Connect with us

Recenzje

RUCHOMY ZAMEK HAURU (2004)

W świecie pełnym magii i niezwykłych przygód, RUCHOMY ZAMEK HAURU przenosi widzów w malownicze pejzaże, gdzie fantazja łączy się z emocjami.

Published

on

ruchomy zamek hauru

Poranek. Pustkowie otoczone gęstą, szarą mgłą. W oddali słychać huk, coś się zbliża. Grzmoty są coraz głośniejsze, słychać je wyraźniej, ziemia drży. I nagle z mgły wyłania się Ruchomy Zamek Hauru. Wygląda trochę jak smok, ze straszną paszczą i ogromnym jęzorem oraz parą stalowych skrzydeł. Porusza się na czterech skrzypiących, metalowych nogach, przypominających kurze łapy. Każdy element tej niezwykłej konstrukcji stale pracuje, kręci się, obraca. Ze szczelin pomiędzy częściami zamku oraz wielkich kominów buchają kłęby dymu. Tak właśnie zaczyna się najnowszy, długo oczekiwany film Hayao MiyazakiegoRuchomy zamek Hauru (Hauru no ugoku shiro).

Advertisement

Polska premiera filmu przewidziana jest na wrzesień, jednak dzięki poznańskiemu Festiwalowi Filmów Młodego Widza Ale Kino! udało mi się go zobaczyć znacznie wcześniej, choć, niestety, w niezbyt przyjemnych warunkach. Bo kiedy wreszcie prezenter z nieukrywaną satysfakcją poprawnie wyczytał nazwisko reżysera (które nawet mój młodszy brat potrafi powiedzieć bez najmniejszego problemu) i zapowiedział seans, czekał mnie (a i zapewne innych miłośników anime) potężny szok. Zamiast napisów bowiem, czy choćby dubbingu, organizatorzy wybrali najmniej odpowiednią formę – lektora, który czytał listę dialogową bezpośrednio podczas trwania pokazu.

Zupełne nieporozumienie! Ku rozbawieniu widowni, lektor gubił się, wygłaszał teksty za wcześnie czy też bardzo chaotycznie, a na dodatek z przerażającą wręcz nadekspresją, spłycając w ten sposób wartość opowieści. Nie pozostało nic innego, jak zacisnąć pięści i mimo nieporadnego tłumaczenia wejść w niezwykły świat Hauru.

Advertisement

Sophie Hatter po śmierci ojca pomaga macosze w prowadzeniu ich rodzinnego sklepu z kapeluszami. Cały czas pracując na zapleczu, w małym zagraconym pokoju, ze stoickim spokojem obserwuje, jak życie ucieka jej sprzed nosa. Wszystko zmienia się w dniu, w którym – przypadkowo uczestnicząc w jego ucieczce przed szpiegami Wiedźmy z Pustkowia – Sophie poznaje posiadacza Ruchomego Zamku, czarnoksiężnika Hauru. Niestety, w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Sophie zostaje zmieniona przez tę właśnie okrutną kobietę w staruszkę, a co gorsza – nikomu nie może o tym powiedzieć.

Nie załamuje się jednak i postanawia wyruszyć w świat, w poszukiwaniu sposobu na przełamanie zaklęcia. I tak trafia do Ruchomego Zamku, gdzie nierozpoznana przez Hauru podejmuje pracę jako służąca. Niespodziewanie odkrywa, iż zaczyna darzyć swojego nowego pracodawcę wielkim uczuciem. W tym niezwykłym miejscu spotyka także małego chłopca, adepta sztuk magii imieniem Marco oraz demona ognia napędzającego Zamek – Calcifiera. Ten od razu odkrywa, iż na Sophie ciąży klątwa i proponuje bohaterce pomoc pod warunkiem, że znajdzie ona sposób, aby uwolnić go spod władzy czarnoksiężnika. Tymczasem dookoła panuje wojna, a Madame Suliman, od której niegdyś pobierał nauki Hauru, pragnie, aby ten przyłączył się do walki.

