Recenzje
OBCY – DECYDUJĄCE STARCIE. Sequel doskonały
OBCY – DECYDUJĄCE STARCIE przenosi nas w wir emocjonującej akcji, udowadniając, że doskonałość można skutecznie kontynuować.
Autorem tekstu jest Dariusz Żak.
Nie mam w domu wielkiej kolekcji filmów. Nie dążę za wszelką cenę do zdobycia na dowolnym nośniku mniej lub bardziej legalnej wersji wszelkiej nowości, jaka zawita na ekrany świata. Nie czuję przemożnej potrzeby zachowania dla potomnych wszelkich ruchomych obrazów, jakie popełnił człowiek w swojej mądrości (albo i głupocie). W moim sercu i na mojej półce mam kilkadziesiąt tytułów, które warto mieć, które czasem warto obejrzeć. To filmy, których nigdy nie zapomnę.
Początkowo wydawało się, że James Cameron podniósł rękę na świętość. Dokręcił sequel filmu, którego doskonałość nie powinna być profanowana kontynuacją. W czasach, gdy termin „kino akcji” był gorszym epitetem niż dzisiaj nazwa Ich Troje, reżyser Terminatora rozszerzył świat gotyckiego horroru Obcy i przeniósł go na teren, na którym nie chciała go oglądać kasta ambitnych krytyków. Cameron z arcydzieła Ridleya Scotta zrobił łupaninę. Strzelaninę. Kino akcji. Zgroza….
Tak w latach osiemdziesiątych reagowano na premierę Aliens, jednego z najwspanialszych filmów science fiction, jakie gościła nasza planeta. To już ponad dwadzieścia lat, gdy oglądam ten film i w finale zawsze znajduję moje pośladki na krawędzi fotela. To nie przypadek. A przynajmniej wyraźnie widać to z perspektywy tych wszystkich lat, gdy rozumiemy, jakim twórcą jest James Cameron. Bezwzględny tyran na planie, znienawidzony przez ekipy perfekcjonista, niezmordowany pracoholik. Ten ambitny reżyser doskonale wiedział, czym grozi zmierzenie się z legendą, jaką był pierwszy Obcy, od momentu powstawania wyniesiony do panteonu najdoskonalszych osiągnięć kina grozy, analizowany przez niezliczone rzesze krytyków (sam kiedyś czytałem arcyciekawy tekst w kwartalniku Iluzjon, badający liczne subtelności i odwołania zawarte w tym filmie). Dopiero po długim czasie okazało się, że z tego starcia Cameron wyszedł zwycięsko.
Jak po tych wszystkich latach i kilkunastu seansach Aliens w kinie, telewizji i na DVD jawi mi się ten film dzisiaj? Oczywiście akcja, dynamika, napięcie. Ale to już było opisane na różne sposoby, nie będę się powtarzał, choć kto wie, czy wytrzymam w tym postanowieniu do samego końca tego tekstu? Cameron dokonał w swym filmie rzeczy, która dziś paradoksalnie wydaje się niemożliwa (o ile twórca chce zrobić udany film) – w tworzeniu postaci występujących w filmie posłużył się najklasyczniejszymi z możliwych stereotypami charakterów ludzkich, występujących w świadomości zbiorowej, od lat kształtowanej przez kulturę masową.
Oglądamy więc na ekranie bandę twardych, ale w sumie oddanych sprawie zabijaków w wojskowych mundurach, z gderliwym sierżantem na czele, tchórzliwego i chorobliwie ambitnego urzędnika wielkiej korporacji czy też małą, ale zaradną i sprytną dziewczynkę. Żeby jednak nie było tak klasycznie, reżyser skontrastował tę standardową, choć malowniczą grupę kilkoma postaciami zdecydowanie wynalezionymi na potrzeby tego właśnie filmu.
