Connect with us

Publicystyka filmowa

SYSTEM. Windows zabijał już 25 lat temu

Sandra Bullock ucieka przed erą komputeryzacji.

Published

on

SYSTEM. Windows zabijał już 25 lat temu

Lata 90. to wzmożone zainteresowanie filmowców postępującą technologią i rolą komputerów w świecie przyszłości. Maszyn, które przecież wydatnie pomogły zbudować hollywoodzkie blockbustery w CGI. Pojedyncze gadżety i wątki z nimi związane pojawiały się wtedy w co drugim filmie, nierzadko z doskoku, bez związku z główną intrygą. Prawdziwy wysyp komputerowych produkcji nastąpił w 1995 roku, kiedy na ekrany zawitały takie hity jak: Hakerzy, Zabójcy, Dziwne dni, Johnny Mnemonic, Zabójcza perfekcja, Goldeneye oraz właśnie film z gwiazdą świeżutkego SpeedSandrą Bullock. The Net (tenet?), czyli oryginalny tytuł oznaczający po prostu sieć internetową, najambitniej podszedł przy tym do tematu, dzięki czemu zdołał oprzeć się bezwzględnemu upływowi czasu.

Advertisement

Ćwierć wieku, które minęło od premiery zapomnianego już trochę filmu Irwina Winklera – na co dzień producenta, który nakręcił jednakże kilka uznanych dramatów, z Czarną listą Hollywood na czele – to bardzo dużo, jeśli chodzi o konfrontację świata fikcji z progresywną techniką rzeczywistości. A jednak System pozostał przerażająco wręcz aktualny. Gdyby nie potężne, kwadratowe monitory straszące z ekranu, brak kieszonkowych czarnych monolitów oraz przestarzałe dziś już mocno oprogramowanie, na którym Sandra testuje na przykład kultowego Wolfensteina 3D, można by go uznać wręcz za dokument niewymagający aktualizacji – co udowodniły niejako powstałe na jego bazie: serial o tym samym tytule z 1998 z Brooke Langton w roli głównej i skierowany prosto na wideo sequel The Net 2. 0 z 2006, które przepadły z kretesem wśród publiki, nie oferując przy tym nic nowego.

Aczkolwiek i oryginalny film nie poraża fabularną świeżością. Za to miło łechta chęcią wyjścia poza zwykły, naładowany akcją produkt. Utrzymany w duchu Ściganego i Trzech dni Kondora, klimatem bardziej przypomina takie produkcje tamtych lat jak Firma czy Raport Pelikana aniżeli bombastyczny Speed – a więc pościgi, wybuchy i strzelaniny ustępują tu miejsca myśleniu, budowaniu poczucia zagrożenia i osaczenia bezbronnej wobec istniejącego poza wirtualną rzeczywistością systemu, osamotnionej jednostki, która bezwolnie staje się częścią spisku.

Advertisement

Tą osobą jest oczywiście Bullock jako wolny strzelec sprawdzający cyfrowe dobra w zamian za pieniądze – przelewane oczywiście za pośrednictwem Internetu, który stanowi całe jej życie. Jej Angela Bennett to odludek bez przyjaciół i rodziny (nie licząc skitranej w sanatorium mamy z Alzheimerem – w tej roli Diane Baker, czyli pani senator z Milczenia owiec). Randki zastępuje czatowaniem z anonimowymi facetami, których dzisiaj określono by mianem inceli lub stalkerów. A zamiast kolacji w restauracji preferuje dostawy do domu, co stanowi w sumie jej jedyny bezpośredni kontakt z innymi ludźmi, z którymi na co dzień komunikuje się na odległość – za pomocą klawiatury lub przez telefon.

W momencie listopadowej premiery taki stan rzeczy wydawał się iście fantastyczny, zwłaszcza w opóźnionej względem Zachodu Polsce – w końcu mowa o czasach, kiedy trzeba było iść do kiosku po Frugo, zanim wyszło. A tutaj Sandra robi dosłownie wszystko bez wstawania z fotela. No… po odbiór paczki musi się ruszyć do drzwi – całe dwa metry, biedactwo. W sumie patrząc na jej styl życia i dietę (duża pizza zagryzana słodyczami!), aż trudno uwierzyć, że nie zatrudniono do tej roli kogoś pokroju Kathy Bates. Choć wtedy film skończyłby się znacznie szybciej, a partnerujący jej na planie, kompletnie wtedy nieznany amerykańskiej publice Jeremy Northam miałby nie lada dylemat moralny w scenach miłosnych (notabene w kolejnej dekadzie aktor wystąpił w głównej roli w cyberpunkowym, również dotykającym kwestii tożsamości Cypherze). Zresztą dziś ta sama bohaterka przypominałaby zapewne wojowniczą, wrogo nastawioną do świata gotkę w typie znanej z Dziewczyny z tatuażem Lisbeth Salander, a nie uroczą i nieśmiałą dziewczynę z sąsiedztwa, wciąż naiwnie śniącą o idealnym facecie, który recytowałby jej poezję i słuchał opery.

Advertisement

Feministki mogą jednak spać spokojnie, gdyż ta szara myszka bynajmniej nie wpisuje się w schemat księżniczki, którą trzeba ratować. Wręcz przeciwnie – to kolejny przykład postaci zadającej kłam teorii o braku silnych kobiet w „starym” kinie. Oczywiście nasza bohaterka musi wpierw w ogóle wyjść z domu, by móc pokazać swoją wartość. Jej ciepły kącik musi zostać zburzony, a ona sama dorosnąć do pełnowymiarowego życia. Wypchnie ją tam trefny program nadesłany przez kolegę i organizacja o nazwie Pretorianie, dążąca do kontroli nad światem w ten sam sposób, który obecnie stanowi codzienność w Chinach – za pomocą permanentnej inwigilacji, zawsze i wszędzie.

„Wyobraź sobie świat, w którym wszystko na twój temat jest zapisywane. Świat, w którym każdy ślad twojego istnienia znajduje się w komputerze. Świat, który łatwo można wymazać…”

Takie hasełka reklamowe towarzyszyły wtedy tej produkcji – dziś to okrutna prawda. Szczególnie w obliczu doniesień o podskórnych czipach z danymi medycznymi i wycofaniu z obiegu gotówki. Wszystko elektroniczne, pozbawione namacalności, fałszywe. Słowem: całe życie w komputerze – jeśli cię tam nie ma, to nie istniejesz (o czym zresztą bardzo szybko przekonuje się nasza bohaterka, niepotrafiąca potwierdzić nawet własnej tożsamości, która zostaje jej na nowo „przypisana” niczym jakiś awatar). To iluzja rzeczywistości, mająca jednak gigantyczny wpływ na realny świat.

Advertisement

W niepowołanych rękach idących ku pełnemu monopolowi organizacji to także władza absolutna, niewidoczna kontrola bez ograniczeń. Państwo w państwie. System, którego nie można złamać. Totalitaryzm niepotrzebujący politycznych zapędów, tylko twardych danych. Te są co prawda w filmie zapisywane na archaicznych 3,5-calowych dyskietkach, ale nie czepiajmy się szczegółów – w końcu nie liczy się forma, lecz efekt, który pozostaje wiecznie młody. Nie tylko przez wzgląd na temat.

Scenariusz duetu John Brancato–Michael Ferris (Terminator 3 i Ocalenie oraz Gra, z którą skojarzenia z pewnością przywoła pojawiający się w telewizji ten sam prezenter, Daniel Schorr – prawdziwy dziennikarz, który w obu tych filmach oraz jeszcze w Stanie oblężenia zagrał samego siebie) może pochwalić się też jednym z najbardziej realistycznych podejść do posługiwania się komputerem. I owszem, znajdziemy tu tak tradycyjne schematy, jak ładujący się całą wieczność pasek postępu, ale też i duże przywiązanie do detali.

