Publicystyka filmowa
KING KONG. Ósmy cud świata
KING KONG. Ósmy cud świata to film, który łączy grozę potwora z jego niezwykłym, ludzkim obliczem, wzbudzając emocje w każdym widzu.
Kino od zawsze lubiło potwory. Zadaniem ekranowych kreatur było bowiem doszczętne przerażenie publiki. Zwykle stanowiły one ucieleśnienie drzemiących w człowieku lęków. Konfrontacja z wielgachnym, szkaradnym zwierzęciem miała jednocześnie dopełnić w widzu wrażenie oderwania od rzeczywistości.
Było jednak jedno monstrum, które przy całej grozie, jaką w sobie skupiało, potrafiło ukazać także niezwykle ludzkie oblicze (i nie chodzi tu tylko o to, iż tak jak i człowiek, potwór ten należał do rzędu naczelnych). Nietypowe było także to, że monstrum dzieliło w filmie dwie role – było bowiem zarówno napastnikiem, jak i ofiarą. King Kong, bo o nim mowa, stał się dzięki temu jedną z największych filmowych ikon, systematycznie powracającą na wielki ekran.
King Kong z 2005 roku.
Wyświetlany w kinach Kong: Wyspa czaszki to ósmy film z serii traktującej o przygodach wielkiej małpy i jej konfrontacjach z człowiekiem. Nie da się jednak zliczyć liczby wykorzystywania wizerunku Konga także w innych obrazach (ostatnio na przykład w Lego: Batman), nawiązujących do jego legendy. Nie da się także jednym tchem wymienić obecności słynnej małpy w innych tworach popkultury, jak książki, komiksy, gry komputerowe, seriale animowane, czy także różnorakie pastisze oraz musicale (ostatnio powstał takowy w 2015). Kong od zawsze był wielki, co poskutkowało tym, że w kulturze popularnej odbił wyraźny i do dziś dostrzegalny odcisk swej stopy.
Twórcy i realizacja
Wszystko zaczęło się jednak w latach trzydziestych XX wieku. W dobie wielkiego kryzysu gospodarczego, który nawiedził USA, publika poczuła potrzebę eskapizmu. Zrobiło się miejsce dla wielkich fantastycznych widowisk, będących wynikiem połączenia zarówno rosnącego niepokoju społecznego, jak i przemożnej ciekawości tajemnicami świata. Odkrycia nieznanych wcześniej gatunków jaszczurów na Komodo w 1910 roku skutecznie pobudzały wyobraźnię twórców. Wizja Zaginionego świata Arthura Conan Doyle’a stała się na swój sposób wiarygodna. Uczucie to wykorzystali twórcy Merian C.
Cooper i Ernest B. Schoedsack.

Ekipa King Konga z 1933. Merian C. Cooper, Fay Wray, Ernest B. Schoedsack i Willis O’Brien
Po wojnie Merian C. Cooper i Ernest B. Schoedsack podjęli pracę dla „New York Times”. Tworzone przez nich filmy były zapisem podróży po świecie. Cooper zainteresował się życiem goryli afrykańskich i wówczas wpadł na pomysł swojej pierwszej fabuły. Miała to być opowieść o małpiej bestii zamieszkałej na zapomnianej wyspie, która uprowadzona przez człowieka, pustoszy ulicę Nowego Jorku. Co ciekawe, ponoć najpierw w głowie autora pojawiła się scena efektownej rozwałki wyrządzanej przez potwora na szczycie wieżowca – do tej wizji niejako dokooptowana została cała reszta fabuły.
Twórcy wspomogli się popularnym mitem o Pięknej i Bestii, który miał nadać małpie człowieczych rys. Za część formalną odpowiedzialny został Willis O’Brian, wybitny specjalista od efektów wizualnych – specjalizujący się w animacji poklatkowej – który pracował wcześniej przy pierwszej adaptacji Zaginionego świata (1925). To także jego pracę wywarły wpływ na wyobraźnię Coopera.
Pozostał jeszcze dobór aktorów. W rolę reżysera filmowego i dowódcy wyprawy (postać ta inspirowana była samym Cooperem) wcielił się Robert Armstrong. Parę zakochanych, Jacka i Ann, stworzyli z kolei Bruce Cabot i Fay Wray. Aktorka, ciesząca się wówczas statusem gwiazdy, swoim występem w King Kongu zapisała się w historii kina. Mianem „faywraizmu” określano bowiem późniejsze kobiece postacie, które pod wpływem przeżywanych tarapatów wydobywają z siebie charakterystyczny krzyk agonii. Aktorka spędziła cały dzień na nagrywaniu tego dźwięku. Gdy pomysły na realizację były uporządkowane, twórcy wykazali się niemałą determinacją.
Sceny akcji z udziałem Fay Wray i Roberta Armstronga były kręcone jeszcze na planie Hrabiego Zarowa, poprzedniego filmu Schoedsacka, który akcją również osadzony był na wyspie. Scenariusz do King Konga, w którego pisaniu pomagała żona Schoedsacka, Ruth Rose, nie był wówczas jeszcze skończony. Ich wspólne siły pomogły jednak dać początek prawdziwej kinowej legendzie. Choć nikt wówczas w takich kategoriach ani nie rozpatrywał tworzonego filmu, ani nie utożsamiał go z czymś wielkim.
I tak właśnie w 1933 roku powstał King Kong. Okazało się, że przyniósł spektakularny sukces finansowy, którego nikt, łącznie z twórcami, się nie spodziewał. Film zarobił na otwarcie dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów, co było w tamtym czasie wynikiem wręcz rekordowym. A należy brać pod uwagę, że wówczas bilety do kin kosztowały zaledwie piętnaście centów. Film kosztował sześćset siedemdziesiąt tysięcy dolarów, a zarobił dwa miliony i osiemset tysięcy (po podliczeniu inflacji wyjdzie nam, że kosztował dwanaście milionów, a przyniósł zyski w liczbie pięćdziesięciu jeden milionów dolarów). Zaskakujący, acz odczuwalny sukces King Konga uratował upadającą wytwórnię RKO przed bankructwem.

King Kong z 1933 roku – Ósmy cud świata
Interpretacja
Szukając przyczyn niespodziewanego sukcesu King Konga, należy zwrócić uwagę na jego drugie dno, oddziałujące na widza mimowolnie podczas seansu. Filmy o wielkich potworach nie były dla widzów w tamtym okresie czymś nowym. Jak już jednak zasugerowałem na wstępie, Kong nie miał tylko budzić grozy stawianej naprzeciw człowiekowi – miał uosabiać także jego lęki i pragnienia. Owszem, sama postać była kolejnym odzwierciedleniem obecnego we wszystkich mitologiach wizerunku potwora, o konfrontacji z którym śnili koszmary nasi przodkowie, dając temu wyraz w przeróżnych baśniach i legendach.
Wówczas jednak mielibyśmy do czynienia z klasycznym konfliktem dobra, w osobie herosa, ze złem, w postaci monstrum. W przypadku King Konga nie jest to takie proste. Podstawowa jakość opowieści o Kongu wyraża się w wykorzystaniu prostego zabiegu, polegającego na zestawienia przeciwieństw.
To nie samoloty – to Piękna zabiła Bestię.
Bez względu bowiem na to, jak wielkie przerażenie sieje wielka małpa, ma ona jednak w rezultacie uosabiać szlachetność. Bo to człowiek w tej opowieści jest wyrazem brutalności. Ponadto w filmie kontrastuje ze sobą to, co wówczas uznawano za najwyższe oblicze nowoczesności, stojącej naprzeciw dominacji pierwotnej siły. King Kong może być zatem rozpatrywany jako głos w odwiecznym sporze filozofów, wskazujących elementarne różnice między kulturą a naturą. Wszak w pamiętnym finale filmu Kong, będący ucieleśnieniem sił natury, toczy symboliczną walkę z cywilizacją, reprezentowaną przez miasto (notabene trzykrotnie zmieniano zakończenie, by akcja końcowej sceny mogła mieć miejsce na Empire State Building, którego budowę wówczas kończono).
Ale to jeszcze nie wszystko. King Kong sprawdza się także jako zapis psychoanalizy. Wielka małpa ma bowiem zadatki do tego, by symbolizować odwieczne męskie pragnienie o zdobyciu Pięknej i roztoczenia nad nią płaszcza dominacji. Realizuje zarazem odwieczne pragnienie kobiece, polegające na poskromieniu dzikiego samca urodą i niewinnością. Podtekst erotyczny jest w filmie bardzo wyraźny.

King Kong z 1933 roku. Scena finałowa
Kontynuacje
Nie może dziwić fakt, że wkrótce po tym, jak po raz pierwszy zaprezentowano w kinach „ósmy cud świata”, grube ryby z Hollywood wyczuły koniunkturę, zlecając twórcom kontynuację. Z propozycji skorzystał Ernest B. Schoedsack, który tym razem objął samodzielną reżyserię. Syn Konga, bo tak brzmiał tytuł filmu, opowiadający o powrocie na Wyspę Czaszki i odnalezieniu potomka tamtejszego króla, wszedł na ekrany jeszcze w tym samym roku co pierwowzór. Wiązało się to z tym, iż twórcy poszli na łatwiznę, żerując na dawnym, niewykorzystanym w pierwszej części materiale, który w rezultacie stanowił aż jedną trzecią całości Syna Konga.
Kilku aktorów powtórzyło swoje role w kontynuacji (między innymi Robert Armstrong) ale film został pozbawiony głównych postaci oryginału – Ann i Jacka. Syn Konga okazał się typowym odcinaniem kuponów, nie wnoszącym nic do opowieści, przez co szybko odszedł w zapomnienie.
Ta wpadka przyczyniła się do tego, iż do postaci Konga nie wracano przez długie lata. W 1949 roku Ernest B. Schoedsack nakręcił jednak zgrabny pastisz, stanowiący jednocześnie hołd dla swego najsłynniejszego dzieła. Mighty Joe Young, bo o nim mowa, opowiadał o młodej dziewczynie, która wychowała afrykańskiego goryla. Wkrótce trafia z nim do Hollywood, z chęcią zrobienia kariery. Ponownie, konfrontacja ze światem showbiznesu okazuje się być dla zwierzęcia tragiczna w skutkach. Mighty Joe Young ujmuje dystansem, autoironią i przede wszystkim nostalgią za zamkniętym rozdziałem ery kina.
Film docenili krytycy. Wówczas upragnionego i w pełni zasłużonego Oscara otrzymał twórca efektów specjalnych Willis O’Brien – ten sam, który pracował przy pierwszym King Kongu. Choć w 1933 roku King Kong nie przyniósł twórcom Oscara, to jednak Merian C. Cooper doczekał się w 1952 roku nagrody honorowej przyznanej za całokształt twórczości. Akademia postanowiła w ten sposób nadrobić kolejną ewidentną zaległość.



Potencjał tkwiący w postaci Konga dostrzegli decydenci japońscy. Legendarna wytwórnia Toho, odpowiedzialna za produkcję niezliczonej ilości filmów z serii o Godzilli, postanowiła sięgnąć po słynnego, małpiego bohatera. Został on wpleciony do świata kaiju – potworów biorących udział w tak zwanej filmowej erze Showa (okresie panowania cesarza Hirohito). Postanowiono wówczas postawić naprzeciw siebie dwa legendarne potwory w filmie King Kong kontra Godzilla z 1962 roku (jego amerykański remake jest już w fazie przygotowań). Kilka lat później, w 1967, powstała jeszcze Ucieczka King Konga.
Później małpa wystąpiła jeszcze w jednym z odcinków serialu Go! Greenman, w którym tytułowy bohater walczył z wielkimi potworami. Japońskie filmy były wyrazem charakterystycznego parcia na rozwałkę i efektowność. Bijący z ekranu kicz sprawia, że dziś na te prezentacje da się patrzeć jedynie przez pryzmat grzesznej rozkoszy. Różnicą był też sposób ukazania postaci Konga. Toho wykorzystało typową dla japońskiej kinematografii technikę suitimation, polegającą na przebieraniu aktora w masywny kostium. Nijak miało się to do magii animacji poklatkowej zaprezentowanej w filmie z 1933.
Ale ta sama technika zaprezentowana została także w późniejszym reboocie, tym razem amerykańskim, za którego odpowiedzialność przejęła wytwórnia Paramount. King Kong z 1976 wyreżyserowany został przez Johna Guillermina, znanego wówczas chociażby z Płonącego wieżowca. Choć jego wersja potyczki z wielką małpą potrafi się bronić, fundując widzowi ciekawe proekologiczne przesłanie, to jednak rażący jest w niej wyraźnie zwulgaryzowany wątek erotyczny. Grana przez Jessikę Lange postać nowej Pięknej o imieniu Dwan nie zawiera już w sobie delikatności Ann, gdyż jest perwersyjna i nieokrzesana (w filmie pada zresztą sugestia, że jest aktorką filmów pornograficznych).
Wytrawny sympatyk wersji z 1933 w filmie z 1976 odczuje też brak spektakularnej sceny pojedynku Konga z allozaurem. Sequel filmu pod tytułem King Kong żyje, nakręcony dekadę później, okazał się być tworem iście kuriozalnym. Dość bowiem wspomnieć, że film bazuje na pomyśle, wedle którego Kong przetrwał potyczkę z helikopterami, i jest podtrzymywany w śpiączce. Wkrótce dostaje od ludzi nowe, sztuczne serce, które… zaczyna bić do odnalezionej samicy jego gatunku. Widzowi trudno podejść do tych rewelacji na poważnie i na pierwszy plan przebija atmosfera sielanki zamiast typowej grozy. Rachunek został jednak wystawiony – film na Rotten Tomatoes posiada okrągłe zero procent pozytywnych recenzji.
Ani Amerykanie, ani Japończycy nie zdołali nadać opowieści o wielkiej małpie rangi dzieła sztuki. Do wyjątkowości oryginału zbliżył się jedynie Peter Jackson, który postanowił w 2005 roku dać światu remake filmu Coopera i Schoedsacka. Powstały w 2005 roku ponad trzygodzinny film dał widowni możliwość obejrzenia scen i pomysłów niewykorzystanych w oryginale. Technika motion capture (w filmie swoje ruchy daje postaci niezastąpiony Andy Serkis) przyczyniła się do niezwykle realistycznego ukazania postaci tytułowego potwora. Wyjątkowość King Konga z 2005 roku polega jednak na koncepcyjnej wierności względem pierwotnej wizji. Złożony w ten sposób hołd filmowi z 1933 był też hołdem dla wielkich, fantastycznych widowisk, które przyczyniły się do rozwoju kina. Finałem tej drogi jest Kong: Wyspa czaszki. Choć film pozoruje alternatywną wizję historii Konga, w rezultacie formułuje analogiczne przesłania, co oryginał i jego późniejsze wznowienia. Bohaterowie ponownie bowiem przekonują się, jak wiele złego może przynieść ludzka ignorancja, lekceważąca potęgę natury. Fabularnie film daje po raz pierwszy ciekawą i wiarygodną sposobność (wziętą zresztą z komiksów) kontynuowania losów wielkiej małpy, której siła i waleczność może przynieść ludzkości wymierne korzyści w zapowiadanym na 2019 pojedynku z Godzillą.
***
Gdy patrzy się na sam koncept fabularny King Konga i obiera przy tym odpowiedni dystans, aż dziw bierze, że film nie przepadł z kretesem w annałach historii. Jego pozytywna recepcja stanowi więc socjologiczny fenomen. Jeszcze bardziej fascynująca jest jednak droga, jaką King Kong przeszedł w kinematografii, nie dając o sobie zapomnieć i stanowiąc niedościgniony wzór filmowego eskapizmu. W magazynie „Film” z 1978 roku Wojciech Jędrkiewicz doceniał fenomen King Konga, nie bacząc na jego kiczowatość. W jego oczach, ale także i w moich, ciemna sala kinowa przyczyniła się do nadania tej historii szczypty magii. King Kong nie jest więc tylko horrorem z potworem w roli głównej – to bardziej poemat o miłości i śmierci. Poemat o czystości uczucia i bezwzględności świata.
korekta: Kornelia Farynowska
