Publicystyka filmowa
Werner Herzog. 10 najlepszych filmów
Gdy Herzogowi powija się noga, a jego film okazuje się porażką, jest to porażka spektakularna, bo zbudowana na fundamencie prawdziwie twórczego i całkowicie niezależnego podejścia do kina.
Werner Herzog tworzy filmy od ponad pół wieku. Przez ten czas jego filmografia zdążyła urosnąć do gigantycznych rozmiarów. Składają się na nią pełnometrażowe filmy fabularne, dokumenty i krótsze formy, najczęściej skupiające się na opowiedzeniu historii konkretnego człowieka, wydarzenia lub miejsca.
Pod koniec lat siedemdziesiątych François Truffaut nazwał go najważniejszym ze wszystkich żyjących reżyserów.
Roger Ebert stwierdził natomiast, że nawet wtedy, gdy Herzogowi powija się noga, a jego film okazuje się porażką, jest to porażka spektakularna, bo zbudowana na fundamencie prawdziwie twórczego i całkowicie niezależnego podejścia do kina. Jedni uważają go za szaleńca, który jest w stanie poświęcić zdrowie i życie siebie oraz pracującej z nim ekipy w imię sztuki. Inni wskazują, że jako jedyny potrafił szaleńca ujarzmić, wszak to pod jego reżyserską dłonią rozbłysnęła i spaliła się niczym kometa trudna kariera Klausa Kinskiego.
Podczas kręcenia swoich filmów niemal zginął w trakcie burzy śnieżnej na skalnej iglicy w Patagonii, został postrzelony w trakcie nielegalnego przekraczania granicy pomiędzy Hondurasem i Nikaraguą, doprowadził do wciągnięcia na zalesione wzniesienie w peruwiańskiej dżungli ponad trzystutonowego statku parowego. Kiedy dowiedział się o ciężkiej chorobie swojej mentorki, niemieckiej teoretyczki filmu, Lotte H. Eisner, wyruszył na pieszą wędrówkę z Monachium do Paryża, licząc, że trud włożony w trzymiesięczną tułaczkę po ośnieżonej Europie będzie miał w sobie magiczny potencjał pozwalający na uleczenie kobiety.
W swoim życiu planował zabić Kinskiego za pomocą samodzielnie skonstruowanej bomby oraz, na potrzeby filmu Errola Morrisa, wykopać z grobu ciało pogrzebane przez Eda Geina, czyli amerykańskiego seryjnego mordercę. W wyniku przegranego zakładu zjadł na wizji własnego buta.
Panie i panowie, oto Werner Herzog i mój osobisty ranking jego dziesięciu najlepszych filmów.
10. Cobra Verde (1987)
Gdyby spojrzeć na Cobra Verde pod kątem filmowego warsztatu i zestawić go z tytułami, które nie znajdą się na tej liście, można by z pewnością zapytać o zasadność umieszczenia go w zestawieniu. Opowieść o Franciscu Manoelu da Silvie momentami cierpi na scenariuszowe braki, które sprawiają, że przewijające się przez ekran postacie zaczynają zachowywać się niczym tło mające uwypuklić rolę Klausa Kinskiego. Z drugiej strony, zaogniający się konflikt pomiędzy twórcą i aktorem, skutkujący zwolnieniem operatora Thomasa Maucha, doprowadził do tego, że Herzog nie był w stanie do końca poradzić sobie z narastającym szaleństwem odtwórcy głównej roli.
Po latach stwierdził nawet, że Cobra Verde jest dla niego w wielu punktach filmem dziwnie obcym, podyktowanym koniecznością zawierania kolejnych kompromisów uwzględniających reżyserskie sugestie Kinskiego, owładniętego w tamtym czasie wizją wcielenia się w postać Paganiniego. Dlaczego film znalazł się zatem na liście?
Stało się tak przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest właśnie to, co dzieje się gdzieś pomiędzy wierszami. Narastające szaleństwo Kinskiego i eskalacja konfliktu pomiędzy nim a całą ekipą wręcz wisi w dusznym, afrykańskim powietrzu. Cobra Verde to ostatni film, w ramach którego doszło do współpracy Kinskiego i Herzoga. Ta schyłkowość, poczucie, że kończy się pewna historia, wręcz wylewa się z jego kadrów. W pewnym sensie jest on zapisem ciągłego zmagania pomiędzy aktorem a twórcą, który usiłuje go okiełznać, obezwładnić przy pomocy uwięzienia go wśród setek egzotycznych statystów odciągających wzrok widza od grymasów pojawiających się na jego twarzy.
Drugim powodem są sceny, w trakcie których Cobra Verde wykracza ponad poziom opowieści o da Silvie, przyjmując cechy hipnotycznej, przejmującej opowieści o człowieku. Finał filmu, w którym Kinski usiłuje wciągnąć łódź do oceanu i raz jeszcze wypłynąć na nieznane wody, w poszukiwaniu innego miejsca, innego czasu, to po prostu czysta poezja podsumowująca nie tylko losy aktora oraz jego bohatera, ale w niezwykły sposób potwierdzająca Hemingwayowską maksymę, wedle której „człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”.
Finał filmu, w którym Kinski usiłuje wciągnąć łódź do oceanu i raz jeszcze wypłynąć na nieznane wody, w poszukiwaniu innego miejsca, innego czasu, to po prostu czysta poezja…
9. Zagadka Kaspara Hausera (1974)
Kaspar Hauser był nastoletnim człowiekiem, który pojawił się 26 maja 1828 na ulicach Norymbergi. Miał przy sobie jedynie dwa listy, które w żaden sposób nie tłumaczyły jego pochodzenia. Nie potrafił czytać, wysławiać się pełnymi zdaniami, nie jadł nic prócz suchego chleba popijanego wodą. Bruno S. urodził się około wieku po nim, jako niechciane dziecko niemieckiej prostytutki. W wieku trzech lat został porzucony przez matkę. Przez kolejne dwadzieścia trzy tułał się pomiędzy domami dziecka, przytułkami dla bezdomnych, więzieniami i ośrodkami dla chorych psychicznie.
Nie umiał czytać oraz pisać, zdiagnozowano u niego schizofrenię. Herzog odnalazł go na ulicy. Mężczyzna zarabiał na życie dzięki malowaniu prostych obrazków i muzykowaniu w miejscach publicznych. Bruno S. wcielił się oczywiście w rolę Kaspara Hausera w filmie określanym przez Rogera Eberta oraz Ingmara Bergmana jednym z najlepszych, jakie widzieli w życiu.
Zagadka Kaspara Hausera to film, który w niezwykle wrażliwy, acz prowokacyjny sposób pyta o to, czym właściwie jest człowieczeństwo. Herzog świadomie zderza nas z osobą inną, w żaden sposób nie hamując dziwnych zachowań Brunona S., który momentami wydaje się całkowicie nieobecny, a innym razem spogląda w kamerę i przeszywa nas wzrokiem, w którym nie da odgadnąć się absolutnie żadnych emocji. Hauser jest dla reżysera idealnym pretekstem do tego, aby zademonstrować, że hołubiona przez nas kultura jest w istocie jedynie iluzoryczną bańką, mającą na celu odciągnięcie naszej uwagi od fundamentalnych pytań dotyczących naszego istnienia oraz tożsamości.
„Zagadka” pojawiająca się w tytule z założenia nie jest możliwa do rozwiązania. Nigdy nie dowiemy się, kim tak naprawdę był Kaspar Hauser, nigdy nie dowiemy się, dlaczego w trakcie filmu podjął takie, a nie inne decyzje, w końcu, nigdy nie dowiemy się, czy aby na pewno nie rozumiał on więcej niż każdy uczony w mowie i piśmie, który starał się przestudiować jego przypadek. Wielka, nieodgadniona tajemnica człowieka. „Kultura jako źródło cierpień” i cierpienia człowieka zmuszonego do życia poza kulturą. Kwintesencja kina Wernera Herzoga.
8. Pod wulkanem (1977)
Pod wulkanem to trzydziestominutowy dokument zarejestrowany przez Wernera Herzoga, Jörga Schmidta-Reitweina oraz Eda Lachmana. Trójka mężczyzn na wieść o tym, że jedna z wulkanicznych wysp wchodzących w skład Gwadelupy ma zostać zniszczona w wyniku wybuchu wulkanu Soufrière, postanowiła przedostać się na zagrożony teren i nakręcić dokument, który będzie obrazował grozę tej sytuacji. Kwestią, która w szczególności intrygowała Herzoga, był fakt, że jeden z mieszkańców wyspy stanowczo odmówił ewakuacji i postanowił pozostać na obszarze zagrożonym niszczycielską erupcją. Reżysera interesowała motywacja stojąca za decyzją mężczyzny oraz jego stosunek wobec śmierci.
Żadne pieniądze, narodowość czy wpływy producentów stojących za konkretnym projektem, nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa trójce straceńców, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi decydują się na przebycie tysięcy kilometrów i zapuszczenie się w głąb lądu rozrywanego przez wulkan. Gdyby narażali przy tym życie członków ekipy, zmuszali do pozostania na obszarze Gwadelupy kogokolwiek, kto nie byłby zaangażowany w projekt na równi z nimi, należałoby im się moralne potępienie. Jednak nikt nie może nikomu zabronić narażenia własnego życia. Nawet jeśli większości z nas sztuka wydaje się w jego obliczu czymś zupełnie niewartym uwagi.
Dzięki mieszance szaleństwa i odwagi, widz może podziwiać Pod wulkanem. Film na wskroś dziwny, przepełniony niecodzienną atmosferą strachu, upadku, ale i ekscytacji oraz ludzkiej woli zarazem. Odnalezienie mężczyzny, który wbrew ostrzeżeniom władz postanawia pozostać na wyspie, aby ze spokojem czekać na to, co przyniesie los, jest jedną z najbardziej niezwykłych scen w całej filmografii Herzoga. Spokojna twarz tubylca, kot leniwie krzątający się wokół pana, który w cieniu drzewa i dymu wydobywającego się z krateru czeka na rozwój wypadków… Miłosz napisał kiedyś, że „innego końca świata nie będzie”. Oglądając Pod wulkanem, trudno nie przyznać mu racji.
7. Krzyk kamienia (1991) – [przeczytaj analizę filmu]
Herzog niezbyt lubi ten film. We wspomnieniach i wywiadach wielokrotnie powtarza, że nie wyszedł tak, jakby sobie tego życzył, że czegoś w nim zabrakło. W pewnym sensie się z nim zgadzam. Chwilami Krzyk kamienia jest nieco nieporadny. Szczególnie przy rozwoju wątku miłosnego dość niebezpiecznie zbliża się do granicy telewizyjnego kiczu. Dla każdej osoby, która kocha góry, jest jednak w opowieści o zdobywaniu Cerro Torre zaklęta prawdziwa magia. Cała realna historia stojąca za podbojem skalnej iglicy wznoszącej się nad niedostępnymi obszarami Patagonii, kontrowersje dotyczące jej ujarzmienia przez człowieka, trud włożony przez kolejne ekspedycje, które starały się udowodnić, że można stanąć na jej szczycie bez użycia ciężkiego sprzętu i sztucznych ułatwień – to żywa legenda alpinizmu.
Herzog doskonale ją rozumie i interpretuje w taki sposób, aby obok historii o zdobywaniu góry i przełamywaniu własnych granic, opowiedzieć również o uczuciu do drugiego człowieka oraz kina. Mimo upływu lat finałowa scena filmu nadal sprawia, że mam ochotę krzyczeć. To kwintesencja kina Herzoga, doskonały audiowizualny komentarz kondycji, w jakiej znajduje się każdy człowiek, niezależnie od tego, czy w wolnym czasie przesiaduje w domu u boku rodziny, czy decyduje się na rzucenie życia na szalę i wbicie czekana w stoki jednego z najbardziej niedostępnych szczytów na świecie. Każdy z nas ma swoje własne Cerro Torre i każdy z nas musi zadać sobie pytanie o to, czy ważny jest sam wierzchołek, czy droga, jaką musimy przebyć, aby się na niego dostać.
6. Mój ukochany wróg (1999)
Gdyby Herzog nie spotkał na swojej drodze Kinskiego, prawdopodobnie nigdy nie zostałby reżyserem takiego formatu. I nie chodzi tu oczywiście o to, że wsparcie ze strony aktora w jakiś sposób pomogło mu w stawianiu kolejnych kroków prowadzących w głąb świata filmu. Często sytuacja wyglądała całkowicie inaczej, ekscentryczne oraz niebezpieczne zachowanie Kinskiego sprawiało bowiem, że los filmów Herzoga wisiał na włosku. Ich relacja od początku była na pewien sposób toksyczna, doprowadzała do licznych załamań nerwowych obu mężczyzn, prowokowała wybuchy agresji, często odbijała się na ekipie filmowej, która towarzyszyła im na planie.
Na pewnym etapie życia zarówno Herzog, jak i Kinski byli po prostu szaleńcami, którzy zderzyli się ze sobą z impetem równym kolizji planetarnej. Z błysku powstałego w wyniku ich konfrontacji powstały filmy wybitne. Wokół ich realizacji powstały natomiast dziesiątki legend oraz historii, które przez lata, na przemian, inspirowały i przerażały kolejne pokolenia filmowców oraz kinomanów.
Mój ukochany wróg to emocjonalny zapis braku Kinskiego, który zmarł na zawał serca w roku 1991. Herzog tworzy film pełen ambiwalencji, przyznając, że momentami poważnie myślał o zamordowaniu aktora, chciał wymazać go ze swojego życia, niemniej nigdy do końca nie mógł uwolnić się od jego osoby. Wśród kolejnych przytaczanych historii z planu, anegdot dotyczących współpracy pomiędzy dwoma artystami, widz zostaje skonfrontowany z refleksjami Herzoga, który wyraźnie walczy sam ze sobą i próbuje odgadnąć, dlaczego tęskni za człowiekiem, którego przez sporą część życia uważał za swojego największego wroga.
Film to niezwykłe spojrzenie, rzucające światło nie tylko na jedną z najbardziej interesujących kolaboracji w historii kina, ale i wewnętrzne skomplikowanie osób, które przyczyniły się do stworzenia tego duetu. No i ta scena, w której radosny Kinski bawi się z motylem – coś pięknego i przerażającego zarazem.
Gdzieś na końcu świata, wśród nieprzeniknionych śniegów Antarktydy, Herzog niespodziewanie odnajduje człowieka w całej jego wielkości.
5. Nosferatu wampir (1979)
Postać wampira została ostatnimi czasy dość mocno sfatygowana przez popkulturę, niemniej należy pamiętać, że fundamentalnym elementem mitu krwiopijcy są melancholia, nostalgia, dekadentyzm, a te wręcz wylewają się z doskonale skomponowanych kadrów Nosferatu wampira Herzoga. Reżyser uważa, że ekspresjonistyczna perełka Friedricha Wilhelma Murnaua, czyli filmowy pierwowzór jego obrazu, to jedna z najważniejszych, o ile nie najważniejsza produkcja w historii kina niemieckiego.
Max Schreck wcielający się w rolę hrabiego Orloka bezapelacyjnie stał się jedną z ikon, które panują nad wyobraźnią kolejnych pokoleń wielbicieli kina grozy. Jego interpretacja wampira zdecydowanie wyprzedziła swoje czasy i nie zestarzała się nawet po upływie niemal wieku od pierwszego seansu filmu Murnaua. Chociażby z tego powodu przed Herzogiem i Klausem Kinskim, który miał odegrać u Niemca postać krwiopijcy, stało niezwykle trudne, wręcz karkołomne zadanie.
Efekt okazał się wprost wyśmienity. Nosferatu wampir w ich wykonaniu nie jest jedynie prostą kopią, która w nieporadny sposób usiłuje małpować dokonania duetu Murnau-Schreck. Film kładzie nacisk na zupełnie inne kwestie związane z wątkami wampirycznymi. Potwór z filmu Herzoga momentami wydaje się bardziej ludzki niż otaczający go bohaterowie. W interpretacji Kinskiego możemy doszukać się ogromnych pokładów wrażliwości i głębokiego współczucia dla losów postaci skazanej na wieczne życie, napędzane przez niemożliwe do zaspokojenia pragnienie krwi i miłości. Herzog czyni z opowieści o wampirze piękną historię o tęsknocie bestii za człowieczeństwem. Kinski odgrywa jedną z najlepszych ról w życiu, a Popol Vuh oraz Jörg Schmidt-Reitwein sprawiają, że ta niezwykła podróż nabiera charakteru najlepszych romantycznych płócien. Absolutnie wielkie kino.
4. Spotkania na krańcach świata (2007)
W życiu każdego istnieją sprawy i filmy, przy których umiejętność przekonującego przekazania swoich odczuć i myśli po prostu graniczy z cudem. Każde napisane słowo staje się toporne i obrzydliwe, nic nie jest w stanie oddać emocji, które kłębią się gdzieś w środku. Spotkania na krańcach świata są dla mnie właśnie takim obrazem. Gdzieś na końcu świata, wśród nieprzeniknionych śniegów Antarktydy, Herzog niespodziewanie odnajduje człowieka w całej jego wielkości. Z dala od prowadzonych przez niego wojen, w cichym zespoleniu z naturą, pełnego pasji, radości, mądrości.
Lodowy, tonący w bieli kontynent jest w tym filmie jak czysta karta, na której możemy zacząć wszystko od nowa, spróbować zrozumieć i naprawić popełniane przez lata błędy. To opowieść o każdym z nas, pełna wrażliwości i mądrości rozprawa na temat kondycji człowieka oraz jego zespolenia z naturą. Kino filozoficzne, całkowicie pozbawione filozoficznego nadęcia. Czysta magia. Aż chce się rzucić wszystko i wbrew zdrowemu rozsądkowi ruszyć pędem w kierunku ośnieżonych gór, tak jak pewien pingwin, będący bohaterem jednej z najbardziej przejmujących scen w historii kina dokumentalnego.
3. Fitzcarraldo (1982)
Nie wiem, czy ktokolwiek, począwszy od pierwszego występu braci Lumière w Salonie Indyjskim, na czasach współczesnych kończąc, nakręcił większy hołd dla ludzkiego szaleństwa niż Fitzcarraldo. Ten film sam w sobie jest przedsięwzięciem wręcz obłąkanym, co jednoznacznie potwierdza doskonały dokument Lesa Blanka, opowiadający o jego realizacji (chodzi oczywiście o Burden of Dreams). Wykarczowanie kawałka amazońskiej puszczy, zbudowanie prowizorycznych maszyn i przeciągnięcie za ich pomocą ponad trzystu tonowego statku na szczyt wzgórza jest ewenementem w całej historii kina i sztuk pokrewnych. Sam Herzog, nawiązując do wspomnień jednego z ojców współczesnego alpinizmu i himalaizmu, Lionela Terraya, nazwał się w kontekście tego wydarzenia „konkwistadorem niepotrzebnego”.
Ten zwrot początkowo może wydawać się mylący, sugerując, że nie było warto zdobywać kolejnych ośnieżonych wierzchołków porozsiewanych po całym świecie skalnych gigantów, że nie było warto męczyć się przez lata u brzegów Urubamby, aby opowiedzieć historię o Irlandczyku pragnącym zbudować w sercu dżungli gmach opery. A jednak nic bardziej mylnego. Kiedy jeszcze w latach dwudziestych XX wieku pewien dziennikarz zapytał George’a Mallory’ego, usiłującego jako pierwszy człowiek w historii zdobyć Everest, o to, po co właściwie szturmować szczyt ośmiotysięcznika, Mallory odpowiedział po prostu „because it is there” (bo on tam jest).
Fitzcarraldo jest opowieścią właśnie o tej niezwykłej, pełnej szaleństwa, często działającej niszczycielsko ludzkiej przekorze, bez której bylibyśmy po prostu kolejnymi zwierzętami skupiającymi się jedynie na prokreacji oraz poszukiwaniu pokarmu. To właśnie ten impuls popycha nasz gatunek do przodu, działając niestety często niczym broń obosieczna. W takim ujęciu Fitzcarraldo to wyśpiewany pełną, operową piersią pean na cześć człowieka, ze wszystkimi jego przywarami. Opowieść o tym, jak wiele można zdziałać, jeśli ma się odwagę marzyć i jak wiele można stracić, jeśli marzy się zbyt mocno. Jedno z najbardziej niezwykłych widowisk w historii kina.
Fitzcarraldo to wyśpiewany pełną, operową piersią pean na cześć człowieka, ze wszystkimi jego przywarami. Opowieść o tym, jak wiele można zdziałać, jeśli ma się odwagę marzyć i jak wiele można stracić, jeśli marzy się zbyt mocno.
2. Aguirre, gniew boży (1972) – [przeczytaj analizę filmu]
Już pierwsza scena Aguirre zwiastuje, że widz będzie miał do czynienia z czymś niezwykłym. Grupa bezimiennych osób podążająca w kierunku zamglonego szczytu Huayna Picchu, a w tle Popol Vuh, który podkreśla niezwykłość tej sytuacji. Wśród tego całego ogromu natury człowiek jest tak mały i zagubiony, wydaje się istotą zupełnie anonimową, nieważną, słabą. W trakcie seansu bardzo szybko okaże się, że drapieżna wręcz obfitość amazońskiej natury, labirynty rzek, skał i drzew, które otoczą grupę konkwistadorów, będą w istocie niezwykle przekonującą metaforą ludzkiego umysłu.
Rozumu powoli tracącego zmysły, niemogącego pogodzić się ze swoim szaleństwem, do ostatnich minut filmu walczącego o to, aby pozostać na powierzchni i nie dać ponieść się niemożliwemu do zatrzymania nurtowi myśli oraz emocji, które potrafią być dużo bardziej zdradliwe, niż szarpiąca peruwiańskie brzegi Urubamba.
Aguirre to porażająca wręcz opowieść o staczaniu się w otchłań, z której nie ma już powrotu. W otchłań, która lata później miała doszczętnie pochłonąć odtwórcę roli tytułowej, Klausa Kinskiego. Każdy element tego filmu dosłownie kipi od niepokoju, sprawiając, że w imieniu bohaterów ma się ochotę spojrzeć przez ramię, aby upewnić się, że nic nas nie śledzi, nic na nas nie patrzy, nic nie chce zabić. Porażające doświadczenie filmowe, które mimo upływu lat nie traci na swej mocy.
1. Stroszek (1977)
W większości filmów Herzoga nadzieja nie umiera nigdy. Nawet wtedy, gdy za progiem Śmierć ostrzy już swoją kosę, czujemy, że bohaterowie wciąż mają szansę, że los może się odmienić. Może dlatego Stroszek, w którym ta nadzieja bezapelacyjnie i gwałtownie umiera, jest tak wstrząsający i – w swej brzydocie, szarości oraz całkowitej beznadziei – tak piękny. Chyba tylko Herzog potrafiłby zrobić z filmu o opóźnionym recydywiście, zdziwaczałym staruszku i prostytutce opowieść tak poruszającą i niejednoznaczną, że ze świeczką szukać drugiej takiej w całej historii kina i literatury.
Pozornie w tym filmie nie ma nic pozytywnego. Może wydawać się bezsensownym pasmem znęcania nad postaciami, które zdecydowanie odstają od przyjętych kanonów piękna. Jest jednak w tej melancholijnej historii o niespełnionych marzeniach o lepszym życiu coś niezwykle ludzkiego. Więź, jaka tworzy się przez ten krótki, wręcz magiczny moment pomiędzy trójką tak różnych postaci chwyta za serce i sprawia, że zaczynamy zastanawiać się, czy nie warto było przegrać dla chociażby tych kilku wspólnych chwil. W obliczu popękanych życiorysów oraz roztrzaskanych marzeń kontakt z drugim człowiekiem jest cudem, o który z pewnością modlił się każdy z bohaterów Stroszka. Każdy cud z łatwością może zamienić się jednak w kolejny koszmar, ponieważ świat nie zawsze ulega woli wizjonerów oraz romantyków, którzy zapełniają tysiące kadrów pochodzących z filmografii Herzoga.
Roger Ebert twierdził, że ostatnia sekwencja Stroszka jest jedną z najgenialniejszych, o ile nie najgenialniejszą, jaką kiedykolwiek udało się sfilmować. Trudno nie zgodzić się z jego opinią. Chyba nikt nigdy nie pokazał w tak dobitny, odrażający i (paradoksalnie) poetycki sposób tego, jak człowiek uwikłany jest w życie i jak daleko może się zagalopować w ślepą uliczkę, aby uczynić to życie zgodnym z narzucanymi nam przez kulturę marzeniami.
korekta: Kornelia Farynowska











