Connect with us

Publicystyka filmowa

Goniąc za bombami w upalny dzień, czyli SZKLANA PUŁAPKA 3 kończy 25 lat

SZKLANA PUŁAPKA 3 to trzymająca w napięciu opowieść o bombowym chaosie w Nowym Jorku, gdzie McClane staje do walki z czasem i terrorystami.

Published

on

Goniąc za bombami w upalny dzień, czyli SZKLANA PUŁAPKA 3 kończy 25 lat

„Dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Tę dewizę Alfreda Hitchcocka reżyser John McTiernan wziął sobie do serca, kręcąc Szklaną pułapkę 3 i rozpoczynając ją od troszkę ponad minutowego prologu, w którym oglądamy, jak Nowy Jork budzi się o brzasku, z przygrywającym w tle Summer in the City zespołu The Lovin’ Spoonful. Słońce wyłania się zza horyzontu, oświetlając ciepłymi promieniami wielką metropolię, gdzie idący do pracy ludzie zatrzymują się, aby kupić poranną kawę, gdzie sklepikarz obmywa wodą ze szlauchu wejście do spożywczaka, a jubiler poprawia wystawę na witrynie.

Advertisement

Widzimy liczne korki na ulicach i tłumy ludzi wychodzące z metra. Miasto, które żyje. Nie spodziewamy się, że za moment będziemy świadkami potężnej, niesamowicie realistycznej eksplozji, rozpoczynającej całodniowy paraliż Nowego Jorku. Pierwsza bomba z wielu, które tajemniczy Simon rozmieścił w mieście specjalnie z myślą o poruczniku Johnie McClanie.

Mija 25 lat, odkąd Bruce Willis – w nieoczekiwanym towarzystwie Samuela L. Jacksona – ganiał za tymi bombami, a ja nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że McTiernan dorównał swoim poprzednim dokonaniom i niemal przebił samego siebie. Warto wiedzieć, że ten sam reżyser nakręcił oryginalną Szklaną pułapkę (1988), dla wielu jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy film akcji w historii kina. Napisano już o nim tyle, że trudno wymyślić coś nowego – prawdą jest, że była to produkcja, która uczyniła z Willisa gwiazdę kina, dała widzom nowy typ bohatera, do tej pory kojarzonego z mięśniakami pokroju Schwarzeneggera i Stallone’a, ale przede wszystkim popchnęła kino akcji na nowe tory, unowocześniając i dynamizując cały gatunek.

Advertisement

Reżyser automatycznie otrzymał propozycję realizacji kontynuacji, ale odmówił (zastąpił go Renny Harlin), wybierając na swój następny projekt Polowanie na Czerwony Październik (1990). Wrócił jednak do postaci McClane’a w 1995 roku, właśnie przy okazji części trzeciej, nie tylko mierząc się z pierwowzorem, ale z całym ówczesnym kinem akcji.

Szklana pułapka 3 (w oryginale Die Hard with a Vengeance) wyraźnie zrywa z wzorcem, który oryginał ufundował gatunkowi na całe lata 90., czyli zamknięcia akcji w jednym miejscu. W międzyczasie mieliśmy przecież Liberatora (Szklana pułapka na okręcie), Pasażera 57 (w samolocie), Speed (w autobusie), a za chwilę miał się pojawić Liberator 2 (w pociągu), Nagła śmierć (na lodowisku), Speed 2 (na statku wycieczkowym). Nawet Szklana pułapka 2 powielała ten schemat, umiejscawiając akcję na lotnisku. Przez długi czas próbowano zrobić to samo z częścią trzecią, ale żaden ze scenariuszy opartych na tym formacie nie podobał się samemu Willisowi. Trafił do niego dopiero tekst Jonathana Hensleigha pod tytułem Simon Says, początkowo zakupiony przez studio Warner Bros.

Advertisement

z myślą o Brandonie Lee, a później brany pod uwagę jako podstawa kolejnej Zabójczej broni. Ostatecznie 20th Century Fox odkupiło scenariusz i przerobiło go na Szklaną pułapkę 3. I pod względem pomysłu jest to prawdopodobnie najlepsza ze wszystkich części – najbardziej rozrywkowa, wspaniale skonstruowana, zmuszająca widza do myślenia (!) przy jednoczesnym dbaniu o atrakcje, które wydają się nie mieć końca.

Jeśli istotą kina akcji jest ruch, Szklana pułapka 3 to idealny przedstawiciel gatunku. W gruncie rzeczy obserwujemy niekończący się pościg, gdzie McClane wciąż się przemieszcza; gdzie jeśli nie biegnie, to jedzie samochodem w zastraszającym tempie, aby następnie przesiąść się do metra, a potem do ciężarówki i znów do samochodu. O ile w pierwszym filmie były momenty, kiedy bohater musiał się zatrzymać, aby wypłakać się Alowi Powellowi przez krótkofalówkę, tak tutaj nawet szybkie przypomnienie wydarzeń z Nakatomi Plaza odbywa się w biegu (tak po prawdzie John zatrzymuje się tylko raz – po to, aby dowiedzieć się, kim jest Simon).

Advertisement

McClane nie ma zwyczajnie czasu użalać się nad sobą i swoim losem. A miałby nad czym – z żoną nie rozmawiał od roku, dzieci nie widuje, w pracy jest zawieszony. Na komentarz kapitana Cobba o tym, że ledwie dwa kroki dzielą McClane’a od alkoholizmu, ten poprawia, że już tylko jeden. Gdy widzimy go po raz pierwszy w filmie – będącego na kacu, ledwo przytomnego, śmierdzącego piwskiem i w podkoszulce, której chyba nie zdejmował od części pierwszej – w niczym nie przypomina McClane’a z poprzednich odsłon. Ale jednocześnie to ten sam bohater, który myśli szybko, działa błyskawicznie i unika pułapek, jak stało w sloganie na polskim plakacie kinowym. Scenariusz Hensleigha daje mu się wykazać w akcji i reakcji chyba najbardziej ze wszystkich części serii.

Mimo to Szklaną pułapkę 3 charakteryzuje atmosfera zabawy – niebezpiecznej, miejscami sadystycznej, ale jednak zabawy. Bierze się ona w pierwszej kolejności z wykorzystania dziecięcej gry Simon Says, która staje się motywem przewodnim filmu – tajemniczy przestępca z niemieckim akcentem (o głosie, a później twarzy świetnie się bawiącego Jeremy’ego Ironsa), używając frazy „Simon mówi”, instruuje McClane’a, grożąc, że za każde niewykonanie zadania odpali ładunek wybuchowy. W pierwszej kolejności policjant musi przejść się ulicami Harlemu z tablicą z obraźliwym dla czarnoskórych napisem, co prawie przypłaca życiem, cudem uratowany przez okolicznego sklepikarza, Zeusa (Jackson). Od teraz obaj zmuszeni są słuchać się Simona, raz każącego im rozwiązywać zagadki matematyczne i logiczne, a innym razem pokonywać niewyobrażalne odległości w niemożliwym czasie.

Advertisement

Skacowany McClane ma szczęście, że tym razem nie działa sam, ale z drugiej strony jego relacja z Zeusem od początku nacechowana jest niechęcią tego drugiego do białych (w pewnym momencie główny bohater zarzuca mu wręcz rasizm). Duet Willis–Jackson wypada tu wspaniale, gdyż obaj aktorzy nie tylko mają świetnie napisane role i dialogi, ale również doskonale reagują na każde wypowiedziane słowo lub gest partnera. Spora dawka humoru jest ich zasługą, ale ten w żadnym momencie nie odbiera powagi ani napięcia filmowi, który przypomina doskonale naoliwioną maszynę. Pędzi na złamanie karku, zadziwiając tempem, efektownością, ale i realizmem, do tego stopnia, że szybko zapominamy, jaka jest stawka w tej grze.

Tym razem główny bohater nie musi ratować swojej żony (tak jak w dwóch poprzednich częściach), ani dzieci (tak jak w dwóch następnych), co nie znaczy, że brakuje elementu ludzkiego. Ten uosabiają policjanci, którzy pracują z McClane’em na co dzień, na czele z jego dowódcą, kapitanem Cobbem (znakomity Larry Bryggman), Lambertem i Kowalskim (równie świetni Graham Greene i Colleen Camp), oraz wszyscy ci, których John spotyka podczas swojej miejskiej odysei – mieszkańcy Nowego Jorku. Przecież również Simon kieruje się jakże typową dla człowieka chęcią odpłacenia się McClane’owi za doznaną krzywdę.

Advertisement

I nawet drugoplanowi terroryści pokazują ludzkie oblicze, czego wymownym dowodem jest obawa jednego z nich, że walizkę z bombą może znaleźć dziecko, na co parę scen wcześniej zwraca uwagę również Zeus. Cieszy, że w tym eskapistycznym spektaklu McTiernan i Hensleigh nie tracą z oczu naturalności i prawdy ludzkich zachowań.

Inną mocną stroną scenariusza jest sposób, w jaki zostaje w nim przedstawione miasto Nowy Jork. Olbrzymie, pulsujące energią, wielowarstwowe, będące swoistą planszą dla gry, jaką Simon przygotował McClane’owi. Nieprzypadkowo pierwszy raz, kiedy widzimy głównego łotra na ekranie (a dochodzi do tego w filmie bardzo późno, bo w 47. minucie), obserwuje on działania policji z dachu wieżowca – z perspektywy gracza, który nad wszystkim sprawuje kontrolę. Ale tym razem, po raz pierwszy i jedyny w całym cyklu, McClane działa na swoim terenie. Nowy Jork to jego miasto i geniusz tekstu Hensleigha polega również na takim ukazaniu bohatera, aby widz nie miał wątpliwości, że McClane zna tę metropolię jak własną kieszeń.

Advertisement

Najlepiej to widać, kiedy Simon każe głównym bohaterom dostać się z Broadwayu na Wall Street w 30 minut, co wydaje się niemożliwym do wykonania zadaniem. Nie dla Johna, który najpierw skraca sobie drogę, jadąc przez Central Park (kto by wpadł na taki pomysł?!), a następnie „zamawia” ambulans, który taranuje mu drogę, ale nie do samego końca, gdyż, jak się dowiadujemy, Wall Street obsługuje inny szpital. Zakładam, że nie jest to wymysł Hensleigha i zrobił on solidny research na potrzeby scenariusza, dzięki czemu McClane wydaje się jeszcze bardziej inteligentny i zaradny niż w poprzednich filmach.

Wiedza scenarzysty była tak imponująca, że odezwało się do niego nawet FBI, zaniepokojone rozległą znajomością pracy Banku Rezerw Federalnych – Hensleigh wyjaśnił, że wszystko wziął z artykułu przeczytanego w „New York Times. Tym samym Nowy Jork – nie tak zamknięty jak Nakatomi Plaza ani bezbronny jak lotnisko w pierwszej kontynuacji – staje się czymś więcej niż tylko miejscem akcji. W kamerze Petera Menziesa Jr. jest równie interesującym, nieprzewidywalnym i żywym organizmem jak jego ludzcy bohaterowie.

Advertisement

Nic z tego by się nie udało, gdyby nie mistrzowska reżyseria McTiernana, wyraźnie będącego w swoim żywiole. Twórca pierwszego Predatora jak zwykle stawia na realizm, uwiarygodniając najbardziej niemożliwe wyczyny bohaterów, a równocześnie dbając o narracyjną precyzję i jasność przekazu. W filmie dzieje się dużo w praktycznie każdej scenie, ale ani przez moment nie mamy poczucia przesytu bądź pośpiechu; nigdy nie umyka nam sens tego, co oglądamy właśnie na ekranie. McTiernan zawsze był precyzyjnym reżyserem – jego utwory można studiować pod kątem doskonałości, z jaką buduje geografię danej sceny, podkreślając jej znaczenie pracą kamery, oświetleniem bądź muzyką.

Jest to twórca tak bardzo świadomy filmowej materii, tak bardzo zakochany w sposobie opowiadania obrazem, że aż dziw bierze, że nie potrafił (bądź nie chciał) wyjść poza kino sensacyjne. W Szklanej pułapce 3 ucieka od tego, co stworzył w pierwszej części, zastępując klaustrofobiczną atmosferę oddechem pełną piersią (choć przyznaję, że jeden z najlepszych, najbardziej intensywnych momentów filmu dzieje się w windzie), nocne oblężenie chaotycznym pościgiem za dnia, a Odę do radości Beethovena marszem w oparciu o antywojenną pieśń When Johnny Comes Marching Home. McTiernan robi wszystko, aby się nie powtarzać, dzięki czemu – oraz jego warsztatowej maestrii – część trzecia pozostaje dziełem równie oryginalnym, świeżym i niesamowicie ożywczym co pierwowzór.

Advertisement

Zauważyłem, że nie napisałem jeszcze nic o motywacji Simona, jego planie doskonałym oraz relacji z McClane’em. Po 25 latach od premiery mam prawo wyjawić to wszystko, ale z drugiej strony nie chcę. „Zemsta” w oryginalnym tytule mówi wystarczająco dużo, a zwiastun zdradza jeszcze więcej. Tymczasem idąc te ćwierć wieku temu do kina, ani nie widziałem żadnego trailera, ani nie miałem pojęcia o tożsamości postaci granej przez Jeremy’ego Ironsa. Wystarczyło mi, że doskonale znałem poprzednie dwie części, aby wizyta w kinie stała się nie tylko przyjemnością, ale również obowiązkiem dla mnie i mojego taty, zapalonego fana Szklanej pułapki.

Z ówczesnej perspektywy 11-latka seans filmu McTiernana był przeżyciem o niemal duchowym zabarwieniu, pierwszym wielkoekranowym zetknięciem się z dorosłym kinem akcji, na dodatek zrealizowanym w najlepszym hollywoodzkim stylu. Był to porywający pokaz, któremu poddałem się w pełni i którego atrakcyjności nie przebiła nawet widziana w następnym roku Gorączka (choć pamiętam, że też wyszedłem z kina nieźle oszołomiony). Ale nawet wtedy wiedziałem, że jedna rzecz McTiernanowi nie wyszła.

Advertisement

Tym, co nie pozwala Szklanej pułapce 3 przebić oryginału, jest finał – dosłownie ostatnie pięć minut – z którym twórcy od początku mieli problem. W sieci można znaleźć nakręcone oryginalne zakończenie, które już na papierze musiało wydawać się pozbawione energii i niezbyt satysfakcjonujące, gdzie dwóch przeciwników siedzi przy stole i rozwiązuje swój konflikt za pomocą wyrzutni rakiet. Ot, ciekawostka, być może pasująca do pierwotnej wersji scenariusza, ale nie do Szklanej pułapki. W gotowym filmie finał jest efektowny, ale zbyt pośpieszny i doczepiony jakby na siłę, rozgrywający się już nawet nie w Nowym Jorku, a na granicy z Kanadą.

Tak jakby twórcom zabrakło pomysłu, czasu, a nawet chęci, aby zwieńczyć swoje dzieło tak, jak na to zasłużyło, w zgodzie z resztą filmu. Po latach przyzwyczaiłem się do tego zakończenia, a nawet je polubiłem, ale zawsze czuję, że mogło i powinno być ono dużo lepsze. Świadczy to przede wszystkim o jakości wszystkiego, co dzieje się wcześniej, wszystkiego, co sprawiło, że film McTiernana stał się najbardziej kasową produkcją 1995 roku na świecie, pokonując takie tytuły jak Toy Story, Batman Forever i GoldenEye.

Advertisement

Na następną część przygód Johna McClane’a musieliśmy czekać długie 12 lat, i choć Szklana pułapka 4.0 to naprawdę solidne, bardzo dobrze napisane i zrealizowane kino akcji, dla wielu purystów cykl ten skończył się w momencie, gdy główny bohater poszedł zadzwonić do żony gdzieś na granicy amerykańsko-kanadyjskiej.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *