Connect with us

Publicystyka filmowa

Blockbustery, które NIE DOCZEKAŁY się SEQUELA. A powinny…

BLOCKBUSTERY, KTÓRE NIE DOCZEKAŁY SIĘ SEQUELA to zaskakująca podróż przez hity, które zasługują na kontynuacje, ale ich brak to prawdziwy grzech.

Published

on

Blockbustery, które NIE DOCZEKAŁY się SEQUELA. A powinny...

Przy obecnym napływie superbohaterów, którzy idą w długotrwałe cykle, oraz całej litanii kolejnych części wielkich sag, tak zwane jednostrzałowce za grubą kasę wydają się gatunkiem na wymarciu. A jednak nie brakuje hitów box office’u pozbawionych kontynuacji. Część z nich to historie na tyle zamknięte, że potencjalny sequel wydaje się wręcz abominacją. Ale są też takie tytuły, gdzie brak kolejnych części jest prawdziwym grzechem. Poniżej wybrane przykłady, do których śmiało możecie dodawać kolejne.

Dystrykt 9 (2009)

Jasne, film Neilla Blomkampa nie jest może typowym blockbusterem, lecz skromną produkcją (budżet wyniósł jedynie 30 milionów dolarów), która w dodatku nie pochodzi z Hollywood. Niemniej był to zaskakująco duży hit kinowy i z pewnością rozpalił wyobraźnię odnośnie kontynuacji. Wyraźnie sugeruje ją zresztą zakończenie. Sequel jednak do dziś nie powstał, zapewne ku niezadowoleniu samego twórcy, który bez sukcesów rozbija się od lat po kątach. A Wikus dalej siedzi i czeka…

Advertisement

E.T. (1982)

To ciekawe, że w przypadku tego kanonicznego dzieła Stevena Spielberga rzadko kiedy wspomina się o budżecie, który był śmiesznie niski, bo wyniósł zaledwie nieco ponad 10 milionów zielonych. Dzisiaj nie starczyłoby to na jedną gażę, a mimo to przygody stworka okazały się kosmicznym wręcz przebojem.

W finale tegoż tytułowy stworek odlatuje, mówiąc, że zawsze pozostanie w naszych sercach i pamięci. Co nie zmienia faktu, iż mógłby (a przynajmniej mógł swego czasu, bo teraz to trochę za późno) wrócić w innej formie niż tandetne, bazujące na nostalgii reklamy i jeszcze gorsze wersje reżyserskie.

Advertisement

Goonies (1985)

Inna kultowa produkcja lat 80. kosztowała blisko dwa razy więcej i zarobiła niepomiernie mniej od poprzednika, ale nie zmienia to faktu, że była koncertowym przykładem dużej, popularnej letniej produkcji z potencjałem na dalszy ciąg. Już chociażby sam fakt, że dzieciaki żyłyby sobie razem ze Slothem, dawał multum ciekawych możliwości sequelowych (z których część przekuto na gry wideo).

Tymczasem nie wykorzystano ani jednego, jakby na przekór zasadom rządzącym Fabryką Snów. Co prawda jakiś czas temu pojawiły się plotki odnośnie Goonies 2, ale za wyjątkiem Sean Astina i Coreya Feldmana mało kto wydaje się być tym naprawdę zainteresowany po tylu latach od oryginału. Najwyraźniej Goonies 'rn’t Good Enough (Anymore).

Advertisement

Hancock (2008)

Will Smith bawiący się w pijanego superbohatera kosztował co prawda dobre 150 baniek, ale na spokojnie zarobił ich aż 630. Te finanse aż prosiły się o to, żeby je władować w drugą część. Chętni na taką byli wszyscy – od aktorów, przez reżysera, a na widzach skończywszy. Zwłaszcza przy ciągłym rozkwicie kina superhero. Plotki o kontynuacji krążą w kuluarach Fabryki Snów po dziś dzień, ale efektów nie widać. I nikt nie wie dlaczego. Może ekipa chce zawstydzić Jamesa Camerona i jego gang niebieskich?

Jeździec znikąd (2013)

Tutaj nie ma żadnych wątpliwości, czemu Disney nie pociągnął dalej przygód zamaskowanego kowboja. Na jego dziewiczej odsłonie stracił bowiem mnóstwo pieniędzy, gdyż budżet filmu był ogromny, a zarobki niskie. W dodatku była to druga nieudana próba wskrzeszenia popularnego niegdyś serialu na dużym ekranie – w latach 80. skończyło się podobną porażką. To oznacza, że w kinie przypuszczalnie nigdy nie ujrzymy już tego bohatera. Co nie znaczy, że twór Gore’a Verbinskiego nie zasługuje na kontynuację, bo jakkolwiek „oryginał” jest odrobinę przesadzony pod względem zawartości i wizualnych fajerwerków, to stanowi solidną rozrywkę dopiero wprowadzającą nas w dany świat, który można by było ciekawie rozwinąć. No cóż, może w następnym życiu.

Advertisement

Titanic (1997)

Nawet nie zamierzam udawać, że to coś więcej niż humorystyczny przerywnik. W jego trakcie warto sobie jednak zanucić My Heart Will Go On i walnąć jednego. A potem stanąć w oknie na taborecie, chwycić kota, rozłożyć mu przednie łapy i wymruczeć: „Jack, ja latam!”. Sąsiedzi już dzwonią po obrońców praw zwierząt i panów z kaftanami. ..

P.S. W sumie Titanic 2 to byłby sztos, na który nawet bym się przeszedł do kina. Ale ciii!

Advertisement

John Carter (2012)

john-carter

Kolejna box office’owa bomba Myszki Miki – jedna z największych w ostatnich… w ogóle. Kosztujący 250 milionów amerykańskich dolarów film zarobił tak mało, że jeszcze długo producenci będą dostawać zgagi, słysząc jakąkolwiek konfigurację słów John i Carter. Zatem o sequelu można zapomnieć. Szkoda, bo wykreowany w wyobraźni Edgara Rice’a Burroughsa świat, który autor przekuł na 10 powieści, jest gotowym materiałem na sagę, która mogła by rywalizować z Gwiezdnymi wojnami.

Problem polega jednak na tym, że motywy z Johna Cartera (nie mylić z żoną Cartera), którego Hollywood przez dekady usiłowało skutecznie przenieść na duży ekran, zainspirowały nie tylko twór George’a Lucasa, ale również całe kino fantastyczne w ogóle. Stąd między innymi wynika klapa danego przedsięwzięcia – samego w sobie będącego sprawną, bardzo dobrze zrealizowaną przygodówką w kosmosie, o zakończeniu zwiastującym przynajmniej drugie tyle wrażeń. Nie tym razem.

Advertisement

Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń (2004)

Adaptacja serii książek młodzieżowych Daniela Handlera nie była jakimś gigantycznym hitem, bo przy 140 milionach budżetu zarobiła jedynie 210. Ale to był dobry start, a stojący za całym przedsięwzięciem Jim Carrey jedynym słusznym wyborem. Cykl liczy sobie aż 13 tomów, z których trzy przekuto na film.

Zatem było z czego robić kolejną „franczyzę”, na którą w duchu wszyscy liczyli. Do kontynuacji podchodzono zresztą nawet parę razy, zapowiadając między innymi animację poklatkową i nową formę wyrazu dla każdej kolejnej części. Na planach się jednak skończyło, a po latach Netflix przejął pałeczkę i zaczął przekuwać książki na serial z zupełnie innymi aktorami. Bywa i tak.

Advertisement

Prawdziwe kłamstwa (1994)

Camerona hicior lat 90. – nie pierwszy i nie ostatni – zarobił ponad dwukrotność swojego budżetu. Wtedy to wystarczyło i nawet jeśli dziś cyferki za nim stojące nie robią większego znaczenia, to duet Arnolda Schwarzeneggera i Jamie Lee Curtis był tak wybuchowy, a film tak dobry, że niektórzy o drugą część modlili się przez kilka następnych lat. I ta faktycznie prawie powstała. Napisano i zaakceptowano scenariusz, z którym po sukcesie Titanica reżyser mógł zrobić dosłownie wszystko, co chciał. Premierę zaplanowano na 2002 rok, czyli osiem lat po oryginale. Niestety w międzyczasie doszło do ataków 9/11 i filmowy terroryzm nagle trafił na cenzurowane, z dnia na dzień przestając być śmiesznym i rozrywkowym tematem dla kina akcji.

Zanim opadł kurz, Cameron zajął się kolejnymi projektami, a aktorzy zestarzeli na tyle, że kontynuacja przestała mieć sens. Wierzę jednak, że gdzieś w alternatywnym wymiarze doszło do premiery i sequel okazał się tak dobry, jak w moich snach.

Advertisement

Sky Kapitan i świat jutra (2004)

Ten nowatorski i mocno niedoceniony projekt powstał na początku stulecia za około 70 milionów dolarów (choć sami twórcy mówili potem, że mogliby spokojnie zmieścić się nawet w 20 lub mniej). Niestety nie trafił w swój czas i z kinowych kas nawet ta kwota się nie zwróciła, choć wszyscy mieli nadzieję, że stanie się hitem.

Nietypowa forma, po części inspirowana niemieckim ekspresjonizmem, oraz świat dieselpunku wydały się zbyt retro ówczesnej widowni, a krytycy byli podzieleni. Dopiero z czasem film zyskał na uznaniu, a jego styl i efekty odpowiednio docenione. Abstrahując jednak od wykonania, które szybko przytłoczyła popularność młodszego o rok Sin City i jego pochodnych, fabularnie jest to prosta, ale odpowiednio angażująca historyjka rodem z kina Nowej Przygody, z ciekawymi bohaterami, których spokojnie dało by się wrzucić w kolejne perypetie. I choć na razie panuje cisza w temacie, to wbrew pozorom jeszcze nie jest za późno, zatem kto wie. Ja tam trzymam kciuki.

Advertisement

Wanted – Ścigani (2008)

Ekranizacja limitowanej komiksowej serii od Top Cow zaowocowała zaginającym rzeczywistość, absurdalnym wręcz widowiskiem za skromne 75 milionów. Publiczność była hojna i dała mu zarobić ponad cztery razy tyle. Sequel byłby zatem murowanym hitem. Wskazanym o tyle, że w postaciach oraz przedstawionym na ekranie świecie drzemie duży potencjał na nieskrępowaną rozrywkę działającą na własnych zasadach, a fabuła jasno zostawia sobie otwartą furtkę na sequel.

Swego czasu zapowiadał go autor komiksu, Mark Millar, i potwierdziło studio. Ale po tym, jak w 2010 Angelina Jolie zrezygnowała z dalszego udziału w projekcie, wszystko jakby rozeszło się po kościach, a każda z zainteresowanych osób zajęła czym innym. Obecnie nadal nic nie słychać, chociaż James McAvoy zarzeka się, iż wróci na plan bez względu na jakość scenariusza. Oby tylko wcześniej nie wyłysiał.

Advertisement

Bonus:

Avatar

Wciąż czekamy, James. Wciąż czekamy… Eywa ngahu!

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *