Publicystyka filmowa
CENZURA W KINIE. Przykłady filmowych inwigilacji
CENZURA W KINIE to fascynująca podróż przez mroczne zakamarki filmowej inwigilacji, gdzie sztuka spotyka się z ograniczeniami.
I wziął ten sekator, i ciach, ciach, ciach!
Ten cytat z Jak rozpętałem II wojnę światową nie oddaje być może w pełni natury cenzury (nie tylko) filmowej, lecz doskonale ją podsumowuje. Jej przeznaczenie jest zresztą podobne do przytoczonych wyżej słów – to zasłona dymna, pojawiające się znikąd narzędzie służące dywersji, tylko chwilowo przynoszącej spokój ducha. I tak jak sięgającym po sekator polskim jeńcom wojennym, tak i cenzorom przyświeca niejako wyższy cel. O ile jednak ci pierwsi są absolutnie usprawiedliwieni w oszukiwaniu własnego rodaka, tak ci drudzy zwyczajnie podcinają sztuce skrzydła, rzucając jej twórcom dodatkowe kłody pod nogi, wypaczając ich wizje – często bez ich wiedzy – i niestety również sedno filmów.
Krótka historia hamowania dziesiątej muzy
W tym roku mija dokładnie sto pięć lat, odkąd utworzono sławetne BBFC, czyli brytyjską organizację odpowiedzialną za klasyfikację oraz cenzurę ruchomych obrazów (a z czasem także gier i innych mediów trafiających do rąk obywateli). Anglicy nie byli co prawda pierwsi w swoich zapędach – w USA pierwszy „akt” cenzorski dokonał się równo sto dwadzieścia lat temu – ale to w końcu ich porażające czerwienią znaczki „15” i, przede wszystkim, „18”, stały się symbolami współczesnej inwigilacji kina (miejsce trzecie wciąż dumnie okupuje słynne X).
Jak na ironię, czy też raczej zgodnie z prawami natury, działają one na młodzież, którą w zamierzeniu mają wszak chronić przed degrengoladą, niczym płachta na byka – to właśnie pudełka i plakaty filmowe pokryte tymi ikonkami zawsze będą się cieszyć największą popularnością za plecami rodziców. Co nie zmienia faktu, że dalej przypominają one znakowanie bydła. Co gorsza, pomimo tych ostrzeżeń zdarza się, iż dystrybutor oddaje w ręce klienta produkt niekompletny, pociachany niczym prostytutka za czasów Kuby Rozpruwacza – taki motyw praktykowany był przez bardzo długi czas względem DVD zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich.

Brytyjskie BBFC i jej logo z kategoriami wiekowymi
Wracając do Stanów, to oczywiście najsłynniejszym okresem badania filmów względem ich przydatności do spożycia pozostają trzy dekady spędzone przez jankesów pod pręgierzem Kodeksu Haysa (1934–1968). Za jego „zaaplikowanie” kinu odpowiadał Joseph Breen, działający pod nadzorem polityka Williama Harrisona Haysa (który zmarł w 1954 roku). Razem stworzyli niezwykle restrykcyjny, konserwatywny system oceny filmów, którego nie powstydziłyby się siostry karmelitanki. Przywoływać wszystkich regułek nie ma nawet sensu. Dość napisać, że najsłynniejsza kwestia z Przeminęło z wiatrem („Frankly, my dear, I don’t give a damn”) o mało nie padła ich łupem. Począwszy od Miłości Tarzana, z którego wycięto krągłości Maureen O’Sullivan, a na zbanowaniu szwedzkiego Jestem ciekawa – w kolorze żółtym skończywszy, Kodeks Haysa wyznaczał rytm filmowego życia Amerykanów, którzy wcześniej mieli jedynie ściągawkę w postaci listy tematów drażliwych podzielonej na proste: „Nie” oraz „Ostrożnie”.
Potem ochroną moralności zajęło się działające od 1922 roku MPAA (Motion Picture Association of America), w którego mający swoje korzenie w latach osiemdziesiątych twór o nazwie PG-13 wszyscy wpatrzeni są dziś niczym w obrazek Jezuska (notabene taki obrót sprawy to wina dystrybutorów i kiniarzy, gdyż za certyfikatami nie stoi żadne konkretne prawo i są to jedynie wyznaczniki, a nie Biblia, której koniecznie trzeba przestrzegać). Poza tym na terytoriach USA można natrafić na różnorakie organizacje (nie tylko) chrześcijańskie, które tną filmy na potęgę wedle uznania – wystarczy jedno słowo lub gest, żeby pół metra taśmy poszło do kosza wraz z całym kontekstem danej sceny.
Ot, XXI wiek w całej okazałości. Rzecz jasna główną ofiarą cenzorskich nożyc dalej padają przede wszystkim trzy tematy: polityka, seks, religia. Jeśli zatem jakiś film dotyka którejś z tych spraw tudzież uderza bezpośrednio w rząd danego kraju, kłopoty ma jak w banku.

Logo amerykańskiego MPAA
Nad Wisłą znamy to zresztą z autopsji aż za dobrze. Filmy Wajdy, Żuławskiego, Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego, czekający na swoją premierę aż trzydzieści siedem lat Kwiat paproci Jacka Butrymowicza czy też Łowca jeleni, który do naszych kin oficjalnie trafił dopiero po roku 1990 – to tylko kilka z wielu przykładów ingerencji komunistycznej władzy w kulturę spod znaku celuloidu.
Co ciekawe, po zmianie ustroju Polska stała się jednym z nielicznych krajów na kuli ziemskiej, w których nie obowiązują jednoznaczne, restrykcyjnie przestrzegane ograniczenia wiekowe oraz cenzura (o to, co wolno, a czego nie wolno oglądać/wystawiać/mówić, dbają wychodzące na ulice tłumy…). Były co prawda po drodze eksperymenty z telewizyjnymi oznaczeniami (żółte trójkąty bermudzkie, takie tam…), ale szybko spaliły na panewce. Uff…
10 i ½ przykładów filmowych inwigilacji
Blaszany bębenek
Film Volkera Schlöndorffa na motywach powieści Güntera Grassa to wojenna koprodukcja, w której uczestniczyli także Polacy (Daniel Olbrychski gra jedną z głównych ról). Film zdobył Złotą Palmę w Cannes i był nominowany do Oscara, ale nie przeszkodziło mu to wywołać trzęsienia ziemi w niektórych środowiskach.
Wszystko za sprawą scen seksualnych z udziałem „nieletnich”. Grający jedenastolatka David Bennent (mający naprawdę szesnaście lat) zalicza dość odważne sceny z ekranową szesnastolatką Kathariną Thalbach (dwadzieścia cztery lata w rzeczywistości).
W Kanadzie dopatrzono się w tym dziecięcej pornografii i filmu zakazano. Podobnie stało się w Oklahomie, gdzie w latach dziewięćdziesiątych doszło nawet do konfiskaty wszystkich istniejących kopii. Sprawa trafiła ostatecznie do sądu i posłużyła za temat dokumentu Banned in Oklahoma, który po wyjaśnieniu problemu stał się… dodatkiem do wydania DVD Blaszanego bębenka. Satysfakcja Schlöndorffa musiała być podwójna w tym wypadku.
Człowiek z blizną (1932)
Legendarny gangsterski dramat, który z czasem przysłonił remake Briana De Palmy z lat osiemdziesiątych, to jeden z najsłynniejszych przykładów na cenzorski ból dupy. Obecnie co prawda jego fabuła i rzeczy dziejące się na ekranie nie wzruszą nawet fanów Teletubisiów, ale w czasach premiery ludzie Haysa, jeszcze przed zaaplikowaniem sławetnego Kodu, mieli nie lada problem.
