Connect with us

Recenzje

JULIUSZ. Mnie śmieszy, co poradzę? (recenzja na TAK)

JULIUSZ to nowoczesna, inteligentna komedia, która zaskakuje świeżym podejściem i świetnym humorem. Ciekawy przepis na śmiech!

Published

on

JULIUSZ. Mnie śmieszy, co poradzę? (recenzja na TAK)

Juliusz, który zawitał właśnie do kin, to bardzo rzadki przykład udanej, współczesnej, śmiesznej i inteligentnej komedii. Zaprawdę powiadam wam, niewiele w XXI wieku było filmów tak świadomych swojego gatunku, obowiązujących w nim schematów, od których wcale nie trzeba uciekać. Tyle słowem wstępu, który miał jednak być zupełnie inaczej zbudowany, bo chciałem oprzeć go na ostrej kontrze w stosunku do recenzji Janka Brzozowskiego, która pojawiła się u nas i która to bardzo, ale to bardzo mnie zirytowała.

Advertisement

Zamiast jednak wyzłośliwiać się, wykłócać się i narzekać, proponuję wam 7 dowodów na to, że Juliusz to jedna z najciekawszych, najmniej banalnych komedii ostatnich lat. Gratis kilka kuksańców w stronę Jana.

Nie musi wszystkich śmieszyć

Nie ma komedii, które śmieszą wszystkich. Nie istnieje jeden uniwersalny wzór. Jednych potrafi rozruszać dobra parodia, innych wprowadza w pozytywny nastrój komedia omyłek, tamci (o tam, widzisz?) poszukują absurdu, a reszta lubi pogodny uśmiech zakochanego Tomasza Karolaka lub grymasy gumowego Jima Carreya. Istnieją dziesiątki modeli komediowych, które uderzają w odpowiednie struny adekwatnie do potrzeb widza, intelektualnych możliwości lub nastroju chwili.

Advertisement

Według mnie najśmieszniejszym filmem świata jest Miś Barei, a tuż za nim Naga broń. Przy Monty Pythonie trzymam się za pęcherz. Co to znaczy? Nic, kompletnie nic nie znaczy, oprócz tego, że pewnie śmieszą mnie inne rzeczy niż ciebie, czytelniku, ale jest też szansa, że śmiejemy się z tego samego? W tym kontekście zarzut, że Juliusz nieśmieszny choć powinien, jest chybiony. Bo co jeśli kogoś rozśmieszy? Kto ma rację?

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Advertisement

@juliuszfilm #film #juliusz #komedia #comedy #debiut #mecwaldowski #peszek #smołowik #rutkowski W kinach od 14 września! Photo by @mediashots.pl

Post udostępniony przez Alek Pietrzak (@alekpietrzak) Sie 15, 2018 o 10:55 PDT

Advertisement

Mnie śmieszy bardzo, naprawdę

Sweter głównego bohatera i jego nieporadność, gorycz życiowa i zawodowa, która nie wypełnia jednak całości jestestwa od środka, jak w przypadku Adasia Miauczyńskiego. Śmieszy mnie „Łysy to huj”. Śmieszą mnie okoliczności spotkania z Dorotą i kolejne niedorzecznie wtopione randki. Rafał Rutkowski mnie śmieszy w roli tego typowego śmiesznego kumpla nieśmiesznego głównego bohatera (bo on wie, jak żyć). Śmieszy mnie Krystyna Janda. Rozśmieszyła mnie nieobecność Stuhra. W ogóle bardzo cieszyły mnie cameo znanych nazwisk, bo tak rzadko w kinie polskim trafiają się takie metażarty.

Długopis i tracheotomia, wizyta u gangstera, sikanie w krzakach ze strażą miejską, rozmowy przy kolacji, los Masaja, dziecięce urodziny, wściekłość Mecwaldowskiego w klasie – to mnie rozbawiło do łez. Ten obraz z łódką też mnie rozśmieszył (kogoś nie rozśmieszył?).

Advertisement

I rozśmieszył mnie ten bąk, który zażenował Janka. Powiem wam, dlaczego mnie rozśmieszył: to nie był bąk ot taki sobie, pierd, który ma rozśmieszyć duszę 5-latka, bo puszczony został w eleganckim towarzystwie. To było pruknięcie chwilowe, niespodziewane, czas antenowy – pół sekundy, nie w towarzystwie, a w samotności. Bąk naturalny, śmieszny, acz logiczny. Humor fizjologiczny o proweniencji etologicznej. Mnie śmieszy.

5 scenarzystów

Zarzut, jakoby 5 scenarzystów odpowiadających za Juliusza stanowiło o słabości filmu… No nie. Są filmy wybitne, których scenariusze zostały stworzone w pojedynkę, ale duety są równie często spotykane, a trio, kwartety i kwintety też nie są niczym niespotykanym. O sile historii nie świadczy wielkość składu, ale jakość tego, co zostało stworzone. Podział ról był dość oczywisty – Abelard Giza z Kacprem Rucińskim stworzyli scenariusz filmu, który w swoje ręce wzięli Michał Chaciński i Łukasz Światowiec (wcześniej z sukcesem w postaci Planety singli), a wiele dorzucił także reżyser, Aleksander Pietrzak, który z elementami rodzinno-alkoholowymi miał do czynienia w swoich krótkich metrażach. Czyli mamy tych, którzy przychodzą z pomysłami i dowcipami, oraz mamy tych, którzy potrafią dostosować się do potrzeb filmu fabularnego. Tylko tyle i aż tyle. Dobrze działająca twórcza symbioza. Rozważania na temat liczby osób zaangażowanych (albo dlaczego nie w innym układzie) są zresztą kompletnie nietrafione, bo raczej wynikają z usilnego poszukiwania przyczyn rzekomej nieśmieszności niż sensownych dociekań.