Pierwsza i najważniejsza to Ellen Ripley. Chyba nigdy świat filmu nie miał aż do tego momentu postaci tak silnej, zdeterminowanej i skutecznej w działaniu. A do tego kobiety! Ripley to postać skonstruowana w sposób dość prosty, ale jakże interesujący. To matka, której wydarzenia z poprzedniego filmu odebrały kilkadziesiąt lat istnienia (nie można mówić, że życia, bo czyż hibernacja jest życiem?), wraz z jedyną córką. Gorycz, depresja, tłumiona rozpacz i apatia to fascynujący wręcz fundament budowy tej postaci. Ripley śmiertelnie boi się kolejnej konfrontacji z Obcymi, chce jej uniknąć, chce w samotności pielęgnować swój smutek, jednak siła jej charakteru objawia się heroiczną decyzją powrotu w świat koszmaru, który opuściła właściwie przed chwilą.
Trudno ocenić, czy ta brzemienna w skutkach decyzja zapadła pod wpływem przemożnego pragnienia zemsty, czy to tylko zwykła, ludzka chęć przyjścia z pomocą kolonistom, zagrożonym przez niosące okrutną i ohydną śmierć stwory. A może jedno i drugie? Do samego końca właściwie nie wiadomo, co kryje się w duszy kobiety, która jednocześnie prze z chorobliwą determinacją w kierunku zagłady gatunku xenomorfów, dokonując przy tym niebywałych aktów heroizmu, ratując dziecko, na które gwałtownie przelała swoje matczyne uczucia.
To szczególne rozchwianie emocjonalne bohaterki doskonale pokazuje scena bezpośredniej konfrontacji z Królową Obcych w jednym z pomieszczeń stacji. Chwilowa, pozorna równowaga, więź porozumienia między piekielnym stworem a kobietą, kiedy obie muszą wybierać między powstrzymaniem się od wzajemnej zagłady a życiem swoich dzieci, zostaje załamana przez tłumioną do tej pory wściekłość Ripley, która eksploduje dosłownie i w przenośni. Ogień i żelazo niszczące potwory to obraz charakteryzujący duszę bohaterki – siła, odwaga, determinacja i paląca nienawiść. Nigdy nie oglądaliśmy tak skonstruowanej kobiecej postaci. Sigourney Weaver zasłużenie wywalczyła swoją nominację do Oscara.
Drugą interesującą postacią Aliens jest dowódca oddziału marines – Gorman. Pozbawiony charyzmy, niezdecydowany dowódca, popełniający błędy słabeusz, nie pasujący wręcz do grupy twardych profesjonalistów, jakimi są jego podwładni. Ta postać to poniekąd zapowiedź współczesnych nam tendencji w filmowym przedstawianiu wysokich rangą wojskowych jako nieodpowiedzialnych idiotów z ego przerastającym swymi rozmiarami przeciętne koszary. Gorman to zapowiedź odejścia od tworzenia postaci silnych, bohaterskich dowódców wojskowych, jakie w tamtych latach dość często gościły na naszych ekranach.
I jeszcze jedna postać, bardzo ciekawa – android Bishop. O ile w Obcym Ash okazał się bezduszną maszyną, nie wahającą się przed odebraniem życia człowiekowi, o tyle Cameron odwrócił sytuację i stworzył chyba najbardziej sympatyczną od czasów Gwiezdnych wojen i C-3PO postać maszyny ubranej w kształty ludzkie. Twarz psychopaty – Lance Henriksen – i jedna z najbardziej lojalnych i oddanych człowiekowi maszyn (android to jeszcze maszyna?) jakie przemaszerowały przez ekrany kin. Wielokrotnie mający okazję zdradzić i pozostawić Ripley na pastwę Obcych, do końca wytrwał u boku człowieka – niewiele takich postaci znajdziemy w kinie. Niby to pompatyczne, gdy się o tym pisze, ale na ekranie to się o dziwo sprawdza i nie śmieszy.
Na sam koniec zostawiam najciekawsze postacie tego filmu – Obcych. Niebywale tajemnicze, wyjątkowo proste w swej budowie psychologicznej (jakkolwiek by to śmiesznie brzmiało) stwory, doskonale opisane w filmie Scotta, u Camerona w żadnym razie nie doczekały się wyjaśnień – kim są, skąd pochodzą, jaki jest ich cel? Czy to jeszcze zwierzęta, czy już istoty inteligentne? Aliens tylko prześlizguje się nad tymi interesującymi kwestiami, praktycznie w żaden sposób nie rozwijając tego chyba najciekawszego wątku całego cyklu. Odziera to film z mistycznej atmosfery pierwszej części, w której kosmiczny potwór, niemal niezniszczalny, sprytny i bezwzględnie prący do przodu, zabijał i niszczył, by zapewnić przetrwanie swemu gatunkowi, stając się z czasem bestią niemożliwą do zabicia, przed którą tylko ucieczka stanowi wybawienie. Ucieczka, jak pokazuje sequel – daremna…
I dziękujmy Cameronowi, że nie ważył się podnieść ręki na tę zagadkę, nie starał się jej rozwikłać. Jakiekolwiek wyjaśnienia nigdy nie będą tu satysfakcjonujące, a odarcie Obcych z aury ich tajemniczości momentalnie mogłoby zabić klimat serii. Reżyser Aliens być może świadomie, być może intuicyjnie ominął ten temat i paradoksalnie, film na tym zyskał. Cameron poświęcił atmosferę horroru oryginału, robiąc miejsce dla widowiskowości, wizualności i emocji. Horror z ambicjami i podtekstami ustąpił żywiołowej akcji i – w najlepszym tego słowa znaczeniu – rozrywce. Jest to jednak rozrywka szczególnego gatunku, bo przesycona uczuciami i namiętnościami, czasem niemal w czystej postaci, gdzie prawdziwy lęk i emocje biorą górę nad chłodną oceną oglądanego filmu.
Wreszcie na koniec – Aliens to zdecydowanie film Jamesa Camerona – jakże charakterystyczny dla jego twórczości. Znajdziemy w nim wszystko, co tak bardzo charakterystyczne dla tego reżysera. To, co najbardziej rzuca się w oczy, to rzecz jasna postać Ripley – jak w każdym niemal filmie tego Kanadyjczyka kobieta jest tu silna, zdecydowana, drapieżna i ekspansywna, choć nie traci przez to wiele ze swej kobiecości. Sarah Connor, Lindsey Brigman, Helen Tasker czy właśnie Ellen Ripley to sztandarowe heroiny współczesnego kina, które wykreował w swoich filmach Cameron.
Patrząc przez pryzmat tych postaci na Aliens można przypuszczać, że swoista obsesja reżysera na punkcie silnych i odważnych kobiet spowodowała, że właśnie w tym filmie postać Ellen Ripley, znanej z poprzedniej części cyklu jako kobieta na pewno dzielna i odważna, ale jednak słaba i krucha, ewoluowała do żeńskiego odpowiednika herosów kina kreowanych przez najbardziej muskularnych aktorów jak Schwarzenegger czy Stallone. Co ciekawsze – Ripley to nie tylko silna kobieta, ale to także kobieta, która w sytuacji kryzysowej potrafi objąć przywództwo nad grupą – bądź co bądź – twardych facetów, a nawet spełnić w tej grupie rolę opiekunki, co ewidentnie widać w finale, kiedy ciężko ranny Hicks jest zdolny wyłącznie do wsparcia moralnego naszej bojowniczki.
Przesłanie płynące z ekranu jest jasne – silna i zdecydowana kobieta potrafi sobie poradzić z problemami lepiej niż mężczyźni. Feminizm? Poprawność polityczna? Owszem, ale niech we wszystkich filmach skażonych tą ułomnością będzie to pokazane tak zgrabnie i wiarygodnie. Tylko talent reżysera i nieprzeciętne zdolności aktorskie Sigourney Weaver spowodowały, że efekt ekranowy tej psychologicznej mutacji nie obrócił się w niezamierzoną parodię filmowej heroiny. Siła i determinacja Ripley płynie z jej dogłębnej znajomości zagrożenia, jakie niesie ze sobą starcie ludzi z Obcymi, które to zagrożenie niemal do samego końca nie jest rozumiane bądź akceptowane przez mężczyzn-żołnierzy. Oto więc kolejny punkt dla płci pięknej – za przewagę intelektualną i rozsądek.
Inną cechą charakterystyczną dla filmów Camerona, którą znajdziemy także w Aliens, to niebywale, wręcz fetyszystyczne przywiązanie do technologii. Cameron z wyraźnym uwielbieniem rozkoszuje się pokazywaniem widzowi wszelkiego rodzaju broni, statków, pojazdów czy maszynerii bazy Hadley’s Hope, sprawiając czasami wrażenie, że technologia w tym filmie jest dla niego ważniejsza niż ludzie i ich problemy. To oczywiście pozory, ale to ciągle przewijający się motyw w filmografii tego twórcy. Kto nie wierzy, niech przypomni sobie, w jaki sposób Hicks uczy Ripley, jak posługiwać się pulse riffle, albo też scenę, gdy dzielny kapral daje Ellen osobisty nadajnik – to chyba jedyne sceny w filmie, które niosą ze sobą pewien ładunek erotyzmu, w tym przypadku jednak jest to erotyzm zmaterializowany (o ile jest to wystarczająco zręczne określenie), powiązany w niejednoznaczny sposób z technologią.
I wreszcie ostatni element charakterystyczny dla twórczości Camerona, jaki możemy odnaleźć w tym filmie – to kwestia relacji emocjonalnych między bohaterami, wyzwolonych poprzez ekstremalne sytuacje. W Terminatorze Sarah Connor zakochuje się w chroniącym ją przed śmiertelnie niebezpiecznym robotem żołnierzu – Kyle’u, w Otchłani niebezpieczeństwo czyhające na dnie oceanu odnawia uczucia w rozpadającym się małżeństwie, a w Aliens ekstremalne sytuacje powtórnie wyzwalają w Ripley uczucia macierzyńskie wobec znajdującej się w śmiertelnym niebezpieczeństwie dziewczynki.
Cały Cameron… Można śmiało powiedzieć, że właśnie te trzy powtarzające się w każdym filmie tego reżysera elementy stanowią specyficzny szkielet emocjonalny jego dzieł, będącym swoistym uzewnętrznieniem prywatnych pragnień i uczuć, materializujących się na naszych oczach na kinowym ekranie.
Jak jawi się w moich oczach ten film po tylu latach od premiery, na tle współczesnych produkcji? Otóż – niemal na każdym polu wygrywa z ogromną większością dzisiejszych pozycji science fiction. I nie będę tu wspominał o perfekcyjnym, spójnym scenariuszu czy niebywałej widowiskowości scen batalistycznych, bo tak chyba można już mówić o akcji, jaka rozgrywa się w tym filmie. Aliens to film, o jakim dziś możemy praktycznie tylko pomarzyć – bez wire-dancingu, bez efektów komputerowych, bez wariackiego montażu. W tym filmie nie znajdziemy grama łopatologicznej politycznej poprawności, bełkotu pseudopsychologicznego czy logicznych dziur w fabule – tych wszystkich „rodzynek” jakimi jesteśmy raczeni we współczesnym kinie.
Rzecz jasna – film nie jest zupełnie bez wad: a to blue-box widać wyraźnie w kilku scenach, a to kuleje fizyka świata przedstawionego na ekranie (jakże silne ręce miała Ripley w finale), jednak to wszystko to tylko detale, nie wpływające w żaden sposób na odbiór filmu.
Do dziś pamiętam, kiedy po raz pierwszy obejrzałem Aliens w kinie, do dziś pamiętam uczucie niezwykłego podekscytowania, napięcia i niebywałych emocji. Po dziś dzień pamiętam ryk wściekłości Królowej tracącej swoje dzieci (a może to był płacz matki?) i namacalną niemal wściekłość Ripley walczącej o przetrwanie swojego dziecka. Dziś już takich filmów nie robią, dziś nie powstają takie proste, klasyczne w swej konstrukcji dzieła, dostarczające prawdziwych, głębokich emocji. Dziś już nikt nie robi takich filmów, jak Obcy – decydujące starcie.
Tekst z archiwum film.org.pl.
