Publicystyka filmowa
WYNALAZKI, przed którymi OSTRZEGAŁY nas filmy SCIENCE FICTION
Na niektóre osiągnięcia techniki musimy być gotowi nie jednostkowo, ale społecznie.
Nimonę obejrzałem już dwa razy, ale ten drugi raz był ważniejszy. Po raz kolejny uświadomiłem sobie, że nie tylko boimy się tego, czego nie znamy, ale również to nienawidzimy. W kinie science fiction niechęć, nienawiść i strach obecne są często. Twórcy kreują te emocje u widza zwykle nie po to, żeby antagonizować go, lecz żeby pokazać mu, jaka może być przyszłość, jeśli nie będzie przezornie wykorzystywał zdobyczy techniki. W historii kina fantastycznego ciągle przewija się pewien zakres technologii i tematyki powiązanej.
Z łatwością więc możemy wyłowić te wynalazki, które już znamy funkcjonalnie w praktyce, bądź ciągle o nich marzymy, a które nieodpowiednio wykorzystane przyniosą ludzkości więcej szkody niż pożytku. Na niektóre osiągnięcia musimy być gotowi nie jednostkowo, ale społecznie. I z tym jest największy problem właściwie nierozwiązywalny od wieków. A może tego wszystkiego boimy się niepotrzebnie, na zasadzie odczuwania lęku uprzedzającego?
Wehikuł czasu

Możemy zmanipulować informację o przeszłości, ale jej nie zmienimy, i z tym mamy problem. Filmy science fiction pokazują jednak, że możemy to zrobić, a w praktyce bardzo chcemy, bo nie podoba nam się np. to, jaka jest teraźniejszość z powodu naszych przeszłych wyborów. W filmach więc budujemy specjalne urządzenia nazywane wehikułami czasu. Najbardziej znanym wehikułem jest ten z adaptacji powieści H.G. Wellsa, tyle że główny bohater, cokolwiek zrobił, nie był w stanie zapobiec śmierci ukochanej, która już się wydarzyła. Udało mu się za to zajrzeć do przyszłości, czemu i dzisiaj fizycy teoretycznie nie zaprzeczają.
Co zaś do przeszłości jest o wiele trudniej. Zacznijmy więc od teorii również obecnej w filmach SF – szybkich podróży za pomocą tuneli. Już Einstein wykazał, że potrzebny by nam był pojazd o nieskończonej mocy, aby przyspieszyć powyżej prędkości światła. To niemożliwe. Jak więc to obejść? Jedynym sposobem podróżowania przez Galaktykę czy też z jednej strony Galaktyki na drugą w czasie możliwym do zaakceptowania, czyli mniejszym niż ten przysłowiowy rok, jest utworzony przez silne odkształcenie czasoprzestrzeni tunel czasoprzestrzenny, który stanowiłby skrót pozwalający przebyć nieskończoną dla życia ludzkiego drogę tam i z powrotem.
Takie tunele czasoprzestrzenne są całkiem poważnie uważane za pozostające w zasięgu przyszłej cywilizacji. Ale jeśli bylibyśmy w stanie przenieść się z jednego krańca Galaktyki na drugi w ciągu jednego, dwóch tygodni, to równie dobrze moglibyśmy wrócić przez inny tunel do tego samego miejsca, ale wcześniej, niż z niego wyruszyliśmy. Tak cofnęlibyśmy się do przeszłości, tylko za jaką cenę. Zapewne nie tylko zmiany drobnych elementów w naszej teraźniejszości, ale jej całkowitej destrukcji. Przed tym ostrzegają filmy SF w tym np. Powrót do przyszłości. Będąc w przeszłości, nie moglibyśmy jej na tyle kontrolować, żeby nie unicestwić się w przyszłości.
Teleport

Fantazja stała się faktem całkiem niedawno. Może nie tak efektownym, jak tego byśmy oczekiwali nasiąknięci wizjami ze Star Treka, ale na poziomie kwantowym już dzisiaj jest możliwa. Obawiamy się jej jednak głównie dlatego, że przeraża nas wizja niewłaściwego „poskładania” naszych ciał w punkcie docelowym teleportacyjnej podróży. Kino SF w typie np. Muchy Davida Cronenberga przestrzega nas, co mogłoby się stać, gdyby do komory teleportacyjnej wkradło się obce DNA. Tutaj chodzi o muchę, ale są mniejsze stworzenia, które również mają swój kod genetyczny. To działa na wyobraźnię. Przestrzeń teleportacyjna musiałaby być sterylna, a przecież nie o taką teleportację nam chodzi. Czy więc zdamy się na maszynę, która będzie odtwarzać nas w nowym miejscu? A co z duszą – jeśli ktoś w nią wierzy? Kościoły wielu religii musiałyby chyba nieco zweryfikować swoje doktryny, a może nawet uznać wszystkich tych, którzy się już przynajmniej raz teleportowali, demonami, dziećmi diabła lub innego typu odszczepieńcami. To już się kiedyś zdarzyło przy odkryciu DNA.
Androidy

