Connect with us

Publicystyka filmowa

20 000 MIL PODMORSKIEJ ŻEGLUGI (1954)

„20 000 MIL PODMORSKIEJ ŻEGLUGI” to pełna magii opowieść o morskich głębinach, które skrywają tajemnice czekające na odkrycie.

Published

on

Można opierać się prawom ludzkim, ale nigdy – sprzeciwiać się przyrodzie.

— Juliusz Verne

Advertisement

Człowiekowi tylko wydaje się, że wystarczająco dobrze poznał już Ziemię, by móc z niej uciec. Marzenia o eksploracji kosmosu, po części podyktowane ciekawością, a po części potrzebą ewakuacji, nieopatrznie spychają na bok pewien trudny do podważenia fakt – na Ziemi są jeszcze obszary, na których ludzka stopa nie miała okazji stanąć. A znajdują się one pod wodą.

Ziemia zaledwie w 30% składa się z obszarów lądowych, całą resztę, czyli, bagatela, 70% całej powierzchni globu zajmują oceany. Może ich powierzchnię faktycznie zwiedziliśmy wzdłuż i wszerz, ale co z bezkresem morskich głębin? Czy naprawdę łatwiej jest nam powołać technologię mającą na celu wydostanie się poza granicę wyznaczoną przez ziemską atmosferę i zamieszkanie na obcej planecie, aniżeli zanurzyć się w tej ojczystej, przeżyć pod wodą i zbadać, jakie kryje w sobie tajemnice?

Advertisement

Ale od tego jest właśnie fantastyka naukowa, by rejony te penetrować i pobudzać wyobraźnię zarówno pochłoniętych badaniami inżynierów przyszłości, jak i szukających eskapizmu odbiorców popkulturowych treści. Francuski pisarz Juliusz Verne, jeden z protoplastów gatunku SF, w swej słynnej powieści 20 000 mil podmorskiej żeglugi z 1870 roku podjął temat eksploracji morskich głębin. Książka, która w późniejszych latach została opublikowana jako część cyklu Niezwykłe podróże, opowiada o losach statku podwodnego Nautilus, dowodzonego przez tajemniczego kapitana Nemo.

Historia opowiadana jest z perspektywy profesora Pierre’a Arronaxa, zoologa z paryskiego Muzeum Historii Naturalnej, który wraz ze swymi towarzyszami – służącym Conseilem oraz harpunnikiem Nedem Landem – trafia na pokład Nautilusa. Ten bowiem uznawany był wcześniej za morskiego potwora, a cała trójka była częścią ekspedycji powołanej w celu jego odnalezienia.

Advertisement

Ta fantastyczna podróż opisana na kartach powieści Juliusza Verne’a została w 1954 roku przeniesiona na wielki ekran. Jest to adaptacja najlepsza, najbardziej utytułowana, ale co ważne – nie pierwsza. Ta dokonała się wcześniej, w roku 1916, za sprawą filmu niemego autorstwa Stewarta Prestona. Wróćmy jednak do lat pięćdziesiątych. Za produkcję filmu odpowiadało studio Walta Disneya, który wówczas czynnie brał udział w realizacji, w tym także – obsadzaniu stołka reżysera. Za sterami 20 000 mil podmorskiej żeglugi zasiadł mało wówczas znany Richard Fleischer, który z początku był zaskoczony angażem z uwagi na fakt bycia synem Maxa Fleischera, twórcy filmów animowanych (między innymi Popeye’a), stanowiących jedną z głównych konkurencji dla studia Disneya. Twórca Myszki Miki przekonał go jednak, że według niego jest on najlepszą osobą do poprowadzenia filmowej historii kapitana Nemo.

