Felietony

Dlaczego A.I. SZTUCZNA INTELIGENCJA to science fiction oparte na KŁAMSTWIE

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Jako że namiętnie oglądam kino science fiction, o czym mogliście się dowiedzieć, czytając prowadzony przeze mnie Fantastyczny cykl, prócz odkrywania nowych rejonów niejednokrotnie pozwalam sobie na powtórkę filmu sprzed lat. Jestem najzwyczajniej ciekaw tego, jak film zadziała na mnie po upływie dłuższego czasu. Ostatnio, za sprawą odświeżenia sobie Spielbergowskiej Sztucznej inteligencji, zmierzyłem się ze sporym rozczarowaniem. Doszedłem do wniosku, że coś jest z tym filmem nie tak. Docierało to już do mnie w trakcie seansu. Przeszkadza mi mianowicie zaprezentowany wizerunek dziecka oraz to, jaki sens ze sobą niesie.

Doskonale pamiętam ten moment. Moment pompowania balonika w imię promocji nowego tworu Stevena Spielberga. Mistrz kina rozrywkowego wrócił do SF po latach rozbratu z gatunkiem. Kompetencji do stworzenia kolejnego widowiska fantastyczno-naukowego nikt od niego przecież nie miał lepszych. W latach 70. Spielberg dokonał bowiem przełomu, odmieniając podejście do tematu kontaktu człowieka z obcą rasą z kosmosu. W latach 80. poszedł o krok dalej, pozwalając nam nawet zaprzyjaźnić się z kosmitą. W latach 90. udanie wskrzesił dinozaury, dokonując tym samym kolejnej rewolucji w kinie rozrywkowym.

Nowa dekada także miała należeć do niego. Wyciągając z szuflady Stanleya Kubricka pomysł na film, postanowił tym razem otoczyć się kostiumem cyberpunku, by opowiedzieć o relacji człowieka z myślącą, humanoidalną maszyną. Za podstawę do scenariusza posłużyło opowiadanie Briana Aldissa pt. Supertoys Last All Summer Long, będące – w dużym uproszczeniu – atrakcyjną fantastyczno-naukową trawestacją opowieści o Pinokiu. Spielberg wspomógł się stałym współpracownikiem, Januszem Kamińskim, który po raz kolejny zrealizował dla niego zdjęcia. Do głównej roli z kolei zaangażował rozchwytywanego wówczas po Szóstym zmyśle Haleya Joela Osmenta. Co mogło pójść nie tak?

Nie traktujcie tego tekstu jako recenzji. Nie mam zamiaru rozkładać Sztucznej inteligencji na czynniki pierwsze. Chcę wam jedynie opowiedzieć, z czym przede wszystkim wiąże się wrażenie silnego rozczarowania, które przeżyłem. Zresztą nie tylko ja, ponieważ, jak pewnie pamiętacie, Sztuczna inteligencja była filmem drogim (100 mln dolarów budżetu), a za sprawą spolaryzowanych opinii krytyków trudno jej było wyjść finansowo na prostą. Innymi słowy – widzom się film po prostu nie spodobał. Być może niektórzy zauważyli w nim to, co zauważyłem ja.

Otóż film opiera się na bardzo dziwnym i, rzekłbym, dalece oderwanym od rzeczywistości koncepcie. Według niego rodzice po stracie dziecka, fizycznej lub duchowej, będą w przyszłości mogli skorzystać z możliwości danej przez wybitnych inżynierów i z otwartymi ramionami przyjmą do domu sztuczny zamiennik swojej pociechy. Dziecięcy android będzie mógł zachowywać się jak dziecko, mówić jak dziecko, myśleć jak dziecko i, co najważniejsze, kochać jak dziecko. Założenie to jest jednak, według mnie, absurdalne i fałszywe.

Jako rodzic dwójki dzieci wiem, że moja rola polega na przygotowaniu odrastającego od ziemi brzdąca do tego, by mógł stać się kiedyś dorosły. Dzieciństwo jest więc procesem, który ja jako ojciec obserwuję i w którym w razie potrzeby interweniuję, by poprowadzić latorośl w odpowiednim kierunku. Powstały z miłości byt nie jest zatem ani lalką do przytulania, ani tworem mającym zaspokoić moje emocjonalne potrzeby. Jest dorastającą rośliną, która dzięki mojemu podlewaniu ma stać się kwiatem. Oczywiście relacja, która nas łączy, jest niepodważalna, aczkolwiek jest ona jednak wynikiem procesu, w którym oboje uczestniczymy. Procesu stawania się człowiekiem. Relacji tego rodzaju z małym androidem stworzyć się przecież nie da, stąd wątpliwość natury etycznej, po co w ogóle takiego androida tworzyć.

Piszę to wszystko także jako ten rodzic, który właśnie stoi przed dylematem wypuszczenia jednej ze swych pociech po raz pierwszy do przedszkola. Zaprawdę powiadam wam, z pozoru oczywista sprawa zamieniła się w jeden z najtrudniejszych życiowych wyborów. Oto bowiem wszystkie moje starania, cały wysiłek włożony w rozwój wychowawczy zostanie skonfrontowany z instytucją mającą na celu odpowiednią adaptację dziecka do społeczeństwa. To zatem pierwszy etap długiej drogi symbolicznego odcinania pępowiny i posyłania dziecka w świat. Pomimo dominującej potrzeby kontroli wie się jednocześnie jako rodzic, że ufne wprowadzenie do wspólnoty jest tym, co dla dziecka będzie najkorzystniejsze. By powoli rosło i stawało się kimś, a nie tylko trwało w marazmie formy początkowej.

Nie rozumiem zatem, co przyświecało twórcom Sztucznej inteligencji, gdy powoływali do życia postać dziecięcego androida. Śmiertelni rodzice będą się starzeć, a David wciąż będzie znajdował się w punkcie startowym. Powiedzieć, że to nudne i nierozwojowe, to jak nie powiedzieć nic. Cała ta skrupulatnie zaaplikowana ckliwość w Sztucznej inteligencji została zatem oparta na zwykłym kłamstwie. Film bardzo trudno się ogląda, ponieważ najzwyczajniej w świecie jest nam szkoda głównego bohatera przez to, jak został potraktowany. Będąc jednak szczerym wobec siebie, nie mogę nie uznać tego zabiegu za zwykłą manipulację. Spielberg żeruje na naszej emocjonalności, wymusza od nas określonej reakcji, niespecjalnie przejmując się tym, że u samym swych podstaw jego film nie broni się nawet jako metafora.

Jeśli waszym zdaniem, tak jak i moim, miejsce Davida jest na śmietniku historii, to nie ma w tym nic zdrożnego. Udawał on bowiem dziecko, nie mając z nim kompletnie niczego wspólnego. Kim jest jednak rodzic chcący zafundować sobie iluzję rodzicielstwa?

  • TAGI:

Ostatnio dodane