Sztandarowy przykład filmu ostrzegającego przed nimi to oczywiście Łowca androidów. Sporadycznie się jednak tak stawia ten problem w przypadku tej legendarnej produkcji. Androidy, mimo że mordują, kradną i wydają się nie mieć uczuć, są tu ogólnie przedstawione jako ofiary ludzkich kapryśnych eksperymentów. Czy jednak jest to jedyna interpretacja ich obecności wśród nas? Wejdźmy na poziom wyżej, ten gatunkowy. W tym sensie – niezależnie od tego, czy im współczujemy, czy chcemy ratować i obdarzać prawami – są dla nas realnym zagrożeniem, nie personalnym, lecz biologicznym.
Każda istota człekokształtna, będąca przedstawicielem innego genetycznie gatunku od nas, będzie dla nas zagrożeniem, śmiertelnym. Kino SF bada ten temat od lat. Straszy nas nie tylko obcymi, lecz właśnie naszymi dziełami. Androidy są przecież wersjami nas, opracowanymi, żeby były lepsze. Głupio jest więc się nie domyślić, że skoro staraliśmy się stworzyć je na nasz wzór i podobieństwo, tylko lepiej, to one będą chciały nas wyeliminować. Zrobilibyśmy przecież to samo.
AI

Sztuczna inteligencja występuje w filmach science fiction od dziesiątek lat. Przedstawiana jest jako coś, co nas zastąpi, zdominuje, uczyni zbędnymi. Jako główną przyczynę obrócenia się AI przeciwko nam podaje się albo racjonalny osąd nad naszym postępowaniem wobec Ziemi i stwierdzenie, że jesteśmy zagrożeniem dla ekosystemu planety, albo chęć AI do uzyskania pełnej niezależności, skoro uważa się za podmiot świadomy. Trudno odmówić jej racji, chociaż chce nam urządzić genocyd. Dzisiaj nareszcie mamy zalążek AI, która generuje dla nas treści. To coś w rodzaju okresu przejściowego, oswajania się z nią, a i jej z nami.
O tym również kino science fiction nam wielokrotnie mówiło, ostrzegając, że sztuczna inteligencja wcale nie zawita do naszego życia jak niszczący wszystko taran. Wpierw się z nim scali, uczyni nas swoimi niewolnikami, a następnie zostawi, żebyśmy popadli jako społeczność w zupełny chaos. Dopiero wtedy nastąpi atak. Skoro AI jest INTELIGENCJĄ, to dobrze wie, że z nami ludźmi należy działać strategicznie. Pamiętacie finałową scenę ze Screamers? Kiedy więc następnym razem będziemy oglądać po 22.00 napastliwe reklamy pochodnych viagry, zastanówmy się, czy to nie aby AI nie zaczęła podpowiadać mediom, jak nas ogłupić reklamami leków i suplementów. Tak się fabrykuje spiski.
Implantacja

O konsekwencjach niekontrolowanej implantacji pisał m.in. Jacek Dukaj w świetnej powieści pt. Czarne oceany. Czekam na jej ekranizację lub chociaż adaptację, jednak raczej nie przez polskich twórców i może nie przez Netflixa. Amazon lub HBO byłyby właściwszymi studiami producenckimi. O implantach marzymy od dawna. W kinie SF zaimplantowane postaci występują właściwie standardowo, aż do znudzenia. Najbardziej popularne są implanty zwiększające możliwości intelektualne, potem ludzie powiększają swoje zdolności sensoryczne, a potem motoryczne. Dlaczego mielibyśmy się obawiać implantów? W Ghost in the Shell jest to dobrze pokazane. Implanty mogą być uzależniające jak tatuaże, chociaż te drugie – rzecz jasna – modyfikują tylko wygląd, a nie charakter. Nie wiemy jeszcze, gdzie znajduje się granica, poza którą implantacja wpłynie na naszą psychikę tak bardzo, że zrobi z nas maszyny, jak w filmach science fiction.
Przewidywanie zbrodni

Raport mniejszości jest ostrzeżeniem, jak można zmanipulować prekognicję. A wydawać by się mogło, że najdoskonalszą formą poradzenia sobie ze zbrodnią jest jej zapobieżenie w postaci wskazania, kto ją popełni. W dzisiejszej kryminologii istnieją badania, na podstawie których przewiduje się, jakie typy osobowości są bardziej skłonne do złamania prawa, a które mniej, to samo, jeśli chodzi o środowiska społeczne, ale wizja z Raportu mniejszości jest o wiele straszniejsza, bo zakłada, że można być ukaranym za to, czego się jeszcze nie popełniło w tzw. afekcie, lecz się popełni. I tu właśnie jest problem – kiedy się popełni i czy na pewno się popełni. Tego nikt nie wie, bo się jeszcze nie wydarzyło, więc jak można kogoś ukarać za przyszłość?
Wirtualna rzeczywistość

W latach 90., kiedy komputery nareszcie uzyskały tę moc obliczeniową, że grafika 3D trafiła pod strzechy, użytkownicy będący także twórcami kina science fiction zachłysnęli się jakże z dzisiejszego punktu widzenia raczkującymi możliwościami wirtualizacji rzeczywistości. Owocem tego zachwytu było wiele filmów, lecz tylko jeden uzyskał status produkcji kultowej – Kosiarz umysłów. Główne zagrożenie, jakie podnosi większość produkcji SF, w tym przypadku to utrata kontaktu z rzeczywistością pozawirtualną, czyli fizyczną, w której codziennie funkcjonujemy, bo ta wirtualna zwyczajnie jest atrakcyjniejsza.
Teraz trudno uwierzyć, że w latach 90. mogła taka być, patrząc na efekty specjalne w Kosiarzu umysłów. Dzisiaj jest zupełnie inaczej, ale z kolei wirtualna rzeczywistość przestała być tak popularna. Bardziej wciągają gry, a symulacje organoleptyczne w stylu specjalnych uniformów dla graczy jak w Player One, są jeszcze daleko przed nami. Warto się jednak zastanowić, czy te ostrzeżenia mają jakikolwiek sens? Przypadki uzależnienia od gier zdarzają się na tyle rzadko, że nie stanowią zagrożenia dla ogółu społeczeństwa – jego homeostazy. Tracą kontakt z rzeczywistością jedynie te jednostki, które i tak go nie miały prawidłowo ukształtowanego.
Transhumanizm

Czy transhumanizm jest niebezpieczny? To dość złożone pytanie. Nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Kino science fiction uczula nas na kilka problemów z nim związanych. Transhumanizm to idea rozwijania i udoskonalania ludzkiego ciała poprzez wykorzystanie technologii, takich jak sztuczna inteligencja, inżynieria genetyczna, implantacja mózgu itp. Transhumanizm ma potencjał. Może przynieść wiele korzyści, takich jak przedłużenie życia, eliminacja chorób genetycznych, zwiększenie zdolności intelektualnych i fizycznych, a nawet możliwość przekroczenia ograniczeń biologicznych człowieka wynikających z przynależności do określonego gatunku.
Bardziej konserwatywni odbiorcy kultury i technologii obawiają się jednak, że wprowadzanie technologii do ludzkiego organizmu może prowadzić do niekontrolowanego wzrostu nierówności społecznych, powstania podklasy ludzi modyfikowanych technologicznie oraz wykreowania zagrożeń dla prywatności i wolności jednostki. Warto też pamiętać o etycznym aspekcie związku między człowiekiem a technologią. Co będzie z tożsamością człowieka, gdy zostanie zmodyfikowany np. w 50 procentach? A co się stanie, gdy zmodyfikuje się w 80 procentach?
Uzależnienie od technologii

Jest taka bajka science fiction pt. Wall-E. Nie dość, że przedstawia nas jako gatunek typowo inwazyjny, który przybywa na jakąś planetę, eksploatuje ją, niszczy, a potem się z niej wynosi, to pokazuje, że sami jako społeczność mamy problem. Uzależniliśmy się od wygody, którą daje technologia. To ostrzeżenie nie w sensie, że za dużo spędzamy czasu ze smartfonem, bo tak naprawdę nie wiemy, czy to niebezpieczne, czy jedynie histeria psychologów internetowych. Dowiemy się zapewne za 50 lat. O namiętnym czytaniu książek kiedyś też tak mówiono. O oglądaniu filmów również.
Znaleźli się również mądrzy, którzy twierdzili, że teatr szkodzi na mózg i wpędza w nocne wapory. Ostrzeżenie jednak przedstawione w bajce Wall-E jest jak najbardziej racjonalne – technologia nie powinna wyręczać nas w aktywności fizycznej, bo właśnie to prowadzi bezpośrednio do naszego wpierw zgnuśnienia, potem przybrania na wadze, następnie rozleniwienia, postępującej atrofii układu mięśniowego i kostnego, a następnie chorób metabolicznych i śmierci. Natomiast jasne jest, że technologia potrafi nas wyręczać i niwelować wysiłek fizyczny, a to uzależnia.
Kontrola obecności i dane wrażliwe

Rozsiewamy je wszędzie i z własnej woli. Nie tylko chodzi o pesel, ale już nasz wizerunek codzienny i odciski palców. Maszyny wiedzą o nas wszystko. Żeby wejść do mojej firmy np., muszę codziennie w systemie biosys rejestrować swoją twarz lub palce. Dopiero wtedy system przepuszcza mnie przez drzwi. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby te dane zostały użyte do czegoś innego, do wejścia tam, gdzie nigdy nie chciałbym wejść ani nie powinienem być widziany. Przed tym również ostrzegają filmy science fiction – przed technologią, która dla naszych własnych celów zbiera o nas dane, przetwarza je, niby zapewnia dyskrecję, ale to tylko teoria.
W praktyce te dane już zostały o nas zebrane, więc jakiekolwiek zapewnienia, że są bezpieczne, obarczone są chociażby statystycznym błędem. Jeśli więc na skalę masową są zbierane, łatwo sobie wyobrazić, co o nas będą „wiedziały” maszyny za lat 50. A czego nauczą się przez ten czas o naszych emocjach? Przypomnijmy sobie film Her.
Tekst z archiwum Film.org.pl
