Publicystyka filmowa
ZABÓJCY. Stallone vs Banderas
W ZABÓJCACH zderzają się losy dwóch zawodowych morderców w mrocznym klimacie. Kto wyjdzie z tej śmiertelnej gry?
Dwóch mężczyzn idzie przez mokradła w akompaniamencie siąpiącego deszczu i mocno przygaszonych kolorów. Kroczący z przodu ma na nogach drogie buty i ładny płaszcz, ale to ten z tyłu wiedział lepiej, żeby wziąć kalosze i broń, którą ma obecnie wycelowaną w plecy towarzysza. Ten za chwilę zacznie błagać o litość, próbując przekupić swego przyszłego mordercę, ale obaj wiedzą, że z tej wyprawy wróci tylko jeden z nich. Są zawodowymi zabójcami, profesjonalistami w swym fachu, którzy znają się dobrze; traf jednak chciał, że jeden dostał zlecenie na drugiego.
Nie ma przebacz. Pierwszy z mężczyzn zginie, ale na swoich warunkach – jego niedoszły anioł śmierci nie pociągnie za spust, za to da mu broń, aby ten sam się zabił. Zawodowa uprzejmość. Po wszystkim przejedzie dłonią po swej zmęczonej twarzy, mając dość życia, jakie prowadzi.
Ponura atmosfera początkowej sceny Zabójców mogła zaskoczyć tych, którzy spodziewali się czystej krwi kina akcji, zwłaszcza w 1995 roku, kiedy na kinowych ekranach gatunek ten wciąż dzielił i rządził. Ów prolog nadaje właściwy ton całości, starającej się znaleźć równowagę pomiędzy psychologicznym starciem dwóch morderców a bardziej widowiskową stroną ich konfliktu. Pierwszym z nich jest Robert Rath, zabójca z mokradeł, legenda w zawodzie, prawdziwy numer jeden, marzący jednak o emeryturze, ale wciąż niepotrafiący odważyć się powiedzieć „koniec”. Okazuje się, że ten definitywny może mu zapewnić niejaki Miguel Bain, młody narwaniec, który zaczyna podbierać zlecenia Ratha, wykańczając jego cele.
Obietnica pojedynku hollywoodzkiej legendy, Sylvestra Stallone’a (Rath), z młodym wilkiem, Antoniem Banderasem (Bain), działała na wyobraźnię, zwłaszcza że ten drugi zaledwie dwa miesiące wcześniej dał się poznać Amerykanom jako niezmordowany El Mariachi w Desperado.
Dodatkowo Zabójców podpisał Richard Donner, reżyser naówczas znany przede wszystkim z kolejnych części Zabójczej broni, choć mający na swoim koncie również filmy dalekie od sensacji (Omen, Superman, Zaklęta w sokoła, Maverick). Jego nowe dzieło wydawało się idealnie wpisywać w estetykę kina akcji lat dziewięćdziesiątych opartej na spektakularności, choć porównując ten film do innych przedstawicieli gatunku z tamtego okresu, od razu widać, że Zabójcy są całkiem inną bestią.
W swych filmach Donner zawsze skupiał się na ludzkiej stronie opowieści, bardziej zainteresowany swymi postaciami, a dopiero później widowiskiem, oprawą. Tu jest podobnie, choć mając za głównych bohaterów zawodowych zabójców, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że forma zależna jest w dużej mierze od tego, w jaki sposób Rath i Bain myślą, działają oraz reagują na siebie. Tym samym akcja w Zabójcach jest odzwierciedleniem charakterów postaci, diametralnie od siebie różnych, wręcz niemożliwych do pogodzenia. Podczas gdy Bain jest bardziej efektownym i okrutnym zabójcą, starającym się działać według planu, który najczęściej psuje sobie własną brawurą, Ratha cechuje opanowanie, powściągliwość i obrzydzenie do samego siebie.