Zwłaszcza z krwawym zakończeniem, które polecono ich twórcom, dwóm Howardom – Hawksowi i Hughesowi – zmienić jeszcze przed wejściem na plan. Hughes miał wtedy powiedzieć Hawksowi, żeby ten „walił biuro Haysa” i nakręcił wszystko na tyle realistycznie i przerażająco, na ile to możliwe. Jak nietrudno się domyślić, gotowy materiał został skierowany ponownie do montażowni, gdzie wiele scen zmodyfikowano, a kilka wycięto.
Zmieniono również rzeczone zakończenie – oryginalnie tytułowy antybohater ucieka i dopiero potem ginie; w wersji alternatywnej skruszony oddaje się w ręce policji i skazują go na stryczek (co odbywa się już poza kadrem). Oba warianty zostały i tak odrzucone przez szacowne gremium, więc Hughes się wkurzył i wypuścił pierwotny pomysł w tych najmniej restrykcyjnych stanach, uzupełniając całość odpowiednim prologiem wyjaśniającym zamysł twórczy. Próbował też pozwać cenzorów oraz zmienić tytuł filmu na samo Blizna, bo ten oficjalny oczywiście nie przypadł do gustu Haysowi i spółce.
Co ciekawe, z uwagi na liczne wykorzystanie w filmie Hawksa motywu X pojawiły się plotki, jakoby późniejsza kategoria wiekowa o tym samym wizerunku miała swoje korzenie właśnie w niechęci cenzorów do Człowieka z blizną. To jednak nieprawda, podobnie jak nieprawdą jest doszukiwanie się genezy iksów w filmach pornograficznych, które zalały rynek w latach siedemdziesiątych (początek kategorii X datuje się na 1968 rok, a jednym z pierwszych filmów nią naznaczonych był… Nocny kowboj Johna Schlesingera).
Diabły
Pochodzący z 1971 roku film Kena Russella uderzał bezpośrednio w kościół i wiarę, zatem nic dziwnego, że szybko sam stał się ofiarą ataków. Dość napisać, że pierwotnie dzierżył przywołaną wyżej kategorię X – i to już po cięciach dokonanych przez samego reżysera. Następnie został zakazany, a po latach, gdy wypuszczono go w odrestaurowanej formie na rynek domowy, okazało się, że części z najbardziej kontrowersyjnego materiału nie udało się odnaleźć.
Mimo przywrócenia im należnego szacunku, Diabły nadal pozostają więc niekompletne. I nie przestają budzić sprzeciwu. Więcej o filmie i jego statusie TUTAJ.
Egzorcysta
Kolejne dzieło, które bierze na tapet kościół katolicki oraz prawdziwe wydarzenia z jego przeszłości. Burza w szklance wody gotowa. I rzeczywiście, sami krytycy byli po premierze mocno zmieszani tym, co obejrzeli – niektórzy pisali nawet o „religijnym pornosie”. Roger Ebert był zresztą mocno zdziwiony, że film otrzymał R-kę, a nie kategorię X.
W kinach do biletów dodawano papierowe torebki na wymioty, podczas gdy w kuluarach czekali gotowi do akcji sanitariusze. Z kolei gwiazda produkcji, Linda Blair, otrzymywała pogróżki śmierci od religijnych ugrupowań z całego świata. Tę listę można ciągnąć… A co na to cenzura?
Na Bliskim Wschodzie wiele krajów zakazało wyświetlania filmu. W Irlandii wycięto sceny seksu i profanacji. W UK kasety wideo z tym tytułem wycofano z obiegu na ponad dekadę, a liczne wersje telewizyjne na całym świecie były odpowiednio tonowane, w tym część przez samego reżysera, Williama Friedkina. Twórca wyciął także tuż przed premierą kinową słynną scenę „na pająka”, którą przywrócono na jednej z późniejszych wersji DVD – tych jest jednak bez liku i bardzo dużo z nich wciąż pozostaje wybrakowanych. Masowo wycofywano z kin już zresztą zwiastuny rzeczonego dzieła, gdyż były „zbyt przerażające”.
Inna sprawa, że niezwykły sukces komercyjno-artystyczny Egzorcysty (pierwszy horror nominowany do Oscara dla najlepszego filmu) wydatnie przysłonił jego początkowe problemy.
Ekstaza
Ta czechosłowacka produkcja zapewne przepadłaby w odmętach czasu, gdyby nie ponętne ciało Hedy Lamarr. Austriacka aktorka, jako jedna z pierwszych w historii, pokazuje się tutaj w pełnej krasie, a towarzyszy jej również jeden z pierwszych na dużym ekranie stosunków seksualnych, dodatkowo zwieńczony zwycięskim orgazmem. I chociaż twórcy nie poszli full pro i wszystko oddają odpowiednie grymasy na twarzach postaci, to w czasach chylącej się ku upadkowi prohibicji tyle wystarczyło.
Nakręcony w trzech wersjach językowych romans – czeskiej, niemieckiej i francuskiej – pierwotnie miał swoją premierę w styczniu 1933 roku, ale za zachodnią granicą doczekał się jej dopiero po dwóch latach i w dodatku pod innym, jakże „bezpiecznym” tytułem Symfonia miłości.
Za oceanem było jeszcze gorzej. Biuro Haysa nazwało film „niebezpiecznie nieprzyzwoitym” i dopiero w 1940 roku pozwoliło na ograniczoną dystrybucję, która odbyła się i tak głównie w niezależnych, arthouse’owych przybytkach, poza oczami młodych niewinnych. Niektóre ze stanów co prawda dopuściły Ekstazę do oficjalnego obiegu, ale po licznych cięciach wiadomych scen. Większość jednak zakazała filmu bez patrzenia na nie. Dodatkowo dziełu nie pomagał fakt, że mąż Lamarr próbował samoistnie zablokować jej śmiałe występy, wykupując wszystkie dostępne kopie. Pomimo faktu wydania na ten czyn aż dwieście osiemdziesiąt tysięcy dolarów (dzisiejsze pięć milionów i osiemnaście tysięcy!) nie tylko nie udało mu się tego dokonać, ale też stracił przez to swoją miłość – Lamarr uciekła przed nim wpierw do Paryża, a potem do Hollywood, gdzie bez większych przeszkód zrobiła karierę.
Kto się boi Virginii Woolf?
Cenzorzy, cenzorzy boją się Virginii Woolf – tak w skrócie można odpowiedzieć na zadane w tytule pytanie. Film pokazujący prawdziwe oblicza wielu amerykańskich (i nie tylko) rodzin oraz związków sporo namieszał w obyczajowości lat sześćdziesiątych, które dotychczas przedstawiały te „instytucje” jako wzór cnot wszelakich i model do naśladowania.
O tym, jakim dynamitem była produkcja Warner Bros. – swoją drogą nie pierwszy i nie ostatni raz na liście, co dobitnie pokazuje, że ci ludzie po prostu nie sprawdzają odgórnie swoich inwestycji – świadczy chociażby fakt, iż po pokazie próbnym dla producentów, jeden z nich wykrzyknął ponoć:
„Mój Boże! Mamy w naszych rękach siedem baniek brudnych pieniędzy!”
Problem okazał się tym większy, że w momencie planowanej premiery Kodeks Haysa odchodził właśnie do lamusa. MPAA nie miało pojęcia, jak rozwiązać sytuację, czego rezultatem dobrowolne wycięcie przez studio części padających z ekranu wulgaryzmów oraz dodana do kopii filmu i puszczana przed jego zapowiedziami notka ostrzegająca publiczność przed zawartością.
