Recenzje
OBCY KONTRA PREDATOR 2. Trywialny i śmieszny
W OBCYM KONTRA PREDATOR 2 brutalność i krew miały zastąpić rozczarowanie. Czy to wystarczyło, by zadowolić fanów? Odkryj tajemnice tego sequelu!
Autorem tekstu jest Szymon Kasprzyk.
Kiedy w 2004 roku na ekrany kin wchodziła pierwsza część AvP, wszyscy z niecierpliwością oczekiwaliśmy krwawego starcia dwóch legend kina SF. Co z tego wyszło – wszyscy doskonale pamiętamy. Jednak „dzieło” Andersona, mimo swojej ułomności i szerokiej fali krytyki, odniosło spory sukces finansowy. Tym samym było tylko kwestią czasu, aby rozochocony zyskiem Fox wypuścił kolejną część. Po trzech latach oczekiwaniom stało się zadość i w ten oto sposób na ekranach kin zawitał sequel. Tym razem za kamerą stanęli bracia Strause, którzy, biorąc sobie do serca negatywne opinie widzów rozczarowanych mizernością części pierwszej, postanowili zmienić koncepcję filmu na bliższą oryginałom z lat osiemdziesiątych.
Film miał reprezentować kino mocne i ciężkie, być krwisty, w bezprecedensowy sposób obnażający drapieżność głównych bohaterów, oraz emanujący brutalnością. Innymi słowy miał mieć to, na chroniczny brak czego tak bardzo cierpiał poprzednik. Idea to iście szczytna i godna pochwały. Zwłaszcza niejako powrót do korzeni, po cukierkowatej części pierwszej, został przez fanów przyjęty z nieukrywaną aprobatą i nadzieją. A nadzieja była tym większa, że film otrzymał kategorię R. Niestety, na nadziei widzów i dobrych intencjach twórców się skończyło. Bo w życiu (i jak w widzimy w sztuce filmowej) nie wystarczy „chcieć”, trzeba jeszcze „móc”.
MIAŁO BYĆ KLIMATYCZNIE – JEST SATYRYCZNIE
O fabule nie będę się zbytnio rozpisywał, w wielkim uogólnieniu nadmienię tylko, że akcja rozgrywa się w zwykłym, amerykańskim prowincjonalnym miasteczku (no bo gdzieżby indziej, aniżeli w USA?), niedaleko którego rozbija się statek Predatora. Z wraku statku wyłażą twarzołapy, podczas gdy w tym samym czasie z Ryushi na Ziemię wyrusza już inny Predator, aby pomścić śmierć swojego kompana. W niedługim czasie ląduje na naszej planecie, po czym wyrusza na łowy. Jest Predator, są obcy, są też i ludzie – jest komplet, więc siłą rzeczy zaczyna się (nie)wesoła jatka. ..
Akcja filmu rozgrywa się w większości nocą, w ciemnych, słabo oświetlonych miejscach, które symbolizować miały środowisko niesprzyjające człowiekowi. Miały też niejako wkomponować się w tło cech charakteru obydwu łowców, będąc idealnym zapleczem w kontekście ich natury egzystencjalnej. A przede wszystkim miały być budulcem klimatu, który miał za zadanie straszyć widza. Lecz to, co udało się Scottowi czy Fincherowi, zupełnie nie udało się braciom Strause.
Ogólna mroczność filmu zupełnie nie wpływa na jego odbiór jako kina strasznego, czy choćby takiego, które napawa niepewnością czy tajemniczością. Widz nie odczuwa atmosfery zagrożenia, bo ta, w przeciwieństwie do swoich wielkich poprzedników, zwyczajnie nie istnieje. Twórcy sądzili, że wystarczy użyć ciemnej, mrocznej scenerii, aby uzyskać zamierzony efekt. Nic bardziej mylnego, ponieważ samo ciemne zaplecze w ujęciach nie wystarcza. Potrzebna jest też stopniowa, systematyczna budowa napięcia. Niestety w AvP:R jej nie uświadczymy. Dostajemy za to zlepek szybkich, bezsensownych często ujęć kamery, w dodatku robionych w zbyt dużym zbliżeniu.
Zamiast obejmować całe lub przynajmniej części postaci w klimatycznym oświetleniu – widzimy tylko małe ich fragmenty bez oświetlenia. Wszystko to skutecznie niweczy budowę jakiejkolwiek atmosfery grozy. Jest lekko, płytko i efekciarsko niczym w pamiętnych Power Rangers, z tą tylko różnicą do powyższego, że rewia walk w AvP:R została okraszona plastikową ciemnością.
Koszmarne rozplanowanie akcji jest kolejnym mankamentem filmu. Twórcy starali się pokazać nam wielowątkowość wydarzeń. Niestety w tak krótkim filmie pomysł ten okazał się totalną pomyłką, w wyniku której kamera w chaotyczny sposób „lata” po różnych miejscach, ukazując w ekspresowych, krótkich, wręcz ciętych na siłę ujęciach, perypetie bohaterów. Zarzut ten głównie odnosi się do postaci ludzkich, gdyż taka impulsywność ujęciowa w żaden sposób nie sprzyja poznaniu osobowości mieszkańców miasteczka. Jest też dobitnym przykładem braku hierarchii konstrukcyjnej obrazu.
W filmie zaserwowano nam wiele zapożyczeń żywcem przeniesionych ze swoich wielkich protoplastów. O ile zabieg taki sam w sobie nie jest jeszcze wart krytyki, o tyle wykorzystanie motywów z tak wspaniałych dzieł, jakimi były pierwowzory, w takiej mizerii ,jaką jest AvP:R, niewątpliwie zasługuje na pogardę. I tak na ekranie pojawiają się (nie licząc motywów dźwiękowych) m.in. prawie” Ripley, „prawie” Newt, pojawia się też „prawie” pojazd APC (zabrakło do kompletu tylko „prawie” Caterpillara P5000). Tylko, że „prawie” robi ogromną różnicę… Co dzięki temu chcieli osiągnąć twórcy? Prawdopodobnie mieli nadzieję na wywołanie taniego sentymentalizmu wśród fanów postaci Aliena i Predatora za pomocą równie taniego chwytu. Niestety, nie udało się.
Teraz słów kilka o głównych postaciach – czyli Predator, Alien, Predalien, oraz ludzie w AvP:R. Na początek Predator, gdyż niewątpliwie to właśnie on gra tu pierwsze skrzypce. Sam wygląd zewnętrzny Predatora nie budzi większych zastrzeżeń – nawet dokonał się mały postęp w stosunku do poprzednika, gdyż nasz łowca nie przypomina już żelbetonowego kloca, który tak ochoczo raczył nas swoją „gracją” w filmie Andersona. Tym razem porusza się nieco lepiej. I to koniec ciepłych słów na jego temat, bo z resztą jest już znacznie gorzej.
Przede wszystkim bardzo kuleje u niego instynkt łowiecki oraz inteligencja. Niejednokrotnie nasz bohater daje się podejść na zadziwiająco bliską odległość. To nie jest ten majestatyczny, wyrafinowany w sztuce zabijania łowca doskonały o świetnie wyostrzonych zmysłach, którego znamy z południowoamerykańskiej dżungli. Takiego nie uświadczymy w tym filmie. Dostajemy za to głuchego niczym przysłowiowy pień farciarza urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą, któremu udaje się zawsze wszystko i wszędzie. Załatwić obcego? – żaden problem, jemu nie straszne ostre kły czy pazury, bo nasz dzielny Predator jest nietykalny dla obcych, niczym James Bond dla wszelkiej maści kryminalistów.
Żeby jednak nie było tak różowo cały czas, dla odmiany (widać znudziło się naszemu bohaterowi bycie nieśmiertelnym) nasz hero z Ryushi postanawia zostać… denatem, nonszalancko zrzucając swój oręż i stając do walki na pięści z najgroźniejszym rywalem – Predalienem. Bo nasz bohater nie tylko zatracił gdzieś instynkty łowieckie, ale również ten najważniejszy – samozachowawczy. Jest to oczywiste nawiązanie do słynnego pojedynku Predator vs. Arnold, tylko że w przeciwieństwie do tamtego, tutaj rywalem nie jest człowiek, lecz istota o wiele bardziej niebezpieczna. Jednak twórcy uznali, że musi być efekciarsko – więc jest.
A że tchnie idiotyzmem? Trudno. Dzieciakom się spodoba. W filmie pojawia się też kilka nowych gadżetów w wyposażeniu Predatora. Gadżetów równie efekciarskich jak on sam. I tak mamy „przyjemność” poznać nowy rodzaj kwasu o właściwościach tak silnie żrących, że w porównaniu z nim słynny „kwas zamiast krwi” obcych wydaje się być nieudolnym wytworem dziecięcych rąk. Jak wszystko inne w tym filmie, również działanie owego błękitnego kwasu jest zabójczo i naiwnie ekspresowe. Tutaj nie zobaczymy efektownego wgryzania się w materiał w otoczce dymu, takiego, jaki mieliśmy okazję zobaczyć choćby na pokładzie Nostromo, kiedy ten wżerał się w kolejne poziomy pokładu. Nic z tego. Zapomnijmy. Tutaj wszystko trwa dosłownie kilka sekund. Po prostu bracia Strause wyszli z założenia, że szkoda marnować czas na taki banał…
O ile postać Predatora w tym filmie mocno kuleje, o tyle postać Aliena została po prostu zbezczeszczona i zdegradowana do roli podrzędnego straszaka występującego w pierwszym lepszym z brzegu amerykańskim horrorze. W filmie Obcy jest, lecz… tylko „jest” – nic więcej. Nie napawa już strachem jak dawniej, zagubił gdzieś swoją dawną drapieżność. W AvP:R wesoło biega, syczy i prycha, pełniąc rolę mięsa armatniego dla Predatora. Nic poza tym. Niegdyś Obcy był symbolem zła, zła permanentnego i całkowitego, zła, które potrafiło porazić swoją bezprecedensowością i namacalnością.
W AvP:R natomiast Obcy staje się symbolem profanacji niesionej falą modnej ostatnio kinowej komercji. Nie ma już mitów, nie ma symboli czy świętości; wszystkie one padają ofiarą żądnych zysków producentów filmowych. I jak widać, nawet wspaniały Alien, mimo swych morderczych kłów, pazurów i kwasu zamiast krwi, nie obronił się. Padł kolejny mit. W filmie pojawia się również Predalien. Postać nieco kontrowersyjna z racji tego, że przez jednych jest akceptowana jako możliwy do samodzielnej, gatunkowej egzystencji twór, natomiast przez innych nie. Samo pojawienie się w AvP:R tej postaci jest natomiast dość ciekawym zabiegiem twórców.
Lecz jak w każdym aspekcie tego „wspaniałego” filmu, i tutaj bije po oczach farsa. Jest nią tempo rozwoju Predaliena. Bo to jest doprawdy piekielnie szybkie. To już nie jest kilkanaście godzin, czy chociażby kilka. To jest moment. Młode chestburstery – niczym gorący kubek knorra są gotowe w kilka minut. Bo i tutaj wspaniałomyślni twórcy uznali, że taki „smaczek” jak zachowanie jakiejkolwiek sensownej proporcji czasowej jest nieistotne. Byle szybko, byle było.
Ostatnim bohaterem filmu jest człowiek, a dokładniej – ludzie, mieszkańcy zaatakowanego miasteczka. Nie warto nawet wnikać w profil psychologiczny poszczególnych postaci, gdyż takowy zwyczajnie nie istnieje. Same postacie są natomiast niezbyt rozgarnięte i płytkie do bólu. Tak bardzo, że nie potrafią odróżnić Obcego od… zwykłego szczura. Widz oczywiście nie ma możliwości utożsamienia się żadnym z nich, bo bracia Strause i pan Salerno mają wielki problem z wykreowaniem postaci, której na imię Bohater.
Oczywiście w AvP:R nie mogło zabraknąć tak szalenie modnego ostatnimi czasy we wszelkiej maści filmach dla nastolatków motywu sex perypetii wśród szkolnej gawiedzi. Twórcy wyszli z założenia, że film musi być trendy, więc motyw taki siłą rzeczy znaleźć się musiał. Niestety nie raczyli oni już zauważyć, że zabieg taki zupełnie nie pasuje do tego typu filmu. Bo AvP:R nie jest przecież filmem pokroju American Pie… Widać tutaj, jak bardzo twórcy chcieli urozmaicić na siłę swój 86- minutowy banał, dorzucając ten kolejny wytwór ich nieudolności, który nie dość, że zupełnie nie pasuje do kanonu kina mrocznego, które miał (przynajmniej w założeniu) reprezentować AvP:R, to jeszcze go skutecznie z owej mroczności odziera.
Omawiając postacie ludzi, należy koniecznie wspomnieć o dialogach przez nich wypowiadanych, bo te, tak jak i ich autorzy – są płytkie do bólu, żeby nie napisać, że zwyczajnie głupie. Widz niejednokrotnie, słysząc kwestie wypowiadane przez aktorów, odnosi wrażenie, że zamiast horroru ogląda skecz Monty Pythona. W taki oto sposób AvP:R poza elementami szoku, seksu i tandetnej przygody, oferuje nam również wstawki humorystyczne.
Wszystkie te aspekty sprawiają, że AvP:R jest filmem trywialnym do bólu, zupełnie wypranym z klimatu grozy, filmem, który zamiast straszyć – zwyczajnie śmieszy. Śmieszy swoją naiwnością i miałkością. Jeśli kino sygnowane spuścizną swoich wielkich przodków ciągle będzie utrzymywało tendencję spadkową, czas w ogóle zastanowić się nad sensem jego istnienia. Bo dokręcanie na siłę kolejnych marnych, komercyjnych popłuczyn reprezentujących kinematograficzne dno, w żadnym razie nim nie jest.
Tekst z archiwum film.org.pl (20.01.2008).