Pojawienie się młodego rywala wyraźnie ożywia starego wygę, zmuszonego działać szybciej i mocniej, improwizować tam, gdzie zazwyczaj nie było na to miejsca. Mimo to łatwo podzielić Zabójców na dwie połowy – pierwsza, szybsza, wypełniona intensywnymi, choć krótkimi wybuchami przemocy, bardziej pasuje do postaci Banderasa, natomiast druga, nastawiona na psychologicznie wyczerpujący pojedynek, siedzenie w jednym miejscu i oczekiwanie na błąd przeciwnika, cechuje bohatera Stallone’a.
Komu jednak mamy dopingować, skoro obu tytułowych zabójców powinniśmy potępić za samą profesję, w jakiej się spełniają? Zaledwie rok wcześniej powstały Pulp Fiction oraz Leon zawodowiec, filmy, które z kilerów uczyniły, jeśli nie pozytywne postaci, to na pewno takie, z którymi widzowie mogli sympatyzować. Wcześniej widzieliśmy w takich rolach gwiazdy – Chow Yun-Fata (Płatny zabójca Johna Woo), Alaina Delona (Samuraj Jean-Pierre’a Melville’a) i Lee Marvina (Zabójcy Dona Siegela) – ale nie bez powodu ich bohaterowie musieli zapłacić za swe winy.
Tymczasem Zabójców Donnera trudno podejrzewać o zapędy moralizatorskie, a i ciężko trzymać kciuki za któregokolwiek z bohaterów. Piętnaście lat wcześniej Rath zabił swojego najlepszego przyjaciela, bo dostał na niego kontrakt, a dziś żyje wyłącznie swoją pracą, bez odwagi, aby zakończyć karierę. Bain zaś to szaleniec próbujący zaimponować Rathowi i jednocześnie go zlikwidować. Twórcy filmu chcą, abyśmy trzymali stronę tego pierwszego, głównie dlatego, że wciela się w niego Stallone, ale również z powodu relacji Ratha z hakerką Elektrą, niedoszłym celem, którą gra Julianne Moore, w jednej ze swych pierwszych głównych ról.
Problem w tym, że obaj zabójcy definiowani są przez swoją pracę, przez to, w jaki sposób zabijają i dlaczego. I choć Bain jest nie do końca przekonującym bohaterem, zawieszonym między kabotyństwem, nadpobudliwością a psychopatią, wydaje się szczery w swym działaniu bardziej niż Rath, który nie potrafi przyznać się przed samym sobą, że i on zabijał, aby być najlepszym.
Czyżby zatem to ambicja miała być tematem Zabójców, motorem napędowym, który popycha bohaterów do morderczych czynów? Jeden z nich chce być numerem jeden, drugi – pozostać na szczycie. Scenariusz (naówczas) braci Wachowskich i poprawiającego ich Briana Helgelanda (po przeróbkach przyszli twórcy Matrixa chcieli wycofać swoje nazwisko z napisów) odznacza się ładną symetrią, pozwalającą na umieszczenie postaci Banderasa w identycznej sytuacji, w której Stallone znalazł się przed laty, zapewniając sobie status najlepszego zabójcy.
Historia zatem powtarza się, z paroma zmianami i twistem fabularnym, który każe Rathowi przewartościować swoją karierę. Nietrudno zgadnąć, jaka będzie końcowa decyzja Baina, i nie jest ona wcale podyktowana jego szaleństwem, okrucieństwem czy tym, że w tej historii jest on postacią negatywną. Skoro bowiem dawno temu Rath zabił, aby być najlepszym, dlaczego jego młodszy rywal miałby odpuścić?
Ta nihilistyczna wymowa, stawiająca znak równości między jednym a drugim, nie miała jednak prawa wybrzmieć, bo i postać Stallone’a przechodzi przemianę za sprawą spotkania z Banderasem i (zwłaszcza) Moore. Czy Robert Rath faktycznie zasłużył na to, aby odzyskać duszę? Przyznam, że po ostatnim seansie mam pewne wątpliwości. Być może fakt, że wcielił się w niego właśnie Stallone decyduje o tym, aby potraktować głównego bohatera nieco bardziej ulgowo. Być może to reżyseria Richarda Donnera, miejscami żywiołowa i pełna typowego dla niego sentymentu do swych bohaterów, przesłoniła uzasadnioną ambiwalencję względem Ratha.
Jeszcze innym powodem może być to, że scenariusz unika bezpośrednich pytań o powody, dla których główny bohater nie potrafi odejść z zawodu, choć ma dość zabijania. Jego ukryty za ekranem komputera tajemniczy zleceniodawca potrafi zagrać na jego pysze („Jesteś najlepszy, Robercie”), ale trudno uwierzyć, aby po tylu latach wciąż to działało.
Od początku filmu, od sceny na mokradłach, Rath jawi się jako udręczona postać, zrezygnowana, jednak wciąż wykonująca zlecenie za zleceniem. Nadal jest wybitnym ekspertem od zabijania, tyle że trudno to już tłumaczyć ambicją. Jeśli odrzucić amoralność jego profesji, można jednak dojść do wniosku, że mężczyzna zwyczajnie zasiedział się w swoim zawodzie. No bo cóż pozostaje „najlepszemu”? Robić to, co robił do tej pory, z niesłabnącą skutecznością, nawet jeśli nie ma już do tego serca. Jeśli tak na to spojrzeć, Zabójcy są filmem o tym, że nawet najbardziej ekscytujący, wymagający kreatywności i sprawności fizycznej zawód, nawet jeśli odrażający, straci kiedyś swą „magię”.
Oczywiście postawę Ratha można również tłumaczyć wyrzutami sumienia, ale osobiście nie wierzę w to. Może i żałuje, że zabił swego przyjaciela, ale przez piętnaście lat zdążył pewnie zlikwidować ze sto innych celów. Zmęczenie materiału, ot co.
Zabójcy zaliczyli dotkliwą klapę, zarówno artystyczną, jak i finansową, po której Stallone zaczął szukać dla siebie ról poza repertuarem kina akcji (choć powstał wtedy wspaniały Copland, aktor wkrótce stracił status supergwiazdy). Wrócił do niego dopiero po ponad dekadzie, w czwartej części Rambo. Banderas, wciąż niesiony sukcesem Desperado, w ogóle nie odczuł tej porażki, stając się symbolem seksu, kwintesencją macho, a wkrótce nowym Zorro. Co ciekawe, panowie spotkali się na planie jeszcze dwukrotnie – najpierw zamieniając się stronami barykady w Małych agentach 3D, a później, już jako sojusznicy, w Niezniszczalnych 3. Donner zaś szybko przykrył swoje jedyne w latach 90. finansowe niepowodzenie, kręcąc niemal od razu Teorię spisku i Zabójczą broń 4. Ciekawe natomiast, czy Julianne Moore pamięta, że zagrała kiedyś w Zabójcach?
Mój stosunek do filmu Donnera zawsze był taki sam – uwielbiam Zabójców od pierwszego seansu. Są ponurą i jednocześnie ekscytującą opowieścią, może trochę zbyt uproszczoną przez casting Stallone’a i wątek Elektry (dziwnie komiksowa to postać, jak na mój gust, choć pasująca do estetyki Wachowskich), ale znajdującą siłę w niejednoznaczności pomysłu wyjściowego. Zdjęcia Vilmosa Zsigmonda nadają całości klasy, miejscami bardziej przypominając thriller sprzed dwóch dekad wstecz niż ówczesne kino sensacyjne. Donner zaś nie zawodzi w inscenizacji scen akcji oraz budowaniu napięcia (bank!), choć jeden moment za każdym razem razi swą sztucznością – ściana ognia, która wypycha Banderasa przez okno, jest prawdopodobnie najbrzydszym płomieniem, jaki można było zobaczyć w kinie lat dziewięćdziesiątych.
Dzisiaj pewnie też. Zabójcy mogli się bez tego obyć (jak również kompletnie niepasującej Like A Rolling Stone Stonesów na napisach końcowych), ale na szczęście po seansie pamięta się przede wszystkim głównych bohaterów w nieustannym pościgu za tym drugim. Spełniona obietnica.