Advertisement

Ruchomy zamek Hauru bazuje na powieści angielskiej pisarki fantasy Dianne Wynne Jones p.t. Howl’s Moving Castle. W Polsce niestety książka ta nigdy się nie ukazała (być może to się zmieni dzięki filmowi), ale miałem okazję przeczytać dwie inne publikacje tej autorki w polskim przekładzie. Jej historie są bardzo nietypowe, nawet jak na gatunek, który reprezentują, pełne są niezwykłych postaci i oryginalnych pomysłów. Dzięki wielkiej wyobraźni pannie Jones udało się stworzyć cudowny świat pełen magii, ale także – paradoksalnie – borykający się z problemami naszej rzeczywistości.

Miyazaki, który jest nie tylko reżyserem, ale i autorem scenariusza filmu, dostrzegł to i starannie przelał sedno historii na kinowy ekran. Dokonał istotnych zmian w fabule oraz usunął bądź uprościł mniej lub bardziej istotne wątki, wprawiając w niezadowolenie zarówno fanów książki, jak i swoich stałych widzów (którzy po znakomitym Spirited Away podnieśli reżyserowi poprzeczkę).

Advertisement

Z czego ta sytuacja wynika? Prawda jest taka, że Ruchomy zamek Hauru może wydawać się filmem chaotycznym, pełnym luk scenariuszowych, z nieprzemyślaną i lekceważącą popularną książkę fabułą. Nic bardziej mylnego! Pamiętam, że gdy obejrzałem wcześniej wspomniane Spirited Away, historia w nim przedstawiona wydawała mi się bardzo niejasna, ale wraz z kolejnymi seansami wszystko układało się w niezwykłą całość. Podobne wrażenie miałem podczas tego seansu, jednak teraz niestety nie mam możliwości zobaczenia Howl’s Moving Castle ponownie (a przynajmniej niezbyt szybko – do września kawał czasu, a data japońskiej premiery DVD nie została jeszcze ujawniona). Ufam jednak Miyazakiemu i wiem, że ten reżyser nie pozwala sobie na żadne przeoczenia czy nieścisłości, dlatego do fabuły Ruchomego zamku Hauru nie mam zupełnie żadnych zastrzeżeń.

Piorunujące wrażenie robi strona wizualna filmu. Przepiękna, szczegółowa animacja, wspaniała kolorystyka i bardzo charakterystyczny styl to chyba od zawsze największe atuty Studia Ghibli. Nie chcę się powtarzać, bo podobnie pisałem już przy okazji omawiania filmu Laputa – Podniebny zamek, ale nie mam innego wyboru, gdyż tym razem ludzie z Ghibli przeszli samych siebie! Poczynając od wielkiego, dynamicznego, postępującego wolnym krokiem Zamku Hauru, po rodzinne, przepełnione kolorami miasto Sophie czy olbrzymie okręty i statki powietrzne sunące po niebie – wszystko to zostało pobudzone do życia dzięki tradycyjnej animacji i niewielkiej pomocy komputera (którego ingerencja jest w filmie absolutnie niezauważalna) oraz, co chyba najważniejsze, dzięki rzetelnej pracy całego sztabu ludzi, którzy naprawdę wiedzą, jak zaskoczyć i zachwycić widza.

Advertisement

Film oglądany w kinie robi kolosalne wrażenie i dopiero na tak wielkim ekranie widać ogrom pracy animatorów. Tu wszystko, niczym w Zamku Hauru, wciąż jest w ruchu – dzięki temu nie mamy poczucia statyczności otoczenia, lecz jego ciągłej zmienności, ewoluuje ono na naszych oczach. Wrażenie to potęguje niezwykła dbałość o drobne szczegóły, którą to japońskie studio szczyci się nie od dziś. Idealnie w to jakże atrakcyjne tło wkomponowują się postaci, narysowane z wielką starannością i godną podziwu delikatnością. Wreszcie trzeba to przyznać – od tego filmu nie można wprost oderwać oczu! Piękną całość w klamrę zamyka jak zwykle Jo Hisaishi, którego muzyka stanowi kwintesencję dzieła.

Historia przedstawiona w anime aż kipi od niezwykłych, przesympatycznych postaci. Obok Sophie, (która przechodzi bardzo ciekawą przemianę, i bynajmniej nie chodzi tu o żadne z magicznych zaklęć) pojawia się bardzo interesująca postać tytułowego Hauru. Przystojny, na pozór bardzo pewny siebie czarnoksiężnik okazuje się być strasznym egoistą i tchórzem, który bardziej przejmuje się swoim wyglądem, niż spustoszeniami, jakie niesie wojna. Ba – jest nawet gotowy poświęcić życie swoich przyjaciół, aby tylko nie stanąć w obliczu zagrożenia! Wkrótce zaczyna jednak prowadzić wewnętrzną walkę, próbuje pokonać swoje wady i słabości, stara się znaleźć w sobie odwagę.

Advertisement

Jest też Calcifier – niewinnie wyglądający demon o wielkiej mocy. Chce on sprawiać wrażenie istoty złośliwej i krnąbrnej, która nikogo nie słucha, lecz jego wysiłki nie zdają się na nic, gdyż w głębi swojej demonicznej duszy jest bardzo dobry, przyjazny i przezabawny. Dzięki temu od pierwszej chwili widz zaczyna go lubić.

Rola czarnego charakteru przypadła Wiedźmie z Pustkowia, jednak, podobnie jak w innych filmach Miyazakiego, tylko początkowo. Bardziej szkodliwą dla głównych bohaterów osobą jest natomiast Madame Suliman, lecz ona również nie jest postacią negatywną. Intryguje też skaczący na swoim kiju strach na wróble, zwany przez bohaterów (z racji swojej natarczywości) Rzepem – zawsze energiczny, pomocny, zwracający uwagę, z uśmiechem wymalowanym na ustach bardzo pasuje do tego magicznego świata. Mały Marco, który marzy, aby zostać wielkim czarnoksiężnikiem, to bardzo sympatyczny bohater.

Advertisement

Choć ma ambitne cele i stara się dorosnąć jak najszybciej, szybko odkrywa wielkie znaczenie rodziny. Gdy więc wreszcie poznaje siłę rodzinnego ciepła, nie chce tego wspaniałego uczucia stracić. Tę niezwykłą listę dopełnia uroczy piesek, który dołącza do Sophie podczas jej wyprawy do Madame Suliman.

Zachwyciła mnie również pomysłowość i oryginalność, z jaką autorzy przedstawili magiczny świat Hauru. Rewelacyjnym patentem są na przykład zamkowe drzwi. Mają one specjalną tarczę, na której można wybrać jeden z czterech kolorów. Wybranie określonego sprawia, iż owe drzwi stają się przejściem do którejś z pobliskich krain. W ten sposób zamek znajduje się w czterech różnych miejscach. Wygląda to wprost fantastycznie! Bardzo spektakularnie przedstawia się też magiczny atak Madame Suliman, gdy przed bohaterami dosłownie wyrasta całkiem nowa, wroga przestrzeń – bardzo plastyczna i śmiała wizja. Reżyser kilka razy puszcza oko do widza, który oglądał jego wcześniejsze obrazy.

Advertisement

Radzę zwrócić uwagę na takie rzeczy, jak nieprawdopodobne latające maszyny rodem z Laputa – Castle In The Sky czy sposób przemiany Hauru, który przypomina podobną scenę ze Spirited Away. Szczególnie z tym ostatnim tytułem Hauru no ugoku shiro ma wiele wspólnego, ale przy tym film nie traci swojej odrębności.

Ale Ruchomy zamek Hauru to nie tylko cudowna animacja i wachlarz ciekawych bohaterów. Nowe dzieło Miyazakiego to przepiękna historia o miłości. Uczuciu, które przełamuje wszelkie bariery i pomaga dokonywać zmian w naszym życiu, nadaje mu szczególną wartość. Sprawia, że czujemy się silni i pełni odwagi. Hauru mówi do Sophie „Idę walczyć, bo nareszcie mam dla kogo” – nareszcie jego życie zaczyna nabierać sensu, zaczyna odnajdywać swoją życiową drogę. Właśnie pokazanie tego pięknego i jakże ważnego przesłania jest, moim zdaniem, głównym celem filmu. Pojawia się także wyraźny głos antywojenny.

Advertisement

Konflikt, który przewija się praktycznie przez cały obraz, nie został dokładnie określony. Widzimy jedynie przygotowania; okręty sunące w stronę przeciwnika, samoloty pełne pocisków i opancerzone pojazdy; słyszymy, jak ludzie powtarzają „Wygramy tę wojnę!”, albo „Jakieś wieści z frontu?”, lecz nigdy nie dowiadujemy się, jakie państwa ze sobą walczą i w jakim celu. Ten bardzo szczególny zabieg przedstawia uniwersalność wojny, która równie dobrze mogłaby rozgrywać się gdzie indziej i między innymi państwami – skojarzenia co do aktualnych wydarzeń nasuwają się więc same…

I tu wychodzi na jaw, co tak naprawdę nie podoba się miłośnikom książki. Bo prawda jest taka, że w powieści wątek wojny jest zupełnie nieistotny (z tego, co wyczytałem w Internecie, wojna jest, ale rozgrywa się w sąsiednim królestwie i jest zaledwie wspomniana). Został on więc od nowa stworzony przez Miyazakiego, który w ten sposób sam podwyższył sobie poprzeczkę. Zamiast iść na łatwiznę i zrobić wierną adaptację, postanowił dodać coś od siebie, co pociągnęło za sobą przede wszystkim zmianę zarysu fabularnego. Dopiero teraz wychodzi na jaw wielkość reżysera, który wbrew oczekiwaniom stworzył, w oparciu o historie Diany Wynne Jones, własną opowieść, nie tracąc przy tym ani trochę ze świeżości i magii swoich wcześniejszych dokonań.

Advertisement

Wiele w opowieści o Sophie jest też symboliki i ukrytych znaczeń, często trudno zauważalnych. Wędrówka głównej bohaterki to prawdziwe poszukiwanie własnej tożsamości i szukanie swojego miejsca w świecie. Często jest to podkreślane poprzez zmiany w wyglądzie bohaterki – raz jest staruszką, w kolejnym ujęciu wygląda już znacznie młodziej, a w jeszcze następnym widzimy Sophie z początku filmu, żeby w kolejnym na powrót stała się starą kobietą. Ważne są tu przede wszystkim sytuacje, w których dziewczyna przeżywa (nieświadomie) tę metamorfozę – dzieje się to, gdy jej zachowaniami zaczynają rządzić emocje, tak jak na przykład w scenie obrony Hauru przed rażącymi słowami Madame Suliman.

Do myślenia daje także sama idea Ruchomego Zamku, który z zewnątrz wydaje się wielki, przerażający i niedostępny, choć w środku jest całkiem inaczej… Rozwinąłbym te i kilka innych myśli, ale myślę, iż każdy powinien sam poszukać w tej historii głębszego sensu. Bo to nie jest tylko „naiwna bajeczka o tym, że trzeba być dobrym, a wojny są złe” (a do takiej konkluzji doszedł jeden z amerykańskich recenzentów), ale historia wieloznaczna, o intrygującym i dającym do myślenia przesłaniu oraz drugim dnie, którego doszuka się tylko uważny i wyrozumiały widz.

Advertisement

Seans kończy się, publika bije brawo (w końcu to pierwszy festiwalowy pokaz i inaczej nie wypada), a po wyjściu z sali co poniektórzy przewracają oczyma, jakie to było dziwne, pokręcone i niezrozumiałe, albo naśmiewają się z lektora mówiącego „Kocham cię, Hauru!. Recenzenci i internauci zgodnie stwierdzają – „tak, jest dobry, ale Spirited Away było lepsze”, „wizualnie piękny, ale fabuła zawodzi. A ja wciąż nie potrafię się z tym zgodzić i z niepokojem czytam coraz to dotkliwsze opinie na temat filmu Miyazakiego. Być może powinienem go zobaczyć raz jeszcze, żeby wyrobić sobie o nim pełne zdanie, jednak jednego jestem pewien – wciąż będzie mi się podobać równie mocno.

Bo dla mnie Howl’s Moving Castle jest dziełem pięknym, prawdziwie wzruszającym i niezwykle inteligentnym. To prawdziwy brylant wśród animacji i jeden z najlepszych filmów animowanych ostatnich lat. Prawdziwy tryumf wyobraźni. Specyficzna magiczna atmosfera, emocjonalna głębia i subtelność tego wspaniałego filmu nie pozwalają mi pisać inaczej.

Advertisement

Filmów Miyazakiego nie powinno się porównywać. One są jak drzwi w Zamku Hauru – każde jego anime prowadzi do innego miejsca, do odrębnego, magicznego świata. Czasami podobne, czasem skrajnie różne, ale zawsze, ale to ZAWSZE zachwycające.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *