Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy SCIENCE FICTION z lat 50., które wciąż ZAPIERAJĄ DECH

Lista dziesięciu filmów science fiction z lat 50., które pozostały na tyle błyskotliwe, że wciąż warto się nimi zachwycać.

Published

on

Filmy SCIENCE FICTION z lat 50., które wciąż ZAPIERAJĄ DECH

Tekst z archiwum Film.org.pl (9.07.2022)

Dla dzisiejszych widzów, szukających w kinie wartkiej akcji i solidnej dawki rozrywki, dokonania lat 50. na polu fantastyki wydają się mało interesującą melodią przeszłości. Poszczególne, klasyczne już tytuły z gatunku science fiction co prawda przewijają się w dyskursie, wciąż są traktowane jako wzory, ale na pytania „dlaczego” i „skąd bierze się ich wyjątkowość” już odpowiedzieć jest trudno. Rozmowa o Dniu, w którym zatrzymała się Ziemia, jest więc jak wspomnienie wojennych zasług pradziadka, którego nigdy osobiście nie mieliśmy okazji poznać, kojarząc go tylko ze zdjęcia.

Advertisement

Przybliżmy więc te kilka znamienitych tytułów SF z lat 50., które każdy sympatyk fantastyki znać powinien. One wciąż zapierają dech, czasem nie tyle realizacyjnie, ile za sprawą odważnej treści.

Zakazana planeta

Jeżeli miałbym wskazać jeden film z lat 50., który powinien obejrzeć każdy zainteresowany fantastyką naukową w celu odrobienia zadania domowego, wskazałbym właśnie ten tytuł. Jeśli nie chcecie tracić czasu na resztę tytułów z tej listy, po prostu obejrzyjcie Zakazaną planetę. Dostaniecie tam wszystko to, czym gatunek SF był w latach 50.

Advertisement

, ale też wszystko to, czym się w konsekwencji stał. Charakterystyczna teatralność przenika się tu ze spektakularnością, z racji tego, że w filmie bardzo mocny nacisk położono na efekty specjalne. Za przełomowym charakterem tej produkcji przemawia także pojawienie się w niej sztucznej inteligencji – robota Robby’ego – ale w taki sposób, by nawiązywała ona relację z człowiekiem, a nie stanowiła tylko dla niego zagrożenie. Istotny jest także fakt, iż ten film to nie tyle niewinna space opera, co historia oparta na solidnym, głębokim scenariuszu, będącym adaptacją klasycznej sztuki Williama Szekspira pt.

Burza. Jeśli jeszcze nie poczuliście się zachęceni, to dopowiem, że w jednego z głównych bohaterów wciela się tu nie kto inny jak sam Leslie Nielsen – nasz ulubieniec z cyklu Naga broń. Bez Zakazanej planety z pewnością nie byłoby Star Treka i z pewnością nie byłoby SF w takim kształcie, w jakim go znamy.

Advertisement

Wioska przeklętych

Michael Gwynn, Martin Stephens i inni w filmie "Wioska przeklętych" (1960)

Bardzo szybko twórcy Wioski przeklętych przechodzą do konkretów. To w ogóle jeden z moich ulubionych aspektów wczesnych filmów SF – one są bardzo krótkie, nie trwają zwykle więcej niż półtorej godziny, przez co trudno w nich o nudę i uczucie monotonii. Wioska przeklętych trwa zaledwie godzinę z kwadransem, ale nie można powiedzieć, że twórcy nie zdołali pokazać tego, co zaplanowali.

Jest jakaś tajemnicza siła, która w toku filmowych wydarzeń zostaje powiązana z kosmosem. Pod wpływem tej siły ludziska zapadają w śpiączkę, a po pewnym czasie od tej śpiączki rodzą się dzieci. Jak się domyślacie, są to dzieci niezwykłe, bo zdolne do parapsychologicznych wyczynów. Twarze tych dzieciaków do dziś budzą we mnie przerażenie (nie chciałbym, żeby moje dziecko kiedyś tak na mnie spojrzało). To bodaj jeden z pierwszych, filmowych konceptów, który celnie wydobywa grozę z pozornie niewinnego dziecięcego oblicza, które zamiast się uśmiechać, oddaje beznamiętność. Finał tej krótkiej, acz dobitnej historii, gdzieś tam metaforycznie odnoszącej się jeszcze do społecznych uprzedzeń, niepokojów i wynikających z tego pogromów (także Żydów), to jednocześnie przykład jednego z najmroczniejszych zakończeń w historii filmów SF. Zdecydowanie polecam.

Advertisement

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia

W wypadku tego arcydzieła Jacka Arnolda najistotniejsza jest jego wymowa. To bowiem film bardzo stateczny, acz do pewnego momentu. I jakby nie patrzeć, oparty na klasycznym motywie spotkania człowieka z obcą, inteligentną formą życia pochodzącą z kosmosu. Na Ziemi ląduje latający spodek z przybyszem.

Ujęcie tego motywu jak żywo przypomina ewangeliczne obiecane spotkanie z Jezusem, zbawicielem. Bo jak się okazuje, przybysz jest jak na razie pacyfistycznie nastawiony do Ziemian i niesie dla nas pewną naukę. Warunek jest jednak taki, że człowiek musi spełnić jego żądania. Lata obserwacji z oddali rozwoju ludzkiej cywilizacji nie przyniosły pozytywnych wniosków. Ludzkość ma zaprzestać pędu do autodestrukcji (za sprawą degradującego środowisko rozwoju przemysłu – chociażby), bo jeżeli tego nie zrobi, Ziemia stanie w miejscu. Film z 1951 roku niósł więc przede wszystkim antywojenne i proekologiczne przesłanie. Hasła te wciąż przywoływane są przez twórców SF, co świadczy o nas ni mniej, ni więcej tyle, że niewiele robimy sobie z uczenia się na błędach. Taka już domena człowieka.

Advertisement

Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza

W kategorii filmów zapierających dech to widowisko nie ma sobie równych, patrząc przez pryzmat możliwości produkcji z lat 50. Już jakiś czas minął od mojego pierwszego seansu Człowieka, który się nieprawdopodobnie zmniejsza, a ja wciąż mam przed oczami scenę, w której bohater dosłownie bawi się w kotka i myszkę z pewnym drapieżnikiem.

Kapitalna realizacja, w której brawurowo wykorzystano technikę tylnej projekcji, pozwoliła ożywić jeden z najgłębiej drzemiących w nas lęków – lęk przed naturą i konsekwencją odwrócenia się jej prawideł. Wyobraźcie sobie bowiem sytuację, w której za sprawą kontaktu z tajemniczą chmurą radioaktywnego pochodzenia nagle zaczynamy się pomniejszać. Wówczas to nie my jesteśmy łowcami, to nie my ustalamy reguły, tylko zwierzęta i obiekty wokół nas, dla których stajemy się łupem tyle interesującym, co interesująca jest chodząca po ziemi mrówka. Paradoks tej wyjętej niczym z koszmaru sennego sytuacji polega jednak na tym, że my już teraz tymi mrówkami jesteśmy, biorąc pod uwagę ogrom kosmosu – czego twórca (Jack Arnold po raz kolejny) nie omieszkał podkreślić w błyskotliwej puencie filmu.

Advertisement

Wojna światów

Nie można nazywać się sympatykiem fantastyki naukowej, jeśli w pewnym okresie swego życia podczas filmowego seansu nie przeżyło się pewnej wojny o skali iście kosmicznej. Motyw to dla gatunku iście esencjonalny. Taką sytuację nakreślił u schyłku XIX wieku (1889 rok) wybitny pisarz H. G. Wells, który już wtedy zaczynał straszyć kosmosem i jego tajemniczymi mieszkańcami. Co uzyska człowiek po kontakcie z Obcym? Wojnę czy przyjaźń? To pytanie, które od lat zadają sobie naukowcy, w tym ufolodzy, czyli specjaliści od zjawisk paranormalnych dziejących się na niebie.

Wells dał jednak jasno do zrozumienia, że przyszłość relacji człowieka z przybyszami z kosmosu nie jest kreślona jasnymi barwami. Klasyczny motyw inwazji z kosmosu był kilkakrotnie przerabiany na film (ba, nawet na słuchowisko radiowe, które swego czasu wywołało w społeczeństwie amerykańskim niemały popłoch). Niemniej należy podkreślić, że wizja z 1953 roku należy do tych najbardziej udanych adaptacji prozy Wellsa. To jeden z pierwszych filmów wykorzystujących na tak szeroką skalę efekty specjalne, za co został nagrodzony Oscarem.

Advertisement

20 000 mil podmorskiej żeglugi

Po Wojnie światów mamy w tym zestawieniu kolejny film adaptujący klasyczną prozę z gatunku fantastyki naukowej (gdy jeszcze prozy tego rodzaju nie kwalifikowano w ten sposób). Juliusz Verne dał kilka ciekawych historii w duchu SF, ale ta należy do moich ulubionych.

Uwielbiam ten film za swój marynistyczno-steampunkowy klimat. Uwielbiam za rozmach. Ale nie tylko. Uwielbiam go także za świetną, awanturniczą kreację Kirka Douglasa, który do roli zbuntowanego marynarza po prostu się urodził. I za postać kapitana Nemo, który uosabia dwa bliskie mi poglądy – że warto inwestować w naukę i zarazem nie warto wierzyć w ludzkość. To też jedna z tych melodii przeszłości wielkiego studia Walta Disneya, która lata temu tworzyła takie właśnie przygodowe filmy familijne, nim na dobre zamieniła się w fabrykę adaptacji komiksów Marvela i filmów świata Gwiezdnych wojen. Jeżeli jeszcze nie widzieliście tej wersji przygód kapitana Nemo, jest ona dostępna na platformie Disney+.

Advertisement

Potwór z czarnej laguny

To kolejna pozycja z tej listy, która będąc reprezentantem science fiction, zachowuje bliski kontakt z horrorem. Niektórzy wręcz trwale utożsamiają Potwora z czarnej laguny z kinem grozy, ale biorąc pod uwagę koncept fabularny, na którym się opiera, kryje on w sobie wiele z fantastyki naukowej. Jakby nie patrzeć, mamy tu bowiem do czynienia z jednym z typowych elementów opowieści SF – naukową ekspedycją.

Ta z filmu przywodzi na myśl twórczość Arthura Conana Doyle’a, gdyż jej kierunkiem jest dżungla i skrywająca w sobie tajemnica spotkania z prehistorycznym gadem. Oczywiście, że potwór z czarnej laguny miał budzić grozę, ale według mnie jest to przede wszystkim opowieść o tym, że największą grozę budzimy my sami swoją przemożną potrzebą kontroli i dominacji. Podtekst całej tej historii jest rzecz jasna iście seksualny, dokładnie tak, jak było w pamiętnym King Kongu, bo okazuje się, że drapieżna siła potwora to tak naprawdę nieposkromiony popęd, który, jakby nie patrzeć, stanowi od wieków… siłę napędową tego świata. Ot co.

Advertisement

Istota z innego świata

Jakiś czas temu przypadła czterdziesta rocznica filmu Coś Johna Carpentera. Filmu, który nie bez przyczyny uznawany jest dziś za arcydzieło gatunku science fiction, zwłaszcza jego mrocznego oblicza. Oglądając filmy SF z lat 50., warto zapoznać się z Istotą z innego świata, ponieważ jest to film, na bazie którego słynne Coś powstało.

Wprawdzie wiele elementów zostało przez Carpentera znacznie lepiej poprowadzonych w remake’u, jak choćby umiejętne stopniowanie napięcia. Mam wrażenie, że o wiele ciekawsi są też bohaterowie. Trudno jednak przejść obojętnie wobec pierwowzoru podpisanego imieniem samego Howarda Hawksa. Jest to film znacznie spokojniejszy, aczkolwiek wciąż niepokojący. W pamięć zapada przede wszystkim scena, w której ekipa naukowców i żołnierzy natrafia na ukryty w lodzie statek kosmiczny, oraz kulminacyjna scena, w której bohaterowie walczą z tytułową istotą, trochę przypominającą potwora Frankensteina, a trochę… marchewkę.

Advertisement

Jedno trzeba filmowi z 1951 przyznać – to film, który bardzo ciekawe nakreśla dzielące ówczesną społeczność postawy, gdzie jedna część aprobuje postęp naukowy, a druga się go dogłębnie lękają. Czyż nie zostało tak do dzisiaj?

Inwazja porywaczy ciał

Nie ma lepszej filmowej paranoi. Nie ma lepszej filmowej metafory czasów makkartyzmu. Tytułowa inwazja jest tu tylko słowem wytrychem mającym na celu zwrócenie uwagi na trawiące nas od lat społeczno-ideologiczne podziały. Konflikt na linii my–oni to konflikt dla kultury wręcz sentencjonalny, w tym wypadku wyolbrzymiony do rozmiarów iście kosmicznych. Za sprawą tej zręcznej hiperboli w tej iście paranoicznej opowieści śledzimy losy bohatera, który z powodu braku snu wszędzie widzi zagrażające mu klony swych znajomych, które na domiar złego wyhodowały się w kokonach.

Advertisement

Miało to rzecz jasna stanowić czytelne odniesienie do czasów ociemniałych zimnowojennym mrokiem, w których to, co widać było na horyzoncie, to zapowiedź nieuchronnego konfliktu, a ci, co mieli być za to odpowiedzialni, byli rzecz jasna komunistycznymi szpiegami. Inwazja porywaczy ciał to film traktujący o… ucieczce i przemożnej potrzebie zachowania niezależności od obcych wpływów. Motyw ten obrazuje słynne ujęcie z filmu, w której para bohaterów ucieka od prześladujących ich kosmicznych klonów. Ten jeden kadr wart jest więcej niż tysiąc słów. To dla mnie jedno z najbardziej rozpoznawalnych ujęć w historii gatunku, godne uwiecznienia w ramce.

Wehikuł czasu

Na koniec cofnijmy się w czasie do samych podstaw. Herbert G. Wells w swej książce zasygnalizował, co tak naprawdę stanowi clou fantastyki naukowej. To snucie marzeń o tym, co może przynieść nam jutro, w jaki sposób świat może się zmienić. Czy nie byłoby fascynujące móc zbudować maszynę zdolną do wędrówki przez wymiar czasoprzestrzeni? Czy nie byłoby ekscytujące móc zobaczyć, w jaki sposób nasi następcy pokierują losem ludzkości? Odłóżmy na bok teorię względności Einsteina i dajmy się ponieść marzeniom.

Advertisement

W filmie z 1960 wizja jutra jest bardzo niepokojąca, gdyż jest wyolbrzymioną wersją dzisiejszych problemów społecznych (aktualnych dla widza lat 50. i tego dzisiejszego). Jeżeli naprawdę wydaje nam się, że nic człowiekowi nie grozi, że przez kolejne dekady, wieki, tysiąclecia będziemy egzystować w niezmiennej formie, stałej kulturze, to zachęcam do zapoznania się tą wizją. Pytanie tylko, czy tkwiąc w technologicznym ciągu i społecznym ogłupieniu, jesteśmy jeszcze w stanie się zatrzymać i wysiąść z tego pociągu, prowadzącego nas ku przepaści.

Advertisement

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *