, lecz ze smutną zgodą na wypełnienie swojego przeznaczenia. Być może żałuje swojego wyboru, kiedy z przerażeniem, ranny, ogląda ciała zabitych przez siebie Gundrun i Gunnara, czekając na przyjście Fjölnira. Kiedy przed końcowym pojedynkiem u wrót Helu uderza mieczem o tarczę, recytując pochwałę zemsty w języku staronordyckim, sprawia wrażenie po prostu szalonego. Walka Amletha i Fjölnira, w której zabijają się wzajemnie i drą na siebie jak dwa dzikie zwierzęta, ma w sobie coś z szyderstwa względem obu napędzanych autodestrukcyjną nienawiścią mężczyzn.

Advertisement

Ale to tylko jedna z wielu interpretacji – film jest pozbawiony jednoznacznych ocen. Równie dobrze możemy odebrać ostateczny wybór Amletha jako właśnie opowiedzenie się po stronie miłości: musi zabić Fjölnira, żeby jego ukochana i dzieci mogli przeżyć, bo jego wróg inaczej nie da im spokoju.

No i po piąte: jeśli racją mają ci, którzy twierdzą, że kino tworzą nie filmy, ale perfekcyjnie wyreżyserowane sceny, to tych drugich znajdziemy w Wikingu wiele. Od narkotyczno-mistycznych rytuałów i przepowiedni, po realistyczne, pozbawione przesady sekwencje walk kręcone na długich ujęciach oraz poetycko piękną grę naturalnym światłem: Eggers obdarował mnie obrazami, które jeszcze długo będą do mnie wracać i karmić wyobraźnię.

Advertisement

A wy co myślicie o tym filmie? Dajcie znać w komentarzach!

 

Advertisement

 

 

Advertisement

 

 

Advertisement

 

 

Advertisement

Publikuje w "KINIE", Filmwebie, serwisie Film w Szkole i (oczywiście) na film.org.pl. Edukatorka filmowa w Zespole Edukacji Ferment Kolektiv. Lauretka II nagrody w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych oraz zwyciężczyni konkursu Krytyk Pisze Festiwalu Kamera Akcja.

Advertisement
1 Comment

1 Comment

  1. StratoPause

    25 kwietnia, 2026 at 22:52

    …No mi się nie do końca podobał ten film. Za dużo budżetu, a postacie według mnie trochę kiepsko napisane

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *