search
REKLAMA
Fantastyczny cykl

INWAZJA PORYWACZY CIAŁ. Słynny thriller science fiction nigdy nie był tak aktualny

Jakub Piwoński

2 marca 2021

REKLAMA
To zaskakujący zbieg okoliczności, że Kevin McCarthy, główny aktor widowiska Inwazja porywaczy ciał, dzieli nazwisko ze słynnym amerykańskim senatorem Josephem McCarthym. Ten pierwszy wystąpił w filmie, który metaforycznie odnosi się do strachu przed komunistami, a ten drugi ów strach w rzeczywistości uskuteczniał. Mamy tu zatem makkartyzm pełną gębą? Tak, ale to nie jedyna właściwość słynnego filmu science fiction z 1956 roku. Czy po równo sześćdziesięciu pięciu latach od premiery widowiska Dona Siegela nadal jest się czego bać?

Z perspektywy czasu jeszcze bardziej zaskakująca wydaje się zazdrość, jaką przejawiał Kevin McCarthy w stosunku do swego kolegi po fachu, Montgomery’ego Clifta. W 1956 roku, w roku premiery Inwazji porywaczy ciał, Clift pracował dla studia MGM, kręcąc u boku Elizabeth Taylor wysokobudżetowe, melodramatyczne widowisko W poszukiwaniu deszczowego drzewa, adaptujące powieść o analogicznym tytule. W tym samym czasie Kevin McCarthy także wystąpił w filmowej adaptacji, ale wyjętej z kompletnie innego świata, bo będącej w rezultacie niskobudżetowym, B-klasowym kinem science fiction. Ani McCarthy, ani Clift nie wiedzieli jednak wtedy, że o prestiżowym W poszukiwaniu deszczowego drzewa bardzo szybko widownia zapomni, natomiast niepozorna Inwazja porywaczy ciał na stałe zapisze się tak w annałach gatunku, jak i historii kina. Chociażby za sprawą tego jednego, ikonicznego wręcz ujęcia.

Jeden ze słynniejszych kadrów w historii kina SF. Kevin McCarthy i Dana Wynter uciekają przed zniewoleniem.

Film Dona Siegela rozgrywa się jak typowy dreszczowiec, ze stopniowo narastającym napięciem, a jego główną substancją jest paranoja bohatera. Postać grana przez Kevina McCarthy’ego to lekarz, dr Miles, do którego zgłaszają się pacjenci z dziwnymi objawami. Nie wiedzieć czemu, nie poznają oni swoich bliskich – mają wrażenie, iż nie są sobą. Kolega po fachu podpowiada Milesowi, że być może jest to związane z masową histerią, ale ten nie daje mu wiary. Wkrótce bohater zawołany zostaje do jeszcze dziwniejszego przypadku – znajomi znaleźli coś, co przypomina ciało, a co w rezultacie jest klonem jednego z nich. Kto za tym wszystkim stoi i co tu się właściwie dzieje? Odpowiedź na to pytanie nie pochodzi z naszego świata.

Zarówno Kevin McCarthy, jak i Jack Finney, autor książki będącej podstawą dla scenariusza, zawsze zaprzeczali plotce (silnej przecież do dziś), jakoby historia ukazana w Inwazji porywaczy ciał była wypowiedzią przeciwko makkartyzmowi i komunizmowi. Reżyser filmu, Don Siegel, uważa jednak (i słusznie), że polityczne skojarzenia z działalnością senatora Josepha McCarthy’ego i jego „polowaniami na czarownice” były i są nieuniknione, chociaż zależało mu, by środek ciężkości filmu był inny. To miał być po prostu rasowy dreszczowiec SF, odświeżający gatunkowe schematy. Zastraszana i żyjąca w strachu zimnowojenna widownia wolała jednak widzieć w filmie polityczny pamflet. Siegel pozostawał w wywiadach nieugięty, niejednokrotnie podkreślając, że owszem, rozpatrywał Inwazję… jako metaforę, ale nie polityczną, lecz psychologiczną.

Termin „ludzie strąki” lub „ludzie rośliny” funkcjonował w kulturze bardzo długo.

W czym rzecz? W tym, że niezależnie od światopoglądów, niezależnie od przynależności partyjnych, niezależnie od tego, kim jesteśmy, bakcyl emocjonalnej bierności i tumiwisizmu jest w stanie ujawnić się w każdym z nas. Powiedzmy to sobie wprost – w interesie każdego reżimu nie jest to, byśmy byli jednostkami zaangażowanymi, trzeźwo myślącymi, tak jak dr Miles. To masowe ogłupienie i apatia zdają się być w cenie. Sami sobie zakładamy te kajdany za sprawą swej poddańczej postawy. Jesteśmy manipulowani niczym marionetki. Chłoniemy informacje medialne bez żadnego filtra, stając się jedynie pionkami w wielkiej grze o tron i pieniądz. Społeczeństwo skłócone, społeczeństwo podzielone, społeczeństwo zniechęcone, apatyczne i pasywne to społeczeństwo łatwe do kontrolowania. „Chleba i igrzysk” – nic więcej szarakom nie potrzeba, by przestać interesować się tym, co dzieje się za kulisami.

Dlatego właśnie przez dziesięciolecia od premiery filmu w kulturze amerykańskiej funkcjonował termin „ludzie ze strąku”. Powstał, rzecz jasna, na bazie ukazanego w filmie sposobu, w jaki obca rasa z kosmosu podmieniała prawdziwych ludzi na ich sklonowane kopie. Termin ten prawdopodobnie dotarł także do nas, przybierając określenie ludzie rośliny, używany na określenie tych, którzy najzwyczajniej w świecie wegetują, zamiast uważnie i świadomie czerpać z życia to, co najlepsze i najistotniejsze. Nie wiem jak wy, ale widzę wielu takich ludzi wokół siebie, i to nieustannie. Widzę to w ich oczach, pozbawionych iskry. Żyją bezrefleksyjnie, jedynie odhaczając kolejne rutyny dnia. Boją się myśleć, a jeszcze bardziej boją się podejmować decyzje. Obywatel idealny.

Oni już tu są…!

Jest więc Inwazja porywaczy ciał swoistą parodią marksizmu czy może jest to film o znacznie bardziej uniwersalnej głębi? Byłbym za tym drugim rozwiązaniem. Z pewnością dlatego też historia brana na warsztat w filmie stała się tak bardzo inspirująca, że do dziś powstały, bagatela, aż trzy jego remaki. Miało to miejsce, rzecz jasna, w 1978 roku, gdy gwiazdorsko obsadzoną Inwazją porywaczy ciał zajął się wówczas Philip Kaufman (ciekawostką jest fakt, iż w filmie ponownie wystąpił McCarthy). Miało to miejsce w 1993, gdy nową wersję Porywaczy ciał zaproponował sam Abel Ferrara. I miało to miejsce także przy udziale Nicole Kidman i Daniela Craiga w Inwazji z 2007 roku. Z tej listy tylko film z 1978 jest w stanie równać się z oryginałem, gdzieniegdzie nawet go przewyższając, czy to w wymiarze grozy, czy to inscenizacyjnego polotu.

Nie zmienia to faktu, że wystosowany w 1956 roku komentarz, wedle którego ulegając wpływom różnych sił, stajemy się emocjonalnie rozleniwieni, zapewniając sobie ułudę bezpieczeństwa, jest komentarzem wciąż niepokojąco aktualnym. Jest coś symptomatycznego w tym, że cała ta kosmiczna infiltracja i przemiana w klony zachodzi podczas snu. Dlatego bohater wraz ze swą partnerką dzielnie walczą do końca, by nie zmrużyć oka. W rzeczywistości… oni już w tym śnie tkwią, jak my wszyscy, za sprawą bycia częścią kneblującej nas kultury. Rzecz w tym, że sami ją stworzyliśmy.

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

REKLAMA