Publicystyka filmowa
SPEED. NIEBEZPIECZNA PRĘDKOŚĆ. Wciąż robi wrażenie
SPEED. NIEBEZPIECZNA PRĘDKOŚĆ to nieprzemijająca klasyka, która zaskakuje dynamiką i emocjami, nie tracąc nic ze swojego uroku.
Nie brakuje filmów, które zwyczajnie nie przestają robić wrażenia i nawet przy doskonałej znajomości fabuły ich jakość nie traci na powtórnym seansie. Tak jest ze Speed: Niebezpieczną prędkością (1994) – znakomitym dziełem Jana de Bonta.
Holenderski twórca w swojej karierze nie nakręcił nad wyraz wiele i w świecie kina częściej stawał za kamerą w roli operatora. O jego osiągnięciach reżyserskich można mówić tym krócej, że poza Speed (czytelnicy pozwolą, że w dalszej części artykułu będę się posługiwać tylko pierwszym członem polskiego tytułu), trudno go za coś szczególnie pochwalić. Twister (1996), Nawiedzony (1999) czy jedna z części przygód Lary Croft to dzieła, do których raczej się nie wraca.
Nie inaczej jest z kontynuacją Speed, która od wielu lat niezmiennie reklamowana jest przez pewną polską komercyjną stację jako super-mega-ultra poniedziałkowy hit, co zawsze wywołuje u mnie mały uśmiech.
Fabularny, pełnometrażowy debiut de Bonta był jednak wyborny. Nakręcił kawał porządnego kina sensacyjnego, do którego nawiązałem już w jednym ze swoich poprzednich artykułów, gdy refleksji poddałem wybrane utwory charakteryzujące się nieustającym od pierwszej do ostatniej minuty seansu napięciem. Tak jest właśnie w przypadku Speed.
Zacznijmy od polskiego tytułu, o którym już w niniejszym artykule napomknąłem. Nie chcę się pastwić nad osobami za niego odpowiedzialnymi, lecz to jeden z tych lepszych przykładów nieudolnego nazewnictwa. Nie mam pretensji, gdy polski tytuł jest w 100% odmienny od oryginalnego. Czasami jest to do przyjęcia, jeżeli rzeczywiście trudno byłoby dokonać sensownego tłumaczenia. Grunt to w nowej propozycji nazwy sensownie odnieść się do samej fabuły utworu. Gorzej, jeżeli zostaje dodane coś, co jest zupełnie niepotrzebne. Tak wygląda sprawa z członem „niebezpieczna prędkość”.
Gdyby tytuł ograniczyć wyłącznie do tych dwóch słów – problem de facto by nie istniał. Poprzedzający je wyraz „speed” ten kłopot wprowadza, a w zasadzie sprawia, że polski tytuł jest idiotyczny. Dla formalności na wstępie tekstu podałem Speed: Niebezpieczna prędkość. Dalej już w ten sposób się po prostu nie bawmy.
Strukturalnie dzieło de Bonta jest dość szczególne. Trwa niespełna dwie godziny, a pierwszy akt, który można uznać za ekspozycję, zajmuje blisko 1/3 całości. Po nim następuje bardzo szybkie przejście do zawiązania głównej akcji. Widzowie nie zdążą złapać oddechu po efektownych scenach w windzie, a już czeka na nich równie atrakcyjny wizualnie wybuch autokaru, który rozpoczyna zasadnicze zmagania głównego bohatera z antagonistą. Raptem kilka minut po eksplozji Jack Traven dostaje się do innego pojazdu, który będzie starał się ocalić, i od tej chwili do właściwie ostatniej minuty seansu obserwujemy wydarzenia na małej przestrzeni niemogącego zostać zatrzymanym autobusu.
Zwróciłem uwagę na ekspozycję, albowiem nie jest ona ujęta w taki tradycyjny, modelowy sposób. Nie poznajemy codziennego życia głównego bohatera, jego domu, rodziny, psa itd., lecz to, jaki jest, odkrywamy już podczas jego pierwszej akcji ratunkowej. Wtedy też de Bont wprowadza czarny charakter i bardzo szybko zaznajamia widzów z duetem, którego poczynania będą śledzić w ciągu następnych kilkudziesięciu minut. Nieobcy jest również przyjaciel i zarazem partnerujący Travenowi Harold Temple i właściwie jedyna postać pierwszoplanowa, którą po raz pierwszy ujrzymy nieco później, to Annie Porter. Niemniej odbiorca filmu stosunkowo prędko (wymowne w kontekście tytułu dzieła) zostaje wprowadzony w świat przedstawiony, jaki na ekranie wykreował holenderski artysta.
Zanim przejdziemy do stricte fabularnej analizy, kilka słów o obsadzie. Dla Keanu Reevesa film ten był dość ważny w karierze, ale trudno go postrzegać jako przełom. To raczej mocne tupnięcie po serii wcześniejszych kreacji (m.in. Niebezpieczne związki – 1988, Na fali – 1991, Dracula – 1992), dzięki którym stopniowo zyskiwał międzynarodową sławę.
Oczywiście pewnie niejeden widz na hasło „Reeves” powie „Adwokat diabła” czy „Matrix”, ale postrzeganie kariery tego aktora absolutnie nie może zostać zawężone do drugiej połowy lat 90. czy XXI wieku. Dla Jeffa Danielsa natomiast występ w Speed był na pewno pewną gatunkową odskocznią, albowiem wcześniej grywał głównie w dramatach obyczajowych bądź komediach. Sandra Bullock z kinem akcji do czynienia już miała (np. Człowiek demolka – 1993), z kolei rola Dennisa Hoppera to przypuszczalnie jedna z jego ostatnich tak sugestywnych i pamiętnych kreacji w karierze.
