Publicystyka filmowa
Filmy, na których będziesz PŁAKAĆ od PIERWSZYCH MINUT
FILM PŁACZĄCY OD PIERWSZYCH MINUT to emocjonalna podróż przez wzruszające melodramaty, które rozrywają serce i chwytają za duszę.
Ten szloch od pierwszych minut to oczywiście hiperbola. Chodzi bardziej o ładunek emocjonalny i wywoływanie u widzów wzruszenia, a nawet płaczu na którymś etapie fabuły. Gdyby film od pierwszych minut powodował łzy, raczej nie stałby się hitem. Widzowie unikaliby go, żeby nie zadręczać się złymi emocjami. W największych melodramatach twórcy zachowują równowagę i dają emocjom widza się uspokoić, nawet jeśli dość wcześnie wprowadzają wątki tragiczne. To w finale mają polecieć najdorodniejsze łzy.
Grobowiec świetlików (1988), reż. Isao Takahata
Nie wracam już do tej opowieści. Wystarczy ją raz obejrzeć, żeby zapamiętać wstrząsające obrazy walki dwójki dzieci o przetrwanie w świecie, który jest zainteresowany wyłącznie zadawaniem cierpienia. Zawsze będę pamiętał scenę, gdy leżąca Setsuko ostatkiem sił daje swojemu bratu kulki ryżowe, które tak naprawdę są kamykami. Seito na chwilę zalewa się łzami, ale zaraz przypomina sobie, jaki skarb zdobył dla swojej siostry – arbuz. Nie zdaje sobie sprawy, że ona umiera. Wyciąga owoc, wykrawa kawałek i wkłada jej do ust. Mała połyka kęs i się uśmiecha. Na chwilę przed śmiercią nareszcie dostała coś dobrego.
Seito kładzie na jej brzuchu resztę kawałka arbuza i odchodzi robić kleik ryżowy. Setsuko zasypia i już się nie budzi, cały czas z arbuzem, który kurczowo trzyma jedną ręką, jakby był jej największym skarbem, ratunkiem otrzymanym zbyt późno. Zaczyna padać deszcz i wiać wiatr. Jedzenia przygotowanego przez Seito nikt nie zjadł. Leży on przy swojej zmarłej siostrze, a potem ją kurczowo tuli. Kolejna ofiara wojny. Najgorsze jest to, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Akiyuki Nosaka, autor literackiego pierwowzoru, stracił siostrę, a sam jako bezdomne dziecko żył, kradnąc, co się da. W końcu trafił do sierocińca. Gdy już był dorosły, owe traumatyczne doświadczenia jak na ironię uczyniły go sławnym.
Życie jest piękne (1997), reż. Roberto Benigni
Jak najdłużej ochronić niewinny świat dziecka, żeby nie cierpiało – oto zadanie prawie niewykonalne, któremu jednak podołał Guido Orefice (Roberto Benigni), i to w rzeczywistości obozu koncentracyjnego. Najbardziej wzruszające były te momenty, gdy dziecięcy świat Giosué zaczynał chwiać się w posadach pod wpływem informacji, jakich się dowiadywał od przerażonych dorosłych w obozie. Tak było z rewelacją, że z więźniów naziści robią guziki i mydło, a na dodatek palą w piecach. W takiej sytuacji Guido musiał zachować się jeszcze mniej świadomie niż jego syn. Musiał zepchnąć otaczającą go rzeczywistość na margines fikcji i skrzętnie ukryć ją dla dobra dziecka.
Praca godna emocjonalnego tytana. Guido urwał więc sobie guzik z pasiaka, upuścił go na ziemię, a następnie podniósł. „Czy to wygląda jak człowiek?” – zapytał ze śmiechem. Faktycznie nie wyglądało. Zaś w kwestii pieców Guido zaczął tłumaczyć, że nie zna żadnych pieców opalanych ludźmi. Tak się nie da. Skończyło nam się drewno, spalmy więc tego prawnika – przecież to niedorzeczne. Faktycznie, to, co robiono z ludźmi w obozach koncentracyjnych, wydaje się niedorzeczne, kompletnie fantastyczne. Tyle że najtrudniej dziecku wytłumaczyć, że z tej zabawy w obóz nie da się tak po prostu odejść i wrócić do domu.
A.I. Sztuczna inteligencja (2001), reż. Steven Spielberg
Kiedyś napisałem, że Steven Spielberg to mistrz taniego grania na podstawowych emocjach u widza, z tym że reżyser umie to zrobić, równocześnie nie pozwalając zbytnio rozpanoszyć się banałowi w swoich produkcjach. Odpowiada więc na potrzeby bardzo szerokiego grona odbiorców, zarówno tych młodszych, mniej wyrobionych, jak i dojrzalszych, gdyż u jednych i drugich działają te same mechanizmy emocjonalne. W Sztucznej inteligencji doświadczymy więc całego wachlarzu wzruszeń.
Najpierw utrata dziecka, potem zastąpienie go sztucznym dzieckiem, które okazuje się w oczach widza zupełnie prawdziwe i naiwne w swojej zaprogramowanej niedojrzałości. A na koniec prawdziwy rodzynek – samodzielna, dojrzała decyzja Davida, żeby przeżyć jeszcze jeden dzień z mamą, a potem pójść z nią spać i już nigdy się nie obudzić. Takie dziecięce poświęcenie, czy tego chcemy, czy nie, wzrusza. Gra nam na pierwotnych emocjach i potrzebie doświadczania czułości – tej podstawowej, rodzicielskiej.
Odlot (2009), reż. Pete Docter, Bob Peterson
To film chyba najlepiej realizujący dosłowne rozumienie tytułu zestawienia. Od samego początku dowiadujemy się, czym jest czas i z wolna postępująca w nim utrata wszystkiego, co było dla nas ważne, łącznie z naszym życiem. Carl Fredricksen, bohater Odlotu, stracił właściwie wszystko, co najważniejsze – dziecko, miłość, młodość. Zostały mu jedynie starość i wspomnienia. Dogorywał więc w swoim niewielkim domku, otaczając się coraz większą ilością rytuałów, których nikt nie mógł przerwać. Aż wokoło urosły nowoczesne drapacze chmur, a on sam został zmuszony do odejścia do domu starców.
Wtedy nieoczekiwanie na jego drodze pojawił się niewielkiego wzrostu harcerz zajawiony na punkcie zdobywania nowych sprawności i zupełnie odmienił życie staruszka. Sporadycznie w rzeczywistości zdarza się taka sytuacja. Starzy, samotni ludzie umierają w ciszy. Nikt nie zwraca na to uwagi, może prócz co bardziej wrażliwych opiekunów w DPS-ach. W Odlocie wzrusza z jednej strony historia Carla, a z drugiej szansa, jaką dostaje od losu, żeby przeżyć swoje ostatnie dni szczęśliwiej, niż sobie to wyobrażał. A jeszcze bardziej czuć wzruszenie, gdy sobie uświadomimy, że to tylko bajka – ciepła, pełna nadziei historia, która się realnie nie zdarza.
Dom mrocznych motyli (2008), reż. Dome Karukoski
Cierpienie dzieci boli szczególnie, więc najczęściej w filmach, które w założeniu mają służyć rozrywce, unika się jego pokazywania. Chodzi oczywiście o małe dzieci. Inaczej sprawa ma się z nastolatkami, zwłaszcza tymi uznanymi przez dobrze wychowane społeczeństwo za element zdegenerowany. O takim miejscu, właściwie worku, gdzie się wykolejone dzieci zamyka i umywa ręce, opowiada Dom mrocznych motyli, chociaż nie brak w nim również odwołania do cierpienia najmniejszych i najbardziej niewinnych.