Mało tego, wszystkie kina, które zgodziły się wyświetlać tę adaptację sztuki Edwarda Albee, zmuszone zostały do podpisania specjalnej klauzuli, która pod groźbą kary zabraniała wpuszczania na seans osób poniżej osiemnastego roku życia bez towarzystwa dorosłych. Generalnie uważa się, że to właśnie ten tytuł, wespół z pochodzącym z tego samego roku Powiększeniem Michelangelo Antonioniego, przyczynił się do powstania amerykańskiego systemu ocen, jaki – z większymi i mniejszymi zmianami – obowiązuje do dziś.
Mechaniczna pomarańcza
„Genialna i niebezpieczna praca, ale niebezpieczna w sposób, w jaki genialne rzeczy czasem są”.
Tak o filmie Stanleya Kubricka napisał jeden z krytyków tuż po premierze. Był to jednak jeden z nielicznych głosów zachwytu, a sam film, cóż… dostał się na cenzurowane. W ojczyźnie reżysera – Ameryce – z Kubrickiem się nie cackano i od razu przyznano Pomarańczy kategorię X. Dopiero rok później, po ingerencji w materiał samego reżysera, zdecydowano się na wypuszczenie produkcji pod sympatyczniejszą literką R. Potem na domowym rynku były przez lata problemy z połapaniem się, która jest która.
Natomiast tamtejsze stowarzyszenie katolickie, o jakże lotnym skrócie USCCB, ochrzciło dzieło znaczkiem C, czyli potępionym dla owieczek bożych. Wszystko przez wyjątkowo duże stężenie przemocy i seksualnych akcentów na centymetr taśmy.
Jeszcze ciekawiej sprawa wyglądała w Wielkiej Brytanii, gdzie początkowo można było oglądać film w jego pierwotnej wersji, lecz bardzo szybko wycofano go z dystrybucji na prośbę samego Kubricka. Powód? Wstrząsające krajem morderstwa, które w jakiś dziwny sposób łączono z wpływem filmu (na który zwalono także wszelakie powiązania ze starszą o blisko dziesięć lat powieścią Anthony’ego Burgessa, na kanwie której powstał, mocno łagodząc w dodatku pewne wątki w niej opisane). Co gorsza rodzina Kubricka zaczęła otrzymywać groźby śmierci, a przed ich domem często zbierali się protestujący.
Przez kolejne trzy dekady – aż do zgonu twórcy – Mechaniczna pomarańcza była zatem praktycznie niedostępna na Wyspach, a wszelkie próby jej nielegalnego wyświetlania kończyły się z reguły w sądzie. Jakby tego było mało, w Brazylii wycięto wszystkie sceny odnoszące się do religii, a Japończycy każdą scenę seksualną… zamazali. Można i tak.
Ostatni dom po lewej
Chodzi oczywiście o oryginalny film Wesa Cravena z 1972 roku – zdecydowanie zbyt krwawy jak na swoje czasy, o czym świadczy chociażby fakt, że w Anglii… odmówiono nadania mu odpowiedniego certyfikatu. W kraju tym dopiero na kasetach wideo można było zatem obejrzeć daną produkcję – a przynajmniej do 1984 roku, czyli do momentu wprowadzenia ustawy o zapisie wideo i stworzenia tak zwanej listy video nasty, czyli tytułów na tyle nieprzyzwoitych, iż nie posiadających regulacji ograniczeń wiekowych, za sprzedaż bądź dystrybucję których można było pociągnąć do karnej odpowiedzialności.
Cyrk z Ostatnim domem po lewej kręcił się tam jeszcze długo, a krytycy i firmy producencie niejednokrotnie stykały się z BBFC w sądzie. Dopiero po roku 2000 udało się oficjalnie wypuścić film na ichni rynek – a i to kosztem wycięcia trzydziestu jeden sekund materiału, który ostatecznie wylądował w roli dodatku na jednym z wydań DVD.
Jeszcze lepiej było w Australii, gdzie w ogóle nie zdecydowano się nawet przystąpić do próby oceny. Nie pomógł nawet podstęp zgłoszenia filmu do wglądu pod innym tytułem – Krug i spółka – który po prostu zbanowano przez wzgląd na przemoc i seks (same old, same old…). Nic dziwnego zatem, że zanim doszło do pojednania cenzorów z filmem Cravena w 2004 roku, Ostatni dom… próbowano niejednokrotnie przemycić na Antypody.
Z kolei w Niemczech z półtoragodzinnego materiału spreparowano wersję trwającą zaledwie sześćdziesiąt cztery minuty. Generalnie w ogóle jest to jeden z tych tytułów, które miały pod górkę niemal w każdym kraju na świecie. Gdzieniegdzie dochodziło wręcz do kinooperatorskich samowolek z wycinaniem klatek tuż przed seansem, podczas gdy w innych miejscach kopie wykradano i palono, co zaowocowało tym, że jego kompletna wersja nie przetrwała do czasów obecnych. Najpełniejsze dostępne trwają maksymalnie osiemdziesiąt cztery minuty. Dość bolesne jak na debiut zmarłego niedawno twórcy.
Salò, czyli 120 dni Sodomy
Nie gorzej ma się sprawa z ostatnim filmem Piera Paolo Pasoliniego. To pozycja, którą zdecydowanie wyprzedza reputacja, często składająca się z nieprawdziwych plotek – nawet przeciętny obywatel słyszał o tym tytule, choć rzadko który miał okazję go oglądać. I nic dziwnego, wszak faszystowskie eksperymenty na młodych ludziach, wśród których wymienić można nie tylko seksualne dewiacje, ale też między innymi zjadanie fekaliów, nie brzmią specjalnie rozrywkowo (więcej o artystycznej wartości filmu TUTAJ).
Zresztą Salò już w trakcie zdjęć miało swoje problemy, zwieńczone ostatecznie tragicznym morderstwem reżysera. Drażliwy temat i niełatwa w odbiorze, szczątkowa fabuła dopełniły jedynie obrazu projektu, który do dziś pozostaje zabroniony w niektórych krajach. Sporo kontrowersji wzbudziła zwłaszcza młodociana obsada, wyglądająca mocno poniżej dopuszczalnego wieku, ergo budząca wiadome skojarzenia wykorzystywania wbrew woli.
Te i wiele innych powodów sprawiły, że Salò często otrzymywało tak zwanego bana niejako z obowiązku (gdyby film był człowiekiem, można by było napisać, że „za twarz”). W Wielkiej Brytanii dwukrotnie podchodzono do próby nadania mu wiekowego certyfikatu, ostatecznie dopuszczając do oficjalnej dystrybucji dopiero po dwudziestu pięciu latach od premiery (w trakcie których policja miała trochę roboty w nielegalnymi kopiami). W Australii okres ten trwał lat siedemnaście, po czym zdecydowano się na ponowne wstrzymanie obiegu, a potem… na kolejne. Pierwsze wypuszczone na tamtejszym rynku wydania DVD zostały natomiast zmodyfikowane. A w starym dobrym USA – poza oficjalną linią obrony złożoną z uznanych artystów – dochodziło nawet do aresztowań osób rozprowadzających film pod zarzutem… sutenerstwa.
Srpski film
Serbski horror? Czemu nie, pod warunkiem, że nie reżyseruje Srđan Spasojevic. To właśnie jego film w filmie, czyli opowieść o gwiazdorze porno, który nieświadomie bierze udział w projekcie z gatunku snuff (sic!), został jednym z najbardziej kontrowersyjnych tytułów w historii dziesiątej muzy. Hiszpania, Niemcy, Nowa Zelandia, Norwegia, Australia, Malezja, Singapur.
.. – w tych krajach jest oficjalnie zakazanym owocem, a jeśli już można go dostać, to pod mocno okrojoną postacią. W wielu pozostałych egzystuje głównie na zasadzie festiwalowego obiegu, czyli pojedynczych kopii dla wybranej publiczności.
Zresztą nawet tam potrafi „wpaść”, czego dowodem wycofanie go z londyńskiego festiwalu kina grozy FrightFest w 2010 roku. W samej Wielkiej Brytanii do regularnej dystrybucji co prawda doszło, ale dopiero po wycięciu ponad czterech minut najbardziej rażących scen, co tym samym czyni Srpski film drugim najbardziej pociętym filmem w tym kraju (miejsce pierwsze okupuje indyjskie Nammavar, z którego usunięto ponad pięć minut materiału).
W USA film otrzymał z kolei niechlubną kategorię NC-17 oraz limitowaną liczbę kopii po tym, jak ze stu czterech minut wycięto jedną. A gdy przyszedł czas na rozpowszechnianie za pomocą streamingu, to Netflix odmówił umieszczenia go w swojej ofercie bez podania przyczyny. Z kolei w ojczyźnie reżysera doszło nawet do śledztwa sprawdzającego autentyczność zarejestrowanych na taśmie wydarzeń. Ostatecznie okazały się one fikcją, a naturę filmu twórcy tłumaczyli „stanem, w jakim znajduje się obecnie Serbia”. Nie pomogło – krytyka okazała się miażdżąca.
Teksańska masakra piłą mechaniczną
Raz jeszcze chodzi o oryginał, któremu remake nie dorównał ani jakością, ani tym bardziej sławą – tradycyjnie tą złą. Jak inaczej nazwać opóźnioną o blisko rok premierę w Stanach Zjednoczonych oraz tymczasowe zakazy w tak różnych miejscach jak Brazylia, Chile, Finlandia, Francja, Islandia, Irlandia, Norwegia, Singapur, Szwecja czy dawne RFN?
Chociaż fałszywe doniesienia, jakoby Tobe Hooper zarejestrował prawdziwą historię, napędziły do kin tłumy, cenzorzy nie byli przychylni tej krwawej łaźni rozgrywającej się na głębokim południu USA. Początkowo przyznali mu zatem kategorię X, którą zmieniono na R-kę po tym, jak pod waszyngtońskim tasakiem zginęło kilka minut filmu. Jeśli wierzyć miejskim legendom, dystrybutor wypiął się na MPAA i pokazał pod tym samym znaczkiem pełny materiał. Być może dlatego w kinach w San Francisco publiczność dosłownie wychodziła z pokazów zniesmaczona.
W Kanadzie natomiast policja mocno naciskała na kiniarzy, aby wycofali film z repertuaru, jeśli nie chcą być postawieni przed sądem za obrazę moralności. Jeszcze śmieszniej było w Królestwie Brytyjskim, gdzie największe obiekcje cenzura miała ponoć do… tytułu. Ale nie tylko, czego dowodem przyznanie mu oficjalnego papierka i znaczka „18” w… 1998 roku, czyli dwadzieścia cztery lata po premierze.
Nieco wcześniej, bo w 1984 roku, udało się „przepchnąć” film w Australii, ale dopiero po trzech innych próbach prezentujących różne wersje montażowe „gotowego” dzieła. Dziś Teksańska i tak dalej… zaliczana jest do klasyki gatunku i dumnie dzierży kilka tytułów „naj”, wśród których znajduje się również ten dla najbardziej kontrowersyjnego tytułu grozy. W końcu – jak napisał Roger Ebert w swojej recenzji – spełnia on wszystkie obietnice drzemiące w nazwie.
Te filmy to i tak jedynie wierzchołek góry lodowej, o której eksploracji można by było napisać książkę, a nawet dwie. Niech jednak stanowią dowód na zdradliwe efekty dobrych chęci – a tymi, jak wiemy, wybrukowane jest piekło…
korekta: Kornelia Farynowska

