Publicystyka filmowa
Doktor Strange w multiwersum ułudy gatunkowych możliwości. Dlaczego MCU w IV Fazie spotkała krytyka?
IV faza MCU niedawno się zakończyła i dosyć powszechnie jest uważana za najsłabszą. Kevin Feige zarzeka się, że były to eksperymenty, zabawa gatunkowa, która zmierza do czegoś dużego. Czy naprawdę?
Chcieliśmy, żeby Infinity Saga sprawiała wrażenie kompletnej po „Końcu gry” i „Daleko od domu”. W czwartej fazie chodziło o eksperymenty, wprowadzenie nowych postaci, przypomnienie o innych. Bawiliśmy się tym i eksplorowaliśmy gatunki, których wcześniej nie ruszaliśmy, w atrakcyjny sposób wykorzystaliśmy bohaterów. W piątej fazie będziemy to kontynuować.
W następnych fazach też będą samodzielne filmy, ale to wszystko zmierza w stronę czegoś naprawdę dużego. Jak już ogłaszaliśmy, tym czymś jest Te niedawne słowa Kevina Feigego podczas światowej premiery Ant-Mana i Osy: Kwantomanii, są niejako tłumaczeniem tego, co otrzymaliśmy w IV Fazie Marvela. Teraz to historia Scotta Langa ma być czymś, co bardziej wyłoży zasady działania multiwersum, rozwinie postać Kanga itd. Tylko że wokół nadchodzącego Ant-Mana widocznie opadł już szum… Nie ma tych wielkich dyskusji w sieci, uczucia napięcia i oczekiwania na kolejny film z uniwersum.
Cóż, fani mieli nadzieję, że już film Sama Raimiego będzie dla MCU nie tylko furtką do nowych/starych światów (te zostały już otwarte w Lokim i Spider-Man: Bez drogi do domu), ale też i ścieżką prowadzącą do kolejnych zabaw formą i stylem swoich produkcji. Wszyscy liczyli na coś przełomowego w kwestii konstrukcji wieloświatów, wprowadzenie śmiałego horroru do wachlarza możliwości gatunkowych. Wyszło jak zawsze – ślady gatunkowe to tylko był puder nałożony na bardzo typowy, bombastyczny film z taśmy Marvela, a film nie wniósł wiele fabularnie. Takie też były niemal wszystkie produkcje IV fazy, które już nam pokazały, że wewnątrz mocno wyeksploatowanej formuły kina superbohaterskiego spod szyldu Marvela, można wprowadzić coś nowego, świeżego, ale… tylko w ograniczonych ilościach. Wszystko musi być bowiem znane i bliskie widzowi przyzwyczajonemu do schematów.
Zachowawcza IV faza MCU
Decydenci MCU – wbrew zapewnieniom – są chyba przekonani, że ewolucja, a nie rewolucja gatunku, któremu niejako wyznaczają trend, jest niezbędna do tego, żeby bohaterowie ubrani w peleryny i trykoty wciąż zarabiali dla Myszki Mickey miliony $. Niewykorzystanych dotąd możliwości, co udowodnił chociażby sięgający do klimatu detektywistycznego noir doskonały The Batman Reevesa, jest całkiem mnóstwo, a gwarancja sukcesu i dochodu praktycznie pewna. Co zatem blokuje Kevina Feigego przed pójściem na całość? Otóż okazuje się, że całkiem sporo.
Eternals, Loki, Moon Knight, WandaVision, Shang-Chi i Legenda dziesięciu pierścieni, She-Hulk czy Ms. Marvel to produkcje wyznaczające ciekawy trend, w kierunku którego może podążyć uniwersum MCU, ale też i całe kino superhero.
Korzystały bowiem z dóbr kultur Dalekiego Wschodu czy Egiptu, bawiły się zgrabnie z pętlą czasu czy nowymi w uniwersum tropami mitologicznymi, ale też starały się wprowadzić elementy kina gatunkowego – dramatu psychologicznego, kina sztuk walki, sticomu, teenage dramy czy nawet epickiego dramatu historycznego. Jesteśmy w momencie subtelnej dekonstrukcji i redefinicji gatunku. Trzeba jednak zaznaczyć, że oprócz filmu Chloé Zhao były to wciąż… bardzo zachowawcze próby. O wiele odważniejsze zjawiska dzieją się w świecie seriali Amazona czy nawet… produkcji tak zgrzytającego w posadach DC –
DCU vs MCU – let them fight!
Z niedawnych zapowiedzi Jamesa Gunna wynika też, że na samo DC istnieje w miarę konkretny plan, widać w nim jakiś kierunek. Nie musi się on do końca wszystkim podobać, ale jest widoczny. W MCU są to tylko próby, gdzie dominantą kompozycyjną i strukturalną są te same zabiegi i mechanizmy, które przynoszą sukcesy od lat. Ba! Widzowie dali Myszce Mickey i Kevinowi Feigemu jasno do zrozumienia, że wciąż wolą dobrze im znane melodie, bo przecież bank został rozbity przez film będący definicją i uosobieniem opartego na nostalgii, pełnego fan serwisu Spider-Man: Bez drogi do domu. Zupełnie po drugiej stronie znalazł się najodważniejszy i najambitniejszy film superbohaterski MCU od lat, czyli Eternals. Na wielu portalach filmowych (chociażby RT, IMDb) jest najmniej docenianą i jednocześnie najbardziej krytykowaną przez widzów produkcją, jaka wyszła ze stajni MCU. Zupełnie niesprawiedliwie, nawiasem mówiąc. Tutaj dochodzimy jednak do kwestii najciekawszej – nawet dosyć mocno krytykowany film Chloé Zhao zarobił swoje absolutne minimum i spłacił się Disneyowi z nawiązką.
Był przy tym polem eksperymentalnym, ciekawą lekcją i nauczką dla Kevina Feigego i spółki, którzy dostrzegli, że na pewne rzeczy widzowie nie są jeszcze gotowi, że nie jest potrzebna drastyczna rewolucja, a raczej stopniowa ewolucja gatunku. Dlatego w drugiej połowie IV Fazy widoczne było zjawisko, jakby twórcy bardzo usilnie chcieli pokazywać dystans do swoich poprzednich bohaterów; odbrązawiali postacie Hulka czy Thora, aby wprowadzić te nowe. Ciekawie rozwinięci zostali tylko ci drugoplanowi – Hawkeye, Bucky i Falcon. Jednak poziom ich seriali był, zwłaszcza w finale, średni. Z drugiej strony twórcy fundowali widzom też takie produkcje jak Może po kiepsko przyjętej, ale odważnej
Multiwersum mieszanych emocji
Najlepszym przykładem takiej bezpiecznej drogi, będącej syntezą IV fazy, jest nowy film o Doktorze Strange’u. Wielu widzów pokładało nadzieję, że wprowadzi on na scenę elementy gatunku, którego dotąd w MCU nie było – horroru. Ta nadzieja miała bowiem całkiem logiczne podwaliny. Punktem wyjścia są, rzecz jasna, komiksy. Te mocno wyróżniały się na tle tradycyjnych historii superbohaterskich. Posiadały element fantasy, magii, ale też przede wszystkim tajemniczości, psychodeliki, oniryzmu i… grozy.
Zwłaszcza późniejsze i te współczesne zeszyty o magu z serii Były też przesłanki takie jak serial animowany Najlepsza jest jednak w tych momentach, kiedy pokazuje coś nowego i autentycznie chce czerpać z dorobku horroru. Jednak takie
If you travel to the past, that past becomes your future
Uniwersum filmowe Marvela, wbrew zaznaczonemu eksperymentowaniu w IV fazie, czerpało już w tych poprzednich z kina gatunkowego. Pozostawało jednak spójne i wierne swojej własnej, bardzo charakterystycznej formule (połączenia patosu z humorem), która od 2008 dawała gigantyczne dochody i zbudowała wręcz bezdenną miłość widzów. Każda formuła, co widać na przykładzie historii westernu, ma swój czas i się wyczerpuje. Oprócz tak superbohaterskich karnawałów, jakimi byli np. pierwsi Avengersi, wiele solowych historii kolejno wprowadzanych do MCU bohaterów miało jednak swój własny gatunkowy sznyt.
Czasem tylko ledwie dostrzegalny, a kiedy indziej dosyć mocno zauważalny. Zwłaszcza w drugiej fazie wraz z pojawieniem się takich produkcji jak Całkiem odważnie; nie dziwota, że film… nie został uznany za sukces. Był jednak szalenie istotnym elementem planu Feigego na całe uniwersum. Można go było „poświęcić” kosztem większego celu. Tutaj wprowadzono bohatera, który poza fanom komiksów, nie był tak bardzo znany widzom i popkulturze. Ba! Był to raczej powszechnie obśmiewany heros, co postanowił… wykorzystać twórca filmu: Peyton Reed. Dlatego
Natomiast gigantycznym już skokiem w kierunku Nowego byli wspomniani Strażnicy Galaktyki i Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz. To jedne z najlepszych produkcji w historii uniwersum, które śmiało sięgnęły do ogromnego zasobu gatunków kinematografii – Kina Nowej Przygody i szpiegowskiego akcyjniaka. To produkcje, które stoją na własnych nogach i świetnie się bronią jako autonomiczne dzieła. Nawet w oderwaniu od MCU.
Zwłaszcza przygody Petera Quilla poprowadzone przez genialnego Jamesa Gunna stały się nie tyle furtką, ile gigantyczną bramą do kolejnych odważnych prób z formą i ewolucją superbohaterów. Obydwa filmy odniosły spektakularny sukces artystyczny i finansowy i dały do myślenia decydentom Disneya, którzy dali zielone światło na nowe eksperymenty.
Feminizm, rewizjonizm superbohaterski i… arogancki czarodziej
Stąd w 3 fazie śmiało wprowadzono filmy, które miały nieść kolejne gatunkowe puzzle, ale także elementy będące komentarzem społecznym. Dlatego tuż przed Infinity War mamy filmy poruszające m.in. problematykę mniejszościową, równouprawnieniową. Amerykańskie kino lubi się rozliczać ze swoimi narodowymi grzechami (wystarczy wspomnieć western rewizjonistyczny z przełomu lat 80. i 90.), nie jest to zatem novum.
W kinie superbohaterskim będącym najpopularniejszym gatunkiem w kinie XXI wieku jednak jak najbardziej. Stąd na scenie pojawiły się Gdzieś w międzyczasie wprowadzono też niejakiego doktora Stevena Strange’a, który przyniósł do uniwersum coś, czego wcześniej nie było – fantastykę i baśniowość ubraną w superbohaterski anturaż i znajome widzom schematy. O ile film ten nie osiągnął dla studia satysfakcjonujących wyników finansowych, o tyle stał się szalenie istotnym elementem uniwersum, wyznacznikiem kierunku i kolejnym dowodem możliwości wykorzystania kina gatunkowego. To na postaci Strange’a oparte są obecnie największe wydarzenia i punkty zwrotne całego uniwersum – odkrycie sposobu na pokonanie Thanosa w To spadkobierca Tony’ego Starka, a przy tym postać dająca o wiele większy wachlarz estetycznych i formalnych możliwości niż Iron Man. Dlatego mocno zdziwiło mnie to, że najnowszy film o magu stał się bardziej przyczynkiem do wprowadzenia Americi Chavez, eksplorowania wielkiego potencjału Wandy Maximoff podbijanej talentem aktorskim Elizabeth Olsen, ale nie dodał zbyt wiele w kwestii działania samego multiwersum.
Multiwersum bezpieczeństwa
Nie spodziewałem się po Doktorze Strange’u w multiwersum obłędu przewrotu gatunkowego. Uważałem, że będzie to raczej popis możliwości, jakie posiada MCU, które nie jest skrępowane strachem, żadnymi granicami oprócz jednej – zaspokojenia potrzeb widzów. Rozczarowałem się jednak na poziomie samej historii, z której już niewiele pamiętam. Dlatego ten jeden film jest największą syntezą całej bolączki IV Fazy. Umiejętne sięgnięcie do materiału źródłowego i wykorzystanie elementów horroru jest możliwe, ale stało się tylko jednym z kilku elementów układanki. Może to był tylko kolejny test na to, czy w kategorii PG-13 widzowie kupią konwencję grozy, czy też to będzie za dużo? Struktura filmów Marvela jest bardzo charakterystyczna, posiada nieodzowne elementy, których fani oczekują.
Humor jest jednym z najistotniejszych. Czy horror pozwala na jego dużą dawkę? Uważam, że wbrew pozorom tak. Postać Strange’a, jego arogancja, pewność siebie i sarkastyczno-ironiczne poczucie humoru to coś, co ujęło fandom już od pierwszego filmu. Nie widzę też przeszkód w przyjęciu samego kina grozy, jako części składowej uniwersum. Współczesna młodzież uwielbia horror, a ona jest dosyć dużym targetem Kevina Feigego i spółki. Stąd też powstała Horror to dla młodych widzów taki zakazany owoc, który rozpala wyobraźnię, jest formą buntu i przyciąga ich jak magnes. Zwłaszcza gdy krótkie internetowe historie, takie jak np. creepypasty w stylu Czyżby Kevin Feige, a także Sam Raimi i spółka po sukcesie nowego