Co ciekawe jednak, w przypadku 20 000 mil podmorskiej żeglugi w głowie Walta Disneya, z racji doświadczenia, najpierw pojawił się pomysł adaptacji będącej filmem animowanym. Dopiero Harper Goff, odpowiedzialny za aranżacje plastyczną, przekonał go, że możliwe będzie ukazanie wizji Juliusza Verne’a w formie aktorskiego filmu. Ryzyko się opłaciło. Sukces finansowy filmu był nie do przecenienia: przy budżecie pięciu milionów dolarów zdołał zarobić na świecie 30 milionów dolarów (w samych Stanach, z wynikiem ośmiu milionów dolarów, stał się drugim najbardziej dochodowym filmem roku). Film rozsławił nazwisko Fleischera, który od tamtej pory aż do lat 80. stał się w Hollywood specjalistą od wielkich widowisk, obfitujących w efekty specjalne.

Advertisement

Były też nagrody. Film był nominowany aż w trzech oscarowych kategoriach: za montaż, scenografię i efekty specjalne. Dwie ostatnie nominacje zamieniły się w statuetkę złotego rycerza. Jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości co do tego, czy zostały one przyznane słusznie, zachęcam chociażby do przyjrzenia się scenie walki załogi Nautilusa z kałamarnicą olbrzymią. Zaprawdę, broni się ona do dzisiaj. Co ciekawe, Fleischer miał sporą zagwozdkę, jak nakręcić pojedynek, by odwrócić uwagę widza od technicznych niedoskonałości (między innymi widać mechanizmy kierujące potworem).

Gdy poszedł z tym do Walta Disneya, ten ponoć doradził mu, by scena rozgrywała się podczas siarczystej burzy. Zastosowanie tej praktycznej rady, podkreślającej zarazem, iż kino to w gruncie rzeczy sztuka iluzji, wyszło scenie na korzyść, czyniąc ją spektakularną i wyprzedzającą swoją epokę.

Advertisement

Choć film Fleischera po latach kojarzony jest głównie przez pryzmat widowiskowości, nie należy zapominać, że został także rewelacyjnie zagrany. Do głównych ról zaprzęgnięto rozchwytywanych aktorów, Jamesa Masona (kapitan Nemo), Petera Lorre’a (Conseil) i oczywiście Kirka Douglasa (Ned Land). Było to pierwsze widowisko Disneya tak znamienicie obsadzone, a co za tym idzie pierwsze, w którym producent musiał sięgnąć do kieszeni nieco głębiej, wypłacając wyższe niż zwykle wynagrodzenia za rolę.

Sam Kirk Douglas otrzymał, bagatela, 175 tysięcy dolarów gaży – znamienne, że Walt Disney nikomu wcześniej tyle nie zapłacił. Pieniądze nie zostały jednak wyrzucone w błoto. Kreacja Kirka Douglasa wybija się ponad resztę charakterystyczną brawurą i żywiołowością. Należy podkreślić, że awanturnicze zacięcie postaci Neda Landa zostało w dużej mierze wykreowane przez aktora. To na jego prośbę bowiem scenarzysta Earl Felton dodał do skryptu kilka scen, w których aktor miał okazję podbić oko swym przeciwnikom w bójce lub po prostu stanąć w objęciach pięknych dam. W ten sposób Kirk Douglas chciał wyrabiać sobie wyjątkowo temperamentne emploi, które miało przydać się w kolejnych rolach.

Advertisement

Film z 1954 uznaje się jako prekursora osobliwego podgatunku fantastyki naukowej, zwanego steampunkiem. Ukazywana jest w nim alternatywna wersja dziewiętnastowiecznej rewolucji technicznej. Inaczej bowiem niż w popularnym cyberpunku, mamy tu do czynienia nie z technologią opartą na zaawansowanej elektronice, a mechanice. Nie inaczej jest w filmie adaptującym powieść Juliusza Verne’a. Ale należy podkreślić, że ten francuski autor, jak na prawdziwego wizjonera przystało, poszedł jednak o krok dalej, ukazując mechanizmy dalece odległe od możliwości dziewiętnastowiecznych inżynierów – wręcz stojące w sprzeczności z ówczesnym postępem technicznym.

Najważniejszym wynalazkiem powołanym w 20 000 milach podmorskiej żeglugi była oczywiście łódź podwodna – napędzana, co ważne, nie mechanicznie, a energią nuklearną. Simon Lake, przyszły dwudziestowieczny twórca łodzi podwodnych dla armii amerykańskiej, przyznał wprost, że to właśnie Nautilus był jego inspiracją. Verne to jeden z wielu twórców fantastyki, który zdołał antycypować przyszłe rozwiązania technologiczne.

Advertisement

Dla wszelkich ruchów ekologicznych, ale także awangardowych i nonkonformistycznych, inspiracją z kolei pozostał kapitan Nemo wraz z postawą, jaką reprezentował. Verne zbudował postać Nemo na podstawie Homerowskiego Odyseusza. Analogią nie jest w tym wypadku tylko wola podróżowania przez morski bezkres. Gdy cyklop Polifem zapytał Odyseusza, jak się zwie, ten odpowiedział „Utis”, co w tłumaczeniu na polski znaczy po prostu „nikt”. A „nikt” w łacinie to „nemo” właśnie. W przypadku kapitana statku Nautilus najistotniejsze jest zatem to, że bohater świadomie wyrzekł się cywilizacji, uznając ją za źródło krzywd i nieszczęść (ciekawostkę stanowi fakt, że Verne pierwotnie widział w Nemo.

.. Polaka, sprzeciwiającego się rosyjskiemu zaborcy. Dopiero pod naciskiem wydawców postanowił ujawnić w Tajemniczej wyspie, kontynuacji 20 000 mil…, że Nemo jest Hindusem skonfliktowanym z kolonialnymi zapędami Wielkiej Brytanii). Postanawia założyć na swoim statku własny ustrój i stanowić własne prawo, co wyzwala w nim poczucie prawdziwej wolności i niepodległości. Choć z początku Nemo robi pozytywne wrażenie na profesorze Arronaxie, który uznaje kapitana za prawdziwego wizjonera, z czasem na wierzch wychodzi fakt, iż w swych działaniach kieruje się gniewem i żądzą odwetu za zabicie żony i dziecka. To podkreśla tragizm postaci kapitana Nemo. Postaci będącej zarazem jedną z najsilniej zarysowanych spośród wszystkich pojawiających się na kartach dzieł Juliusza Verne’a.

Advertisement

Być może właśnie przez niezwykłą siłę oddziaływania postaci kapitana Nemo, późniejsze kino, od tworzenia remake’u 20 000 mil podmorskiej żeglugi, było bardziej zainteresowane bądź kontynuowaniem losów bohatera (Powrót kapitana Nemo) bądź łączeniem jego losów z losem innych, znanych bohaterów (Liga niezwykłych dżentelmenów). Remake jednak powstał w 1997, ale tylko dla widowni telewizyjnej. W rolę słynnego kapitana wcielił się wówczas Michael Caine. Przymiarki do nowej wersji kinowej trwają praktycznie od 2009 roku, gdy „Variety” po raz pierwszy ogłosiło, że McG ma objąć reżyserię projektu.

Później w grę wchodził sam David Fincher, który miał nawet pomysł, by Kirka Douglasa zastąpił Brad Pitt, który miał wcielić się w Neda Landa. Reżyser ostatecznie wolał się jednak zająć dreszczowcami o… dziewczynach (Dziewczyna z tatuażem i Zaginiona dziewczyna), a pieniądze na nowy remake 20 000 mil… poszły ostatecznie na nowych Piratów z Karaibów. Ale co ciekawe, od 2016 roku w głowach producentów widnieje nowy projekt pod roboczym, wymownym tytułem Captain Nemo. Do objęcia sterów przymierza się James Mangold. Co z tego wyniknie – nie wiadomo.

Advertisement

Nie zaprzeczę, że byłbym bardzo ciekaw tego, jak na wielkim ekranie wyglądałaby nowa wersja klasyka science fiction. Prawda jest jednak taka, że adaptacja z 1954 potrafi się wciąż bronić zarówno widowiskowością i aktorstwem, jak i aktualnością proekologicznych przesłań. Powtórzenie tego artystycznego sukcesu będzie zatem trudne.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *