Publicystyka filmowa
Najbardziej PRZEREKLAMOWANI aktorzy dzisiejszego HOLLYWOOD
„Powiedzmy to sobie wprost – Ryan Gosling to nudziarz”.
Na początek małe wyjaśnienie. Tekst powstał na podstawie mojego osobistego wrażenia, jakie wzbudza we mnie gra wymienionych na liście osób – aktorów i aktorek. Termin „przereklamowani” został tu użyty wyłącznie w celu określenia tego typu aktorstwa, które według mnie działa na zasadzie wywoływania szumu, dającego jednocześnie małe owoce. Dlatego zależało mi na oddaniu zdziwienia faktem istnienia rozpoznawalności nieadekwatnej do talentu. Ale podkreślam, jest to tylko moje wrażenie. Może być tak, od czego się nie uchylam, że po prostu jakiegoś aspektu twórczości wymienionych tu osób najzwyczajniej nie dostrzegłem. Jeśli błądzę, możecie mi to wyperswadować albo po prostu nabrać dystansu do tego, co zostało tu napisane.
Channing Tatum
Pewnie prywatnie jest sympatycznym gościem, ale bycie sympatycznym gościem i granie sympatycznych postaci to za mało, by sięgnąć gwiazd. Od samego początku trwania kariery Tatuma mam wrażenie, że aktor wszedł do Hollywood z bardzo małym „bagażem” umiejętności. Zaczynał bowiem jako tancerz i model, więc działał głównie na zmysły (kobiece?), ale problem pojawiał się każdorazowo, gdy jego postacie miały zaciekawić rozmową lub nabrać powagi.
Pamiętam, że momentem, w którym ostatecznie dałem sobie spokój z Tatumem, nie wierząc, że kiedykolwiek coś z niego będzie, był film Jupiter: Intronizacja rodzeństwa Wachowski. Tatum raz, że wyglądał tam idiotycznie (koszmarna charakteryzacja), dwa, że nie posiadał za grosz charyzmy, choć postać, w którą się wciela, powinna ją mieć. Choć aktor najwyraźniej dobrze się bawi, grając w filmach (głównie komediach), ja niekoniecznie dobrze się bawię, oglądając go.
Millie Bobby Brown
Skomplikowany temat. Mam wrażenie, że popularność tej młodej aktorki została przez media tak mocno napompowana, że mało kto zauważa, na jak miałkim gruncie został ten pomnik postawiony. Udział Brown w Stranger Things zapewnił jej kontrakty reklamowe i uwielbienie fanów na całym świecie.
Konto aktorki na Instagramie liczy ponad 55 milionów obserwujących, popularność więc rośnie i rośnie, i nie chce przestać. Natomiast tym, co Brown ma faktycznie do zaoferowania, jest ładna buzia i bardzo ubogi warsztat aktorski. Kompletnie nie przekonuje mnie zarówno jej postać w Stranger Things oraz sposób gry młodej aktorki ograniczający się do dwóch min (smutnej i groźnej), jak i to, co aktorka reprezentuje sobą poza planem. Według mnie każdy głupi może dziś zgrywać głupie miny do swojego smartfona, tylko cały myk polega na tym, że Brown dostaje za to worek pieniędzy.
Pomiędzy poszczególnymi spontanicznymi nagraniami wrzucane są promocje kosmetyków lub ubrań, a sama aktorka mocno afiszuje się także tym, jaką to jest wielką gwiazdą. Nie wiem jak wy, ale powoli wydaje mi się, że można to zakwalifikować pod syndrom „uderzenia wody sodowej”. To jest jej pięć minut, więc chce je wykorzystać, jak tylko może, rozumiem to, natomiast mam wrażenie, że jeszcze chwila, a branża potraktuje ją bardzo brutalnie – przeżuje i wypluje. Często Brown jest porównywana do Natalie Portman. Różnica jest taka, że Portman grać potrafi, a Brown nie.
John David Washington
Mógł wejść na rynek pod pseudonimem i nikt by się go nie czepiał. A tak przez całe życie będzie przyrównywany do swego wielkiego ojca. Bo to, że Denzel Washington wielkim aktorem jest – to nie ulega wątpliwości. A to, że jego syn nie dorasta mu do pięt, także gołym okiem widać. Obserwując występy Washingtona juniora, zawsze mam wrażenie, że nie bardzo jest na czym oko zawiesić. Aktor jest bowiem podręcznikowym przykładem osobowości pozbawionej czaru.
Widzę to, spoglądając w jego oczy, które niejako zdradzają zagubienie, niejako oddają też brak pewności co do swych umiejętności. Jakby liczył na to, że publika i tak wybaczy mu niedociągnięcia warsztatowe, a on sam będzie mógł dalej chować się w bezpiecznym cieniu własnego ojca. Problem w tym, że cień tak jak daje mu bezpieczeństwo, tak jednocześnie rzuca mu także wyzwanie, któremu ten nie będzie w stanie nigdy sprostać. A dodać należy, że scenariusze, które do ręki młody Washington otrzymał, dawały mu sporo miejsca do interpretacji. W takim Malcolm i Marie aktor mógł zabłysnąć, natomiast rolę tę ewidentnie przeszarżował.
Chciał dobrze, ale gdzieś zabrakło umiaru. Kwintesencją jego aktorstwa zdaje się zatem Tenet, gdzie Washington w zasadzie ogranicza się do rzucania błędnych spojrzeń, oddając swe zagubienie w labiryncie znaczeń, w którym się znajduje. Osobiście nie widzę tu potencjału na zmianę, ale agenci i tak nazwisko sprzedawać będą, bo jakżeby inaczej.
Zendaya
Nie mam też najlepszego zdania o ekranowej partnerce zarówno Johna Davida Washingtona (Malcolm i Marie), jak i Toma Hollanda (seria Spider-Man). Jestem przekonany, że za ten typ polecą na mnie gromy, a za określenie Zendayi mianem aktorki przereklamowanej wielu mnie znienawidzi, ale cóż, zaryzykuję. Przyznam szczerze, że był to jeden z moich pierwszych wyborów do tej listy. Mam ewidentnie problem z grą tej aktorki i aurą, jaka się nad nią unosi.
Chciałbym się z tego wyleczyć, ale nie potrafię. Bo mam wrażenie, że uczestniczę w jakimś zbiorowym ogłupieniu. Gdzie tylko nie spojrzę, gdzie tylko się nie zwrócę, wszyscy zachwycają się Zendayą, jakby ona wprowadzała jakąś nową jakość do kina, jakby była kimś, kto swoją postawą, grą i stylem bycia zapełnia wielką lukę w aktorskim świecie. Jest jednak dokładnie odwrotnie. To po prostu aktorka, która gra tak, jakby jej się nie chciało, która zachowuje się tak, jakby odbębniała pracę na kasie za minimalną krajową, a my wszyscy dajemy się na to nabrać, dając temu łatkę „niezwykłej naturalności” lub „niespotykanej świeżości”.
I co także chciałbym podkreślić, tyczy się to występu aktorki we wszędzie chwalonej Euforii, którą osobiście uważam za rolę poprawną, acz niekoniecznie błyskotliwą. Tfu, idzie się więc udławić tymi zachwytami, serio. Śmiać mi się chce na myśl o występie tej aktorki w Diunie, gdzie jej postać, choć marginalna dla fabuły pierwszej części filmu, została na siłę rozbudowana, nie wiem właściwie po co. Jest to jednak książkowy przykład przereklamowania, z tego względu, że aktorka stała się tu częścią filmu w ramach umowy czysto biznesowej, a nie w ramach realizacji wizji – nazwisko aktorki i jej udział miał przyciągać, więc trzeba było jej obecność na ekranie zaznaczyć. Problem w tym, że zarówno Chani, jak i Zendaya to jak na razie pustka. Życzę jej jednak wszystkiego dobrego, jest tu jeszcze potencjał na rozwój.
Ryan Gosling
Jest co najmniej kilku aktorów w Hollywood o nienagannej prezencji, którzy na ekranie nie dają praktycznie niczego więcej poza wyglądem, choć wydaje nam się, że jest inaczej. Powiedzmy to sobie wprost – Ryan Gosling to nudziarz. Jego postacie są nudne, wszystkie, co do joty, a on sam błyszczy tylko wtedy, gdy ściągnie koszulkę (nie mogę wyprzeć z pamięci pamiętnej sceny z Kocha, lubi, szanuje).
Mam wrażenie, że jest on jedną z przyczyn, przez które nie udało mi się polubić, skądinąd udanego, sequela Blade Runnera. Tam niby wszystko gra, ale Gosling chyba za bardzo chce wejść w buty Forda, a tak po prawdzie nie ma w tym pojedynku na charyzmę najmniejszych szans. Nie powiem, aktor potrafi skraść ekran, przyciąga uwagę, ale wydaje mi się, że jego paleta aktorskich umiejętności jest bardzo ograniczona, bo osobiście najbardziej kojarzę go z jednej tylko miny, tego charakterystycznego, lekkiego uśmieszku i przymrużonych oczu, jakby świeżo skarconego psa.
Wszelkie próby wyjścia poza postać stworzoną w Drive, czyli za każdym razem gdy aktor musi użyć trochę więcej mimiki i wypowiedzieć znacznie więcej słów, jego gra wygląda bardzo nienaturalnie, bo jego spojrzenie mówi do kamery co innego niż jego zachowanie. A to przecież topowe nazwisko Hollywood. Nie rozumiem tej popularności.
Jennifer Lawrence
Kolejny fenomen naszych czasów, co gorsza, z Oscarem na koncie. Lawrence to także znak czasów i ostateczny dowód na to, że dawny system gwiazd upadł i został zastąpiony systemem poczciwych idiotów. Wmawia się w nim aktorom i aktorkom to, że są wyjątkowi, napełnia się ich serca pewnością siebie, stawia przed kamerą, pozwala na to, by wygadywali kompletnie farmazony, po czym w mediach określa się to mianem bezpretensjonalności.
Nie powiem, był czas, w którym sam uznawałem Lawrence za objawienie (Do szpiku kości), ale później zobaczyłem jej grę w American Hustle i uznałem, że dawno nie widziałem aktorki, która tak bardzo siliłaby się na to, by zawłaszczyć ekran, by jej występ był szeroko komentowany i rzecz jasna doceniany. W ubiegłym roku miałem jeszcze nadzieję, że jej występ w Nie patrz w górę zdradzi przynajmniej minimalne znamiona czegoś wyjątkowego, ale się myliłem. Lawrence była w tym filmie tak nijaka, jak bardzo nijaka była przez cały ten czas, choć wmawialiśmy sobie, widząc złotą statuetkę na jej półce, że było inaczej. Obawiam się, że powoli koniunktura na Lawrence gaśnie, pora usiąść do rozmów z agentem i wymyślić nowy sposób sprzedaży jej talentu.
Aaron Paul
Problem z tym aktorem jest taki, że zagrał tylko jedną dobrą rolę. Fajnie, bo przynajmniej zostanie za coś trwale zapamiętany, ale niefajnie, ponieważ aktor nie potrafi wyjść z cienia tej roli. Mam wrażenie, że ma to związek z tym, że Aaron Paul tak naprawdę grać nie potrafi, a w Breaking Bad dano mu po prostu dużą swobodę i wyszło z tego coś spontanicznego i prawdziwego.
Natomiast drugi raz tego efektu już nie zdołał powtórzyć. Aaron Paul jest dla mnie odwrotnością takiego Goslinga, ponieważ tak jak Gosling ma posturę bohatera, ale nie ma głosu, tak Paul ma świetny głos, ale nie ma postury bohatera. Tym bardziej dziwię się, że twórcy takiego Westworld uparcie po Aarona Paula sięgają, dając mu kluczową rolę do odegrania, gdy wiedzą, że on wciąć nie wyszedł z roli Jessiego Pinkmana. I szczerze wątpię, by mu się to kiedyś udało. Paradoksalnie jego najlepszym występem po Breaking Bad był według mnie występ w, uwaga, nędznym Need For Speed. Zaprezentowany przez aktora styl był tam przynajmniej adekwatny do jakości całej produkcji. Film był kiczowaty, to i Paul się w to wpasował, przynajmniej obeszło się bez stroszenia piór. Coś mi jednak podpowiada, że Aaron Paul świetnie by sobie poradził jako aktor głosowy (do podkładania głosu postaciom w animacjach lub grach komputerowych), vide jego udział w Bojacku Horesmanie, bo na tym polu posiada wielki potencjał.
Emma Watson
Mam wrażenie, że to przykład nie tyle aktorki, co społecznej aktywistki. Wydaje mi się, że Emmie Watson bardziej zależy na tym, by działać w czyimś imieniu, niż na tym, by się w kogoś wcielać. Jako widz rozliczam ją jednak z tego drugiego, natomiast paradoksalnie te dwa światy w jej przypadku zdają się przenikać, ponieważ dostrzegam w Emmie ten sam rodzaj zaciętości i uporu zarówno poza planem, jak i w filmach.
Problem w tym, że przez to właśnie jej postaci bardzo często wypadają zarozumiale. Gdy natomiast ma do zagrania coś spokojniejszego, przykładowo postać Belli w Pięknej i Bestii, wówczas mam wrażenie, jakby jej w głowie kotłowały emocje, a sama aż paliła się do tego, by wykrzyczeć do swego ekranowego partnera kwestie związane z kobiecym równouprawnieniem i innymi hasłami feminizmu. Powiedzmy to sobie wprost. Emma Watson nie zagrała Hermiony, tylko nią była. A teraz stara się usilnie przekonać świat, że jest kimś innym, a nikt tej kujonce nie wierzy. Polityka stoi dla niej otworem, ale obawiam się, że do kina Watson się nie nadaje.
Chris Pine
Mógłbym w tym miejscu wymienić innego Chrisa P., czyli Chrisa Pratta, ale jakoś lubię gościa na tyle, że mu odpuszczę. Poświęcę zatem chwilę kapitanowi Kirkowi ze wznowionego Star Treka, aktora, który jest dla mnie podręcznikowym przykładem przypadkowego idola. Facet ma świetne papiery bo grał w dobrych filmach (uwielbiam Aż do piekła z jego udziałem), u rozpoznawalnych twórców, a jednocześnie sam cierpi na syndrom Goslinga i innych jemu podobnych.
To te przypadki, gdy sama charyzma i czar nie załatwiają sprawy, bo trzeba jeszcze umieć grać lub po prostu mieć odwagę do eksperymentowania, szukania nowych doświadczeń, odwoływania się do różnych emocji. Chris Pine jest monotematyczny. Ale jest przy tym znacznie bardziej wygadany, znacznie bardziej, wydawać by się mogło, przebojowy. Jego spojrzenie wręcz sugerują życiowego cwaniaka, który nie tyle wszedł do Hollywood tylnymi drzwiami, co był na tyle arogancki, by wejść frontem i narzucić swój punkt widzenia reszcie. Ci jednak co najgłośniej krzyczą, najwięcej na siebie zwracają uwagi. A jak się przyjrzymy, to Pine niczego wielkiego swoim aktorstwem nie reprezentuje. Ale nazwisko napompowane ma do rozmiarów niebotycznych, brawa dla agentów, którzy robią tu sporo dobrej roboty.
Rebel Wilson
Bardzo smutny przypadek aktorki, która została przez Hollywood po prostu oszukana. Przez lata jej kariera opierała się bowiem na jej aparycji, a jak wiadomo, jeszcze do niedawna Rebel Wilson była aktorką o znaczącej tuszy. Idealnie więc nadawała się do wszelkiej maści komedyjek, w których mogła grać pocieszne grubaski o niewyparzonych językach.
Co się jednak stało w momencie, gdy Rebel Wilson postanowiła zadbać o swoje zdrowie i znacząco schudnąć? Nikt w tę przemianę najwyraźniej nie uwierzył. Pierwsza rola aktorki po wspomnianej przemianie znowu przypadła na komedię (mowa o Powrocie do liceum od Netflixa), w której jej postać ma grać dokładnie to samo co niegdyś, ale teraz w nieco chudszym wydaniu. Ewidentnie widać, że Hollywood nie ma pomysłu na Wilson w nowej odsłonie, co tłumaczyć można dwójnasób. Bo albo było tak, że branża chciała w niej widzieć tylko pocieszną grubaskę, albo, co także jest możliwe, ona sama nie widziała siebie inaczej i niczego ponad to nie potrafiła dostarczyć.
Kogo dodalibyście do tej listy? Z którym wyborem się nie zgadzacie? Dajcie znać w komentarzu.