Advertisement

Tak jak Hollywood przyzwyczaiło nas do bzdurnego uderzania w klawiaturę na czas, tak Sandra korzysta głównie z myszki i zwyczajnie wie, co robi. Zaskakująco dużo tu zresztą stukania w klawisze, klikania w przyciski i widoku ekranu, na którym toczy się ta najważniejsza akcja – sprzedana z nerwem dzięki wprawnemu montażowi oraz inteligentnej muzyce Marka Ishama i pozbawiona przesadnie geekowskiego zacięcia, niezrozumiałej terminologii. Na dobrą sprawę czyni to z Systemu jeden z najciekawszych filmów komputerowych. A już na pewno najlepiej sprzedanych.

Jednocześnie jest to też dzieło mocno tajemnicze, bezustannie lawirujące w odcieniach szarości oraz kompletnie pozbawione prawdziwego schwarzcharakteru, po którym lukę usiłują zapełnić liczni najemnicy. Jak sam tytuł wskazuje, bohaterka nie walczy tu z konkretnymi ludźmi, ale z całą strukturą pozbawioną formy, wręcz z pewną ideą – wielogłową, niewzruszoną i bezduszną Hydrą. To sprawia, że fizyczne, klasyczne sceny akcji momentami nie przystają do skrupulatnie budowanej atmosfery cyfrowego osaczenia i kameralnej, bo w założeniu dotyczącej jednostki, intrygi – zwłaszcza że znajdziemy w nich trochę wygodnych rozwiązań scenariuszowych i niedopracowanych wątków.

Advertisement

I tak na przykład ścigana Sandra biega sobie swobodnie po całym kraju bez choćby prób kamuflażu czy drobnych zmian w wyglądzie. Dziś w dodatku z pewnością szybciej by ją znaleźli, łatwiej byłoby ją namierzyć, ale i jej byłoby łatwiej… uchronić się przed czymś takim. Szczególnie gdy ma do dyspozycji cały ten bardzo drogi sprzęt, na który naprawdę nie wiem, jak ją stać…

W tego typu detalach System bywa odrobinę mniej wiarygodny i zachowawczy, co w sumie jest trochę bolączką podobnych filmów tamtej ery. Nigdy nie dociska gazu do dechy, ale zawsze naturalnie podtrzymuje ciśnienie, pozostając blisko serca. Jest idealnym najntisowym hitem, czyli oryginalnym produktem, który w atrakcyjny i pozbawiony moralizatorstwa sposób sięga do świata realnego, próbując uczulić na dany temat, nie czyniąc go przy tym nudnym czy napuszonym. Nie jest to tylko pusta, beznamiętna rozrywka. I choć w innych rękach mógłby być to film przypuszczalnie jeszcze lepszy, to nie odbiera mu to prawdziwości, zwłaszcza obecnie.

Advertisement

Jakkolwiek technologia komputerowa zrobiła spory postęp przez te ćwierć wieku, tak trudno oprzeć się wrażeniu, iż w kwestii leżącego tu u samych podstaw problemu nic się przez ten czas nie zmieniło (a nawet jest jeszcze gorzej). Komputery są mniejsze, a dane, którymi za ich pomocą się obraca, większe, lecz pozostałe wartości nie uległy przedawnieniu.

Paradoksalnie w dobie, którą System niejako przewidział, takiego kina już się nie robi. Czy właśnie dlatego, że rzeczywistość stała dużo się bardziej przerażająca od fikcji, czy może otoczeni wszelkiej maści poprawnością i cyferkami twórcy nie mają już takich ambicji jak kiedyś? A może mają, ale system nie pozwala im ich spełnić? W tym kontekście przewrotne zakończenie rodem z Matrixa nie pozostawia żadnych złudzeń – czy tego chcemy, czy nie, żyjemy spętani siecią. Pozostaje jedynie szukać pocieszenia w ogółem optymistycznie nastrojonym finale filmu i po prostu odejść od kompa. No właśnie…

Advertisement

П

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *