Recenzje

AVATAR. Widowisko absolutne

Autor: Radosław Buczkowski
opublikowano

Efekty specjalne, wspomagane efektami 3D, miażdżą jakością wykonania, a realizm jest wręcz porażający. Pandora żyje i oddycha, to prawdziwy, istniejący i namacalny świat. Już sam projekt owego świata budzi zachwyt, widać, że podmorskie dokumenty odbiły swoje piętno na wizji reżysera – iluminująca nocą dżungla wygląda po prostu niesamowicie. Dawno nie spotkałem się z taką pieczołowitością w tworzeniu świata. Zadbano o najmniejszy detal, najmniejsze źdźbło trawy i najcichszy dźwięk wydobywający się z bezkresnej dżungli.

„Jestem Królem Świata!” wykrzyknął James Cameron, odbierając nagrodę za reżyserię filmu Titanic podczas 70. ceremonii wręczenia Oscarów. Był rok 1998, a melodramat z Kate Winslet i Leonardo DiCaprio święcił właśnie triumfy w kinach na całym świecie. Można się spierać co do słuszności decyzji Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej (wielkim przegranym okazał się wtedy L.A. Confidential) ale jedno jest pewne: samozwańczy władca świata tamtej nocy rzeczywiście był Królem. Film, podczas produkcji którego planowany budżet w wysokości 100 mln dolarów wzrósł do ponad 200 mln zielonych papierków, który na długo przed premierą został wyśmiany przez krytyków, i któremu wróżono koniec podobny do tego, jaki spotkał tytułowy liniowiec, stał się największym, zarówno komercyjnym, jak i artystycznym sukcesem reżysera. Człowiek, który montując finalną wersję Titanica, znajdował się na granicy załamania nerwowego, będąc przekonanym o zbliżającej się porażce swojego filmu… uzyskał w Hollywood status pół-boga. Mógł nakręcić film, na jaki by mu tylko przyszła ochota – nie było chyba studia, które odmówiłoby mu pieniędzy na kolejną produkcję. Każdy był ciekaw, jaki będzie następny krok reżysera, czy znów spróbuje przebić samego siebie wizją i rozmachem, tworząc kolejną część True Lies lub Terminatora, czy też, jak sam zapowiadał, może nakręci coś bardziej kameralnego. Jedno było pewne – studia miały się o niego bić, gdyż jego nazwisko stało się synonimem kury znoszącej złote jaja. To, co zrobił Cameron, zaskoczyło wszystkich…

Otrzymawszy od studia 20th Century Fox czek z, jak sam to nazwał, „fuck off money” (z powodu przekroczenia budżetu Titanica zrzekł się pieniędzy za reżyserię, po kasowym sukcesie filmu studio wynagrodziło Kanadyjczyka okrągłą, dwucyfrową sumą), wycofał się z kręcenia filmów fabularnych. Spekulowano, że „Żelazny Jim” przestraszył się sukcesu i tego, ze już nigdy nie przebije wyników swojego ostatniego filmu. Sam zainteresowany mówi, że po prostu chciał odpocząć od kina i, co dla niego najważniejsze, założyć rodzinę oraz kontynuować podwodne obserwacje prowadzone przy użyciu batyskafu. Dzięki tej nowej pasji powstały trzy dokumenty: Expedition Bismarck – przybliżający historię słynnego niemieckiego pancernika, Ghosts of The Abyss – będący powrotem do tematu „niezatapialnego” Titanica, oraz Aliens of the Deep – wariacja na temat istot żyjących w podwodnych głębinach oraz ich możliwym obcym pochodzeniu. Wyprawy te miały duże znaczenie dla zbliżającego się powrotu reżysera do kręcenia filmów fabularnych. Podczas tworzenia dokumentów testował on bowiem nowy rodzaj kamery stereoskopowej (zaprojektowanej przez jego przyjaciela Vince’a Pace’a), umożliwiającej kręcenie filmów 3D w sposób dotychczas niemożliwy (z powodu wielkości kamer i jakości uzyskiwanego obrazu), natomiast Aliens of the Deep miało duży wpływ na wizję plastyczną, jaką chciał uzyskać Cameron w swoim najnowszym filmie.

Cztery lata temu pojawiły się pierwsze informacje, jakoby reżyser szykował swój powrót do kina fabularnego. Swoistym biletem powrotnym miała być rewolucyjna produkcja kryjąca się pod tytułem „Projekt 880”. Po kilku miesiącach od ogłoszenia planów realizacji zdecydowano się ogłosić oficjalny tytuł filmu. Tajemniczym projektem okazał się być Avatar na podstawie scenariusza napisanego przez Camerona kilkanaście lat wcześniej (który od kilku lat krążył w przepastnych zasobach internetu), a z którym Cameron podobno już 10 lat wcześniej zgłosił się do pracowników Digital Domain (firmy zajmującej się tworzeniem efektów wizualnych, którą założył wraz z wieloletnim przyjacielem Stanem Winstonem oraz byłym pracownikiem ILM, Scottem Rossem) i przedstawił im zarys projektu, który według grafików nie był możliwy do zrealizowania za żadne pieniądze i przez żadną firmę. Delikatnie zrażony reżyser zajął się więc produkcją Titanica, porzucając chwilowo pomysł na kosmiczną przygodę. Do tematu powrócił raz jeszcze, krótko po tym, jak koronował się na samozwańczego króla świata, jednak i tym razem został odesłany z kwitkiem. Okazało się, że technologia nadal nie jest w stanie zaspokoić wygórowanych żądań reżysera, sam film kosztowałby ponad 400 milionów dolarów (tylko sama produkcja), a efekt końcowy i tak byłby daleki od ideału. W końcu w 2002 roku pojawił się The Lord of The Rings: The Two Towers z fenomenalnymi efektami performance capture użytymi przy tworzeniu postaci Golluma. Cameron zrozumiał, że technika w końcu dogoniła jego wizję…

Ostatnio dodane