Film niemalże na każdym kroku nawiązuje do tytułu i nie ma co ukrywać, że de Bont wykazał nietuzinkową zdolność do utrzymania wysokiego tempa akcji przez kilkadziesiąt minut. Ponadto dokonał tego, wybierając dla fabularnych losów małe przestrzenie. W pierwszym akcie śledzimy poczynania bohaterów w windzie, następnie główną lokalizacją dla historii staje się autobus. Holender postarał się zadbać o niemal klaustrofobiczną atmosferę, większość bohaterów skazana jest na bierną, stateczną postawę, ale nie cierpi na tym dynamika prezentowanych wydarzeń. Bezsprzecznie to jedna z mocniejszych zalet Speed.
Warto także zwrócić uwagę na wykorzystanie przez złoczyńcę środka transportu publicznego. W ostatnich latach symbolem terroryzmu stała się na przykład ciężarówka i z podobnym zagraniem mamy do czynienia w filmie de Bonta. Oczywiście nie jest tak, że Howard Payne bezpośrednio zabija mieszkańców miasta, wjeżdżając w nimi autobusem, ale istotne staje się to, że antagonista sięga po coś, z czego ludzie na co dzień korzystają przy tak prozaicznych czynnościach, jak dotarcie do szkoły czy pracy. Naturalnie nie można pominąć obecności zamontowanej bomby, co nie neguje jednak teorii, że Payne nie atakuje z zewnątrz, lecz wywołuje zagrożenie od środka tkanki miejskiej.
Speed jest wyjątkowy pod kątem konfrontacji protagonisty ze złoczyńcą. Przez zdecydowaną większość filmu nie oglądamy bezpośredniej walki fizycznej, lecz prowadzoną grę psychologiczną. Wszystko zostało oparte na przemyślanie rozpisanych dialogach. Dzielący bohaterów dystans nie powoduje jednak, że Traven i Payne nie są w stanie nawiązać pewnej relacji – oprócz idei dokonania zamachu/chęci uratowania ludzi ważny jest także indywidualny pojedynek obydwu mężczyzn.
Naturalnie poza tym duetem nie brakuje innych, zapadających w pamięć postaci. O ile Harold Temple z biegiem czasu staje się bohaterem pobocznym, tak Annie Porter graniczy pomiędzy znajdowaniem się na pierwszym a drugim planie. Speed nie stanowi kina akcji pozbawionego wątku romansu, o którego istnieniu decyduje właśnie młoda dziewczyna grana przez Bullock. To postać dość silnie skontrastowana z Travenem. W przeciwieństwie do mężczyzny cechuje ją nadmierna gestykulacja, spora aktywność ruchowa, ale także częste zabieranie głosu. Porter jest również nieco roztrzepana, co dodaje jej uroku i wprowadza szczyptę pozytywnych emocji w dobie poważnego zagrożenia.
Sam romans budowany jest stopniowo. Spodziewamy się go właściwie od początku, gdy Jack poznaje Annie, ale de Bont umiejętnie rozwija relację pomiędzy bohaterami. Zdają się akceptować i zbliżać do siebie w sposób bardzo realistyczny. Inna sprawa, że łuk postaci jest dość schematyczny, czyli kto się czubi, ten się lubi, i początkowa obustronna mała antypatia przeradza się w silne uczucie miłosne.
W przypadku Speed warto zwrócić uwagę na jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze – muzyka. Mark Mancina wykonał kapitalną pracę i skomponował ścieżkę dźwiękową, którą z powodzeniem możemy słuchać bez obrazu. Od intensywnego Main Theme po wzruszający, choć ociekający patosem, End Title.
Po drugie – montaż. To właśnie dzięki sprawnie połączonym obrazom zostaje utrzymane zawrotne tempo akcji, a jednocześnie widz zachowuje pełną orientację w oglądanym świecie. Montażysta John Wright z wyczuciem nadawał filmowi ostateczny kształt. Doskonale wiedział, kiedy powielić liczbę cięć montażowych, a w których momentach pozwolić danemu ujęciu potrwać dłużej i zaakcentować uobecnioną w kadrze twarz danej postaci.
Naturalnie w Speed, jak w większości dokonań kinematograficznych, nie brakuje wad. Nic bowiem nie jest idealne. Na przykład dość nieudolnie twórcy rozwiązali (a właściwie porzucili) problem ze stalową rurą w finalnej części filmu. Nie wszystkim również może się podobać sposób gry aktorskiej. O ile z krytyką Hoppera się nie spotkałem, tak mogę zrozumieć głosy, zgodnie z którymi Porter jest niezwykle irytująca, zaś Traven (czy właściwie odtwarzający go Reeves) nie oferuje zbyt wiele poza dwoma wyrazami twarzy na krzyż.
Niemniej dzieło de Bonta to nie tylko zasłużony klasyk lat 90., ale także jeden z ważniejszych filmów akcji. Jeżeli do jakichś utworów wracać, to bez wątpienia jest on jednym z nich.
Tak, brzmi to bardzo trywialnie i właściwie żadne odkrycie. Każdy sympatyk Speed nie powinien jednak zaprzeczyć.
korekta: Kornelia Farynowska