Advertisement

Stand-up

Na pewno jest tak, że klimat stand-upowy jest wyczuwalny. Jest to historia, która mogłaby być opowiadana ze sceny przez Abelarda Gizę, bo wiele tu pojedynczych scenek perełek puentowanych w zaskakujący sposób (absurdalnie, wulgarnie, rubasznie, slapstickowo, słodko-gorzko), choć całość jest wpleciona w większą historię, mającą określone tło i swoich bohaterów. Czy to źle, że Juliusz korzysta ze schematów stand-upowych? Ja tę formę uwielbiam, a artystów bardzo cenię za błyskotliwość dowcipu, bardzo często inteligencję, a nade wszystko za brak kabaretowej głupkowatości. Tną słowem niczym mieczem, bazują na zabawnej konsternacji i świadomie bawią się ludzkimi słabościami.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Advertisement

Tak bym dziś wyglądał, gdybym nie poznał swojej żony ? ? #juliuszfilm #jusz14września #trochetakifrancuskiplatnyzabojcazlatsiedemdziesiatychwpoznymstadiumalkoholizmu

Post udostępniony przez Abelard Giza (@abelardgizaofficial) Wrz 4, 2018 o 7:51 PDT

Advertisement

Echa inspiracji

Z pewnością czuć w Juliuszu kino Judda Apatowa, trochę Noah Baumbacha, odrobinę Michaela Showaltera, czyli widać wielkie serce do opowiadania o ludziach ułomnych, niedoskonałych, którzy zasługują – także w swoich oczach – na więcej od tego świata. Życzliwie, z miłością i z ciepłem, którym nie szkodzi głośno rzucona kurwa bądź skromny bąk. Gdy więc Jan mówi, że to zbiór luźno ze sobą powiązanych skeczy, a nie pełnoprawna historia, to ja widzę bezpretensjonalną historię miłosną, w której słychać echa świetnych jankeskich niezależnych komedii w rodzaju 500 dni miłości, Napoleona Wybuchowca, I tak cię kocham, Funny people, Bezdroży, Kiedy Harry poznał Sally, Annie Hall, serialu Love czy Specjalisty od niczego. Niejednokrotnie są one oparte na epizodyczności, która nie umniejsza poczucia obcowania z koherentną całością. W Juliuszu to miłość pomiędzy dwojgiem ułomnych – w taki czy inny sposób – osób oraz relacje rodzinne głównego bohatera, które determinowały dotychczasowe życie oraz wpływają na bieg obecnego. Jest to więc opowieść o czymś, o kimś, z pewnymi obowiązkowymi zwrotami akcji (bo to również film, któremu gatunkowo najbliżej do komedii romantycznej) i zaskakującymi woltami fabularnymi, które jednak nie walczą o tę część mózgu domagającą się wysublimowanej i erudycyjnej uczty.

Ojciec i syn

Co nie znaczy, że brak Juliuszowi powagi. Nie jest przypadkiem fakt, że często ten film określa się komediodramatem, ponieważ wspomniane relacje między głównym bohaterem a ojcem należą do najmocniejszych punktów filmu. Z jednej strony mamy zgorzkniałego 40-letniego nauczyciela mieszkającego z ojcem, któremu niewiele w życiu zostało: pustkę po miłości, po pracy, po młodości zapija wódką i hulaszczym trybem starczej egzystencji (tutaj okazja do heheszek). Z drugiej obaj dojrzewają w swoim związku: syn zaczyna rozumieć motywacje ojca, którego koniec jest bliżej niż dalej, a ojciec z kolei zaczyna dostrzegać syna-losera, któremu może się wreszcie udać.

Ta rodzinna relacja nie jest epizodem: ona tworzy bohaterów, wypełnia treścią ich potrzeby i cele, powraca w najważniejszych momentach. Jest nie do przeoczenia i z pewnością nie jest żadną deus ex machina, jak ocenia Jan.

Advertisement

Chcę więcej

No właśnie. Kompletnie nieudany debiut pełnometrażowy? Zaśmiewam się z tego twierdzenia jak norka, szczególnie gdy wspomnę obolałe policzki, przetrenowaną przeponę i ultrapozytywny nastrój po wyjściu z kina. Takie kategoryczne i negatywne stwierdzenia sugerują, że miejsce filmu jest między najgorszymi polskimi produkcjami, gdzieś między Kac Wawą a Operacją Koza.

A przecież Juliusz to klasyczny, bezpretensjonalny feel-good movie, zrobiony bez spinania tyłka, świadomy gry gatunkowej, brawurowo zagrany (Mecwaldowski znowu znakomity; Peszek to wielka klasa!), z całą masą drobnych fascynujących elementów, pojedynczych scenek, niegubiący przy tym wyrafinowania w momencie wchodzenia na poważniejsze tory.

Advertisement

Kocham ten film szczerze, bo jest dowodem na to, że ktoś tu jeszcze umie w polską komedię. I chcę takiego kina więcej.

Advertisement

Celuloidowy fetyszysta niegardzący żadnym rodzajem kina. Nie ogląda wszystkiego, bo to nie ma sensu, tylko ogląda to, co może mieć sens.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *