Uncategorized
DZIEŃ OBJAWIENIA [RECENZJA]: Spielberg wciąż wierzy w ludzkość!
Spielberg po czterech latach milczenia, postanowił przypomnieć światu o swoim zamiłowaniu do tematyki science fiction filmem Dzień objawienia.
Steven Spielberg postawił w ostatnim czasie na nieco bardziej stonowane kino, czy to spełniając swoje wieloletnie marzenie i realizując w końcu musical (West Side Story), czy też kręcąc głęboko introspektywnych Fabelmanów. Teraz jednak, po czterech latach milczenia, postanowił przypomnieć światu o swoim zamiłowaniu do tematyki science fiction filmem Dzień objawienia.
Fabuła skupia się na losach dwójki niepowiązanych ze sobą (a przynajmniej tak się z początku wydaje) bohaterów – Margaret Fairchild (świetna Emily Blunt), pogodynki, która, jak to się ładnie mówi szuka swojego miejsca w życiu oraz Daniela Kellnera (niewiele jej ustępujący Josh O’Connor), informatyka odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo, będącego w posiadaniu wykradzionych informacji, mogących wstrząsnąć światem. Oboje ściga Noah Scanlon (Colin Firth), były pracodawca Kellnera, który nie chce dopuścić, by zgromadzone przez niego fakty ujrzały światło dzienne.

Dniem objawienia Spielberg wraca do swojej ulubionej tematyki kontaktów z obcymi, którą podejmował wcześniej w Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia, E.T. (reżyser nazywa nawet swoje najnowsze dzieło dopełnieniem nieoficjalnej trylogii), w serialu Wybrańcy obcych oraz w czwartym Indiana Jonesie, choć tam były istoty międzywymiarowe, co wszelako stanowi tylko kosmetykę. Wymyślając fabułę, inspirował się między innymi przesłuchaniami amerykańskich wojskowych przed Kongresem, dotyczącymi UFO.
Zasłyszane informacje, przefiltrowane przez wciąż dziecięcą (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego zwrotu) wyobraźnię Spielberga zaowocowały pełnym zwrotów akcji scenariuszem, pióra Davida Koeppa. Do tego, u boku reżysera ponownie stają sprawdzeni w boju współpracownicy: Janusz Kamiński zajął się realizacją zdjęć, czego efektem jest fantastyczna praca kamery, a maestro John Williams odpowiada za ścieżkę dźwiękową, komponując dla Spielberga jubileuszową, trzydziestą partyturę.

To jeden z tych filmów, którym trzeba pozwolić się porwać. Nie analizować głupotek scenariuszowych (a dałoby się znaleźć ich sporo), tylko dać się wciągnąć w dynamiczną fabułę. Są tutaj świetne pomysły realizacyjne, jak na przykład scena ucieczki wozami strażackimi czy trzymająca na krawędzi fotela sekwencja z pociągiem.
Aktorsko też bywa wybitnie (scena paniki Margaret, rewelacyjnie zagrana przez Blunt). Słowem, Dzień objawienia jest produkcją, którą Spielberg mógłby wyreżyserować czterdzieści lat temu. I dowodzi, że dobiegający osiemdziesiątki twórca nadal potrafi opowiadać historie z taką werwą i inwencją, jakby był o połowę młodszy. Kolejny raz udowadnia też, że tak naprawdę nigdy nie dorósł, co więcej zachęca nas, byśmy również odnaleźli w sobie wewnętrzne dziecko.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do finału, w którym pojawia się nadmiarowa scena. Nie ma tu pola do interpretacji, wszystko zostaje wyłuszczone łopatologicznie, co wszak zapowiada już ujęcie otwierające film, gdy jeden wrestler tłucze drugiego butem po facjacie, a patrzymy na to z perspektywy leżącego. Reżyser dosłownie pokazuje, że wszystko zostanie nam rzucone w twarz.
Znalazłoby się jeszcze kilka aspektów wartych dyskusji – słabo zarysowana sytuacja geopolityczna świata, w którym ma miejsce globalna eskalacja; bardzo oszczędnie podane motywacje antagonisty, Scanlona, czy pozbawiony głębi wątek związany z wiarą i Bogiem – ale nie odbierają one frajdy z seansu. Zamiast tego warto przyłożyć do Dnia objawienia ten sam filtr, co w przypadku E.T. Czy tam, aby historia zadziałała, był potrzebny głęboki rys psychologiczny wojskowych pragnących schwytać kosmitę?

W dzisiejszym, pełnym napięć i konfliktów świecie, Spielberg ustami bohaterów mówi, żeby nie bać się przyszłości, uwierzyć w ludzkość, pozwolić sobie na chwilę wytchnienia i nieco optymizmu. Niektórzy zapewne się w tym momencie żachną, zdziwieni podobną naiwnością, ale dobrze, że znalazł się ktoś, kto mimo wszystkich paskudnych rzeczy, jakich dopuszczali, dopuszczają i będą dopuszczać się ludzie, wciąż, po dziecięcemu, wierzy w szczęśliwe zakończenia.
A fakt, że tym kimś jest siedemdziesięciodziewięcioletni mag kina, w jakiś sposób uspokaja. Czasem po prostu trzeba, by przypomniano nam na czym polega humanizm i dlaczego warto się nim kierować. A że w formie dynamicznego blockbustera? Tym lepiej!