Reżyser naprawdę wie, jak poruszyć widza, o ile ten jest elementarnie wrażliwy. Dzieci są jak ślepe jedwabniki. Trzeba się nimi opiekować, inaczej umrą. Ludzie jednak nie zawsze to potrafią, gdyż sami w dzieciństwie stali się ślepi na coś, co dla reżysera filmu jest kluczowe – prawdę. Dom mrocznych motyli jest filmem nie tylko o dzieciach, ale także o bożkach, które stawiamy na swojej drodze i zgodnie z ich kuriozalnymi podszeptami wpływamy na to, jak bardzo cierpią niby najważniejsze dla nas istoty na ziemi – owe dzieci. Pouczający, wzruszający film o tym, jak nie zdemolować maluczkim dzieciństwa.
Przebudzenia (1990), reż. Penny Marshall
Wzruszające może być zarówno przychodzenie na ten świat, jak i odchodzenie z niego. Łatwiej je opisać w literaturze niż niebanalnie zaprezentować na ekranie. Przebudzenia poruszają na początku, gdy poznajemy odciętych od świata pacjentów – na twarzach wciąż są tak ludzcy, że wydają się nam normalnymi ludźmi, z którymi zaraz będziemy rozmawiać i śmiać się. Nic bardziej mylnego. Na przykładzie Leonarda Lowe’a poznajemy, jak bolesne jest uświadomienie sobie, że wyjście ze śpiączki i powrót do świata mogą być największym szczęściem w życiu, tylko jak na ironię dane jest zbyt mało czasu, żeby tego nowego życia doświadczyć.
Szczęście nagle zamienia się w powolne i świadome odchodzenie, ukazane przez Roberta de Niro rozdzierająco emocjonalnie. Nie mniej zaangażowany jest Robin Williams jako doktor Malcolm Sayer. Obydwaj walczą o każdą chwilę, a my, widzowie, możemy tylko płakać.
Wielkie piękno (2013), reż. Paolo Sorrentino
Gdy jesteśmy młodzi, zwykle brakuje nam czasu na zwolnienie i zastanowienie się, jaką wartość samą w sobie ma ten okres w życiu. Zaczyna nam dopiero świtać w głowach jakaś głębsza refleksja nad egzystencją, gdy młodość z wolna zaczyna nas opuszczać. Wtedy jak na ironię jednak nie możemy już mieć tych magicznych 20 lat. Zbytnio trzyma nas w swoich szponach rzeczywistość, zobowiązania wobec misternie budowanej podczas młodych lat siatki społecznych relacji, z której już nigdy się nie wyrwiemy. Pozostają nam wspomnienia, często bolesne i męczące, lecz nie na tyle, żeby przestać się nimi udręczać.
Tę drogę przez swoją młodość i doświadczane w niej namiętności w wybitnie metafizyczny sposób przechodzi bohater Wielkiego piękna – Jep Gambardella (Toni Servillo). Mam dopiero czterdziestkę, więc jeszcze w pełni nie rozumiem wszystkich metafor, a raczej ich nie czuję. Może za 15 lat będzie nieco lepiej. Póki co wzruszam się, gdzieś w głębi odczuwając jedynie echo osamotnienia, tak naturalnego na tym etapie życia, na którym w pełni zrozumiał je Gambardella.
My, dzieci z dworca ZOO (1981), reż. Uli Edel
W tym zestawieniu akurat ta pozycja nie jest jakimś szczególnym wyciskaczem łez ani ckliwym melodramatem używającym wymyślnych zabiegów fabularnych. To film prezentujący rzeczywistość. Podczas seansu możemy czuć bardziej złość niż wzruszenie, złość powodującą łzy bezsilności. Film został poświęcony szczególnie trzem wymienionym z imienia ofiarom bezdomności, narkotyków i dziecięcej samotności, oraz wszystkim innym, którym zabrakło siły i szczęścia, żeby przeżyć. Ćpającej i uprawiającej prostytucję od 12 roku życia głównej bohaterce się jakoś udało. Oglądajmy ten film co jakiś czas i ostrzegajmy się nawzajem, co może się stać z naszymi dziećmi, jeśli nie będziemy z nimi rozmawiać, jeśli nam nie będą ufać, gdy ich świat z jakichś przyczyn się nagle zachwieje, a nas obok nie będzie.
Kiedy więc czytam na tym portalu pod artykułami komentarze typu: „Ta stronka jest żałosna, tu jakieś dzieci z poprawczaka chyba recenzje piszą” (link tu) albo „Z przykrością stwierdzam, że wasi czytelnicy to dzieciaki biorące dopalacze” (link tu), czasem chce mi się krzyczeć, a czasem płakać. Ktoś, kto w ten sposób używa dzieci to uzasadnienia swoich negatywnych emocji, jest małym człowieczkiem, nie ma pojęcia o wychowaniu i nie wie, czym jest szacunek do drugiego człowieka.
Wreszcie przez tak myślących ludzi dzieciaki trafiają na ulicę i na niej umierają, jak te z dworca ZOO. Piętnujmy jasno i radykalnie tego typu porównania. Taka praca u podstaw jest w zasięgu każdego z nas. Trzeba tylko ruszyć cztery litery i odważyć się na coś więcej niż komfortowe popijanie kawki przy czytaniu kolejnej wiadomości w Internecie o czyjejś śmierci, strajku lub postpandemicznym bankructwie. Filmy takie jak My, dzieci z dworca ZOO powstały, żeby wzruszać, ale nie bezproduktywnie.
Myszy i ludzie (1992), reż. Gary Sinise
Ten, kto zna książkę, odbierze film jeszcze bardziej wzruszająco. Historia Lenniego i George’a wzrusza, powoduje sprzeciw, a potem bolesne pogodzenie i zwątpienie. W czasach kryzysu nigdy nie uratujemy wszystkich. Zawsze będzie pewna grupa najsłabszych i najmniej przystosowanych, którzy będą cierpieć najbardziej. Co wtedy zrobić, wiedząc, że nie da się ich uratować? George (Gary Sinise) wybrał jedyne możliwe rozwiązanie, chociaż wbrew wszelkim zasadom, jakie rządzą cywilizowanymi społeczeństwami. Ale czasy wtedy były mordercze. Nie miały nic wspólnego z cywilizacją kierującą się jakąkolwiek inna moralnością prócz tej bazującej na chęci przetrwania i konieczności wymierzenia kary. Lennie (John Malkovich) w takich okolicznościach był skazany na śmierć. Można było tylko wybrać stopień jej bolesności. W postaci opóźnionego w rozwoju wielkoluda wzrusza przede wszystkim ta dziecięca nieporadność czy też nieświadomość. Autor Myszy i ludzi pokrętnie zadaje pytanie – czy Lennie musiał umrzeć dlatego, że mentalnie był dzieckiem? A co z prawdziwymi dziećmi? One też w takich warunkach umrą? Historia kryzysu w USA pokazuje, że tak. Historia wszelkich wojen, które toczą ze sobą dorośli, również to potwierdza.
Bonus: Borat (2006), reż. Larry Charles
Kto powiedział, że płakać mamy tylko ze wzruszenia? Intensywny śmiech również pobudza kanaliki łzowe i wtedy leje się nam z oczu jak przy szlochu. W przypadku pierwszego Borata całkiem możliwe, że tak się stanie, zwłaszcza u tych, którzy do tej pory go nie widzieli, a są wrażliwi na żart sytuacyjny. Przygody kazachskiego dziennikarza w Stanach Zjednoczonych były kiedyś nowością w świecie komedii. Można się było śmiać do rozpuku, ale i czuło się zażenowanie niektórymi sytuacjami. Wreszcie – gdy na przykład Borat biegał po ulicy i kierowany jak najszczerszymi emocjami kompulsywnie ściskał innych ludzi, czuło się coś w rodzaju wzruszenia i litości dla niego.
Bo obcy go odrzucali. Nie rozumieli, że można kogoś bezinteresownie przytulić. Postać Borata jest więc takim odpryskiem innego świata, którego kapitalizm jeszcze nie zmienił. My, Słowianie, szczególnie starsi, czasem jeszcze tęsknimy za tą Boratową swojskością. Niestety żyjemy w świecie, gdzie otwarte okazywanie emocji coraz częściej odbierane jest jako co najmniej niegrzeczność. Borat, przybywając do Ameryki, tego nie rozumiał